Trąba dziwny dźwięk rozsieje,
ogień skrzepnie, blask ściemnieje,
w proch powrócą światów dzieje.
Z drzew wieczności spadną liście na
Sędziego straszne przyjście,
by świadectwo dać Psalmiście...
A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją
już na ostatni ton!
Grzech krwią czarną duszę plami...
Bez obrońcy staniem sami -
któż zlituje się nad nami?
Nie wiem zupełnie, dlaczego akurat tego popołudnia Kasprowicz mi w głowie tętni. Chyba już nawet trochę się uspokoiłam, ale to zastanawiające, że przez całe Święta czekałam na jakiś przełom, a wydaje się, że nastąpił w Trzech Króli. A w każdym razie moje fizyczne roztrzęsienie od momentu wyjścia Kuby może na to wskazywać. Nie wiem. Przecież ja reaguję dokładnie odwrotnie niż reszta ludzkości.
Od rana byłam niespokojna. Nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Przerażona tym, co dzieje się w Ministerstwie Zdrowia, zadzwoniłam do Justyny. Akurat była w szpitalu na dyżurze, odstawiała i włączała dzieciom leki, na jej oddział trafił nastoletni Pakistańczyk, który podczas poprzedniego pobytu groził jednemu z dzieci nożem. Pożaliłyśmy się na system, uznałyśmy, że nowy rok ma być przełomowy i zaplanowałyśmy wspólny wyjazd na wakacje - koniecznie do miejsca, gdzie ginie zasięg. Wieś, woda albo góry, sześć kilometrów do najbliższego spożywczaka. Ładnie to wygląda w fazie planów. Faza praktyczna zależna będzie od tego, czy kiedykolwie wyjdę z rzutu. A to z kolei zależy od decycji NFZ, a te zależą od tego, co ustali minister Arłukowicz.
Czekałam dzisiaj pełna radości na Kubę. Tak rzadko sie widzimy. Albo Kuba ciągle maluje, albo podróżuje. Ja juz nie nadążam. Już nie mogę po pracy pobiec do niego do pracowni, juz nie leżymy razem na trawie w Pamiętnej i nie zastanawiamy się, która chmura od dadaistów. I przyszły czasy, że jak emeryci spotykamy się na herbatkę, podczas gdy jeszcze na studiach w jego mieszkaniu dudniły imprezy, a ja po dzikim tańcu na stole w jego dżinsach i koszuli budziłam się z nogami w piekarniku albo (na szczęście) na nagim torsie mojego brata. A teraz wszystko takie eleganckie, wtłoczone w ramy, ciasto na półmisku, herbata z filiżanki. Jeszcze kilka lat temu na śniadanie usmażył mi gruszkę z czosnkiem, bo był pewiem, że to połaczenie smaków będzie przełomowe.
I tak sobie rozmawialiśmy, wypytywał o chorobę, o możliwości, powiedział: "teraz do mnie do pracowni przychodzi dużo ludzi, którzy mają pieniądze. Jak będziesz chciała na coś zbierać, to daj mi znać". Cały Kuba. Zawsze z sercem na dłoni. Tylko na co ja mam zbierać? Na detektor ojca? Ale propozycję doceniam. Opowiadał, jak to on, zabawnie o swoich nowych i starych kolegach, o nowych projektach, o tym, że wyszukują z kolegą jakieś dziwne newsy w sieci i piszą o nich piosenki. A później robią koncert. A ludzie tego słuchają. I nawet im się podoba. Ja nic z tego nie rozumiem, ale też mi się podoba. Lekkość ich muzyki. Nieprzystawalność. Niepodobieństwo do niczego. I poszukiwanie. Grzebanie w dźwiękach odważne i bezczelne. Bezkompromisowe. Jak Kuba.
Oznajmił, że bedzie sie juz zbierał, bo idzie jeszcze do pracowni. Lamentowałam nad tym, że sie farby nawdycha, że tam zimno, że tak późno, a on jeszcze pracuje. I nagle, kiedy pomagał mi odnieść do kuchni talerzyki i elementy rodzinnej scenografii, stanął w progu i powiedział:
- Wiesz, co mi powiedziała moja babcia? Że dziadek Stanisław przed wojną miał rodzinę. Ale oni zginęli. I dopiero po wojnie założył rodzinę z babcią.
Zesztywniałam. Oczywiście na tyle, na ile ja o tym zdecydowałam, a nie choroba. Jak to: Kuba nie wie? To ja wiem, że jego dziadek, najcudowniejszy człowiek pod słońcem, uciekł z transportu do Auschwitz, a jego żonę i dzieci na jego oczach zastrzelił gestapowiec. Moja babcia mi powiedziała. A jemu nie? To znaczy dopiero teraz?
Kuba zrobił krok w przód i powiedział:
- Zapytałem ojca, a ojciec powiedział, że babci to już się wszystko dokumentnie myli.
Każdego można podejrzewać o demencję, ale babcia Kuby, siostra mojej babci, jest całkowitym zaprzeczeniem tego, że z wiekiem zanika w człowieku pamięć. Jest tak mentalnie jasna i intelektualnie aktywna, że jedną dyskusją załatwiłaby spór z Porozumieniem Zieleniogórskim.
Milczałam. Ale za długo. Odwróciłam się do Kuby, pakując mu babeczki z budyniem do pracowni, i, robiąc wszystko, żeby zachować kamienną twarz, powiedziałam:
- Wiesz, myślę, że taki scenariusz jest możliwy.
Scenariusz. Nie wiem, czemu użyłam tego słowa. Może dlatego, że kiedyś z Kubą przeprowadzałam wywiad. Tekst-sylwetkę podzieliłam na dwie części. Jedną zatytułowałam "Ecce Homo", a drugą "Ecce Artifex". Wszyscy podnieśli krzyk, że w egzaltowane tony uderzyłam. Ale właśnie taki tekst uznałam za właściwy, bo uważam Kubę za wielkiego artystę. Od zawsze uważałam.A Kuba w tym wywiadzie mówił mi, że lubi spotkania rodzinne, bo szalenie podoba mu się teatralność tych spotkań. Chyba teraz zrozumiałam boleśnie, co miał na myśli. A może on sam nie wie, tylko podświadomość przez niego przemawiała?
Chyba jednak zdradziła mnie niepewność w głosie. Kuba w mojej mikrokuchni zrobił krok do przodu i powiedział:
- Ty coś wiesz.
A ja go okłamałam. Powiedziałam: "nie wiem, ale wydaje mi się, że taki scenariusz jest możliwy".
Okłamałam mojego Kubusia. Mojego braciszka. Mojego pierwszego w życiu prawdziwego młodego dżentelmena, który zapraszał mnie do zabawy w schron w Magdalence, która za czasów naszych szczenięcych była jeszcze nie osiedlem bogactwa, tylko mieściną pod Warszawą, gdzie chodziło się na grzyby, a przy furtce grasowały stada ślimaków. I gdzie pachniały chojaki, bujaliśmy się na hamaku, a jamnik Skin pożerał moje skarpetki. I jak na wakacje przyjechał Łukasz, to bawili się po chłopaczyńsku, a Kuba nigdy mnie nie wykluczał. Zawsze byłam równorzędna. Mimo że nosiłam spódniczki z falbanką. A później pękałam z dumy, kiedy miał wystawę u Fibaka, albo kiedy na Emilii Plater na jego wystawę przyszły setki ważnych osób i wszyscy się jego obrazami zachwycali. A ja przyniosłam mu czerwone jabłuszko, bo co można dać młodemu artyście. Kwiaty do niego nie pasowały. Raczej gałęzie, bo nam się ciągle z lasem kojarzyły. I z czasem beztroski, bo nie wiedzieliśmy. Bo nas dorosłość nie dopadła, rachunki, umowy o pracę, ubezpieczenia zdrowotne i pokłosie Holocaustu. Bo wszystko to, co rodzinne, pachniało pieczenią wujka, świeżymi grzybami, malinami zerwanymi w zagajniku w Magdalence i drożdżowym ciastem. Rodzina kojarzyła się z głośnymi spotkaniami, śmiechem, radosnymi opowieściami i dziadkiem Stasiem, który usilnie starał się nauczyć mnie gry w warcaby, ale uznał, że pójdę w komedianty, bo zawsze bardziej niż szachownica interesowały mnie czubki drzew albo pszczoła kołująca nad rabatą przed domem. I miał rację Dziadek Staś, po którym jego prawnuk nosi to imię. Poszłam w komedianty. Żałosne komedianty.
Bo kontynuuję w takim razie historię rodzinnego zakłamania. Ale postanowiłam coś od siebie dorzucić. I powiedziałam:
- Wiesz, jest taki pisarz. Henryk Grynberg. Napisał wiele książek. Jego syn, Mikołaj, w ubiegłym roku wydał książkę "Oskarżam Auschwitz". Przeprowadza w niej wywiady z ludźmi, którzy noszą rodzinne brzemię obozu. Pielęgnują wspomnienia lub próbują się ich pozbyć. A Henryk w jednej z książek opisuje wojnę, a twój dziadek jest jednym z bohaterów. Ma pseudonim Słoń.
Zastrzegłam od razu, że nie czytałam, bo akurat ta książka była przede mną chowana. "Żydowska wojna". Niczego innego przede mną nie chowano w domu, jako kilkuletnie dziecko przeczytałam "Zbrodnię i karę", po czym dostałam gorączki i zalałam się łzami na trzy dni.
Nie czytałam, ale mam zamiar przeczytać. Skserować i dać Kubie. Bo przecież nie chodzi o rozpamiętywanie, tylko dowiedzenie się o faktach. Czy to nie one budują naszą tożsamość?
Właśnie dlatego, że tylu rzeczy nie wiem, w snach odwiedzają mnie duchy i głosy. To one doprowadziły mnie do pana sędziego z Łodzi, to one kierują moją intuicją. Ale też mnożą pytania i nie dają spokoju. Są wodą na młyn dla Eugenii. Właśnie z rozkoszą stepuje mi po kręgosłupie piersiowym. Sycząc i wijąc się z bólu przed komputerem piszę i wyrzucam, jak kazał Marcin. Jak sumienie mi każe.
Ale po wyjściu Kuby zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie. I odruchową zarazem. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do mamy. Chyba była zaskoczona, że Kuba nie wie, ale potwierdziła, że na oczach wujka zginęli jego żona i dzieci. Szybko - pomyślałam - póki ciocia żyje i można jeszcze cokolwiek od niej wyciągnąć, jakiekolwiek fakty, jakiekolwiek historie o przeszłości naszej rodziny. Bo moja Babcia już dawno w swoim świecie. A w zasadzie na planecie, na której rządzą Barańczak wespół z Leśmianem, bo tworzy nowe słowa, jak "przysłuch głuchy" i "faceusz".
Zapytałam mamę, dlaczego. Bo automatycznie poczułam z Kubą jezcze większą więź. Dlaczego pokolenie mojej mamy i taty Kuby nas oszukuje? Dlaczego trzymają w tajemnicy przed nami tożsamość naszych dziadków i rodziców, zabraniając nam tym samym odkryć i zbudować własną tożsamość? Wtłaczają nas tylko w schematy pięknej, idealnej rodziny, a pod maskami uśmiechów i życzliwości tętnią bolesne, nieprzepracowane historie, zadry, zastrzały - o tym, że coś takiego istnieje, dowiedziałam się w Wigilię od Agnieszki. Zapalenie opuszki palca. "Ropne zapalenia grzbietowej powierzchni palców i śródręcza są banalnymi zapaleniami okołowłosowymi (łac. perifolliculitis), choć urastającymi niekiedy do wielkości czyraka". Tym razem wcale to niebanalne. Poczułam, ze sama w jakąś ramę się wtłaczam, nie mówiąc Kubie, co wiem. Przemilczałam to w zasadzie. Ale mam zamiar moją winę odkupić. Porozmawiać z nim. I powiedzieć, co wiem. Może to niewiele, a dla Kuby bardzo dużo.
Rozmowa z mamą przebiegła standardowo. I oczywiście skończyła się karczemną awanturą. A mama się rozłączyła. Znów usłyszałam, że to, co robię, jest niegodziwe, że zawsze byłam egoistką, że ona sie dla mnie poświęciła, a ja jej się tak odpłacam. "My tego wam nie mówimy, bo chcemy was chronić". Przed czym, kurwa? Przed prawdą?! I mówi to prawnik z imponującym doświadczeniem?! Powiedziałam, że w moim przypadku ukrywanie prawdy o moim ojcu nie pozwala mi normalnie żyć, bo przekłada się na sposób stosowanej terapii. I że przez to nie mogę żyć pełnią życia, bo ciągle czegoś mi brak i poszukuję, a osoba, od której powinnam to usłyszeć, uporczywie milczy. A mama odpowiada mi, że "jak sie żyje pełnią życia, to można się zachłysnąć". Wypaliłam: "w związku z tym, żebym sie przypadkiem nie zachłysnęła, postanowiłaś posadzić mnie na wózku inwalidzkim?"
No to znowu, że jestem podła i egoistyczna.
Nie wiedziałam, że w roku, w którym, jeśli dożyję, będę "świętowała" trzydzieste urodziny, dopadnie mnie historia. Obryzga mnie jej ochłap krwawy, odłamek. A katalizatorem jest historia Kuby. Miał rację Miłoszewski, że wszyscy jesteśmy uwikłani. A nawet o tym nie wiemy. Nie wiemy, jaki ciężar historii dźwiga nasza rodzina i przy okazji jaki ciężar my dźwigamy. Czy nam sie to podoba, czy nie.
Mama powiedziała mi jeszcze, że już dawno wyzbyła się wobec mnie złudzeń. To akurat słyszałam od piątego roku życia. Teraz dodała do tego ozdobną jak jagody Acai perełkę, że "niczego dobrego po mnie się nie spodziewa". No pewnie, od zawsze słyszałam, że jestem podła. I zła. I nie doceniam tego, że mama się dla mnie poświęciła. Dzisiaj też jej powiedziałam, że to nie ja się na świat pchałam. Klasyczna napierdalanka. Scenariusz oczywisty do przewidzenia.
Już nawet nie pamiętam, czym jeszcze się przerzuciłyśmy. Oczywiście powinnam pomyśleć, zastanowić się, jak kazała zawsze Bogna. Mówić o swoich odczuciach. "Trudno mi z tobą o tym rozmawiać", "proszę, zrozum, że mam potrzebę dowiedzenia się tego", "w mojej opinii", "w moim odczuciu". Ćwiczę to przed lustrem. tak rzadko wybucham. A teraz zaczęłam od "to podłe, że mi tego nie powiedziałaś". Oceniłam, podsumowałam, zaatakowałam. Więc znowu dostałam w pysk. Że jestem niewdzięczna. Okrutna. Egoistyczna.
Ale, niespodzianka: mam na koncie kolejny grzech: nie mam wyrzutów sumienia. Nie żałuję, że dałam Kubie do zrozumienia, że coś wiem. Nie żałuję tego, że planuję jego wiedzę poszerzyć książką Grynberga. Ba, jestem gotowa z Grynbergiem się spotkać. Z Mikołajem też. Jest psychologiem przecież. Zrozumie mnie.
Jean Reno zaprosił mnie na kawę. Jego z kolei mam zamiar zapytać, jak szybko, skutecznie i bez zbędnych ceregieli skorzystać z archiwów IPNu.
W ubiegłym roku o tej porze podziwiałam barwny orszak Trzech Króli na wyspie Lanzarote. Choinki były ubrane w bombki obok palm. Dwadzieścia sześć stopni w cieniu. A u nas za oknem trzaskający mróz. W tle stepująca Eugenia. I cuchnący oddech historii na karku.
wtorek, 6 stycznia 2015
niedziela, 28 grudnia 2014
Nowe wcielenie Prababci Marianny
Eugenia Spondylo nie uznaje kompromisów. Nie ma przeszłości, przyszłość za to do niej należy.
Jak przystało na tych, co mają władzę, nosi się jak arystokratka. Bluzki i suknie z wysokim kołnierzykiem, bufiaste rękawy i nieskazitelna długa spódnica. Ubrania nosi głównie czarne albo brązowe. Nigdy białe, byłaby wówczas nadmiernie widoczna. Na szyi nosi potrójny sznur pereł, ale krótkich, ciasnych jak obroża. W talii ściska się wiązanym gorsetem. Kiedy zwiąże go za mocno, nie mogę oddychać. Rzadko go luzuje. To damie nie przystoi.
Ręce przyobleka w siatkowe rękawiczki. Ciemne, żeby zakryć długie i ostre paznokcie. Czarne na końcach, zbrukane wilgotną ziemią.
Spod spódnicy wystają eleganckie czarne trzewiki zapinane na guzik. Ale niełatwo je zapiąć. Trzeba używać do tego specjalnego szydełka. Ciasno przylegają do łydki. Blokują krążenie. Drętwieje w nich stopa. Kiedy Eugenia się niecierpliwi, stuka czubkiem trzewika o podłogę albo deskę rozdzielczą w samochodzie. Wtedy ból we mnie pulsuje.
Włosy ma długie, ciemne. Związuje je w kok nad karkiem, bardzo ciasno. Tak ciasno, że włosy napinają skórę na twarzy i wtedy oczy Eugenii robią się skośne.
Profil ma arystokratyczny, rysy szlachetne, wąskie usta zaciśnięte. Brwi zazwyczaj ściąga, a wtedy tworzą się u zbiegu nosa i oczu dwie głębokie bruzdy. Jest chmurna i groźna. Niedostępna. Zawsze milcząca. Ma duże, czarne, nieruchome oczy. Martwe. Nie widać w nich białek. Nie rusza nimi. Tylko patrzy. Twardo, nieustępliwie. Czujnie.
Zna każdy mój ruch, ale jednego nie potrafi: wyprzedzić moich myśli. Dopiero kiedy myśl zaistnieje, ona reaguje. Dlatego tak łatwo jej rujnować moje plany. Jednym tupnięciem przekreśla misternie tkane rozkłady spotkań, wyczekiwane podróże, ustalone wcześniej wyjścia.
Przysiada we mnie, kiedy zaczynam planować. Czai się. Odhacza to, co jej pasuje, gniewnym tupaniem reaguje na zadania nadprogramowe i męczące. Czasem jest jak dziecko, które do omdlenia trzeba nosić na rękach, bo inaczej wrzeszczy. Nie znosi długiego siedzenia, długi spacer również ją męczy. W przerwach między kolejnymi przystankami daje o sobie znać huśtawką skurczonego bólu na wysokości lewego biodra. Zaborcza, zazdrosna, wyrachowana egoistka. Każe się sobie kłaniać, dlatego przygniata mnie do ziemi. Siada wtedy na karku, zakłada swoje perły na moją szyję i próbuje prowadzić mnie jak na smyczy. Pochylam się wtedy i długo muszę walczyć, zanim się wyprostuję. Zanim wyzwolę się spod perłowego jarzma i odepnę wreszcie obrożę.
Nie umiem jeszcze spojrzeć jej prosto w twarz. Boję się, kiedy jest blisko. Na razie na jej sylwetkę patrzę z dużej odległości. Jakby szła od strony ulicy Ceglanej w dół ulicą Dolną. Trzymam wyciągniętą rękę, żeby tam się zatrzymała. Z daleka trzymam uniesioną dłoń - jednocześnie ją pozdrawiam i daję znać, żeby bliżej nie podchodziła. Jeszcze nie teraz. Jeszcze za wcześnie.
Raz tylko spróbowałam spojrzeć jej w twarz. Byłam odważna, bo była ze mną Pani Bogna.
Siedziałyśmy razem z Eugenią w samochodzie. Dopiero co przetarłam deskę rozdzielczą, więc Eugenia ubłoconym trzewikiem z upodobaniem w nią kopała. Lekko, ale rytmicznie. Zostawiała na szarym materiale błotne cętki. Czekała, aż wyjdę z terapii. A ja podczas terapii zajrzałam do niej. Zrobiłam jej psikusa. Chciałam ją zaskoczyć. Ale poznała już moje myśli. Za późno. Zbita szklanka.
- Spójrz na mnie, Eugenio. Odwróć się do mnie, spójrz mi w oczy, proszę.
Byłam dzielna, bo była ze mną Pani Bogna. Patrzyłam na profil Eugenii i wydawało mi sie, że kącik ust jej drgnął. Ściszyłam głos i poprosiłam raz jeszcze, zachęcona przez Panią Bognę.
I wtedy Eugenia zaczęła powoli odwracać twarz w moją stronę. Na klatce piersiowej poczułam wielki ciężar. Skóra na twarzy ścierpła mi ze strachu. Tułowiem zaczęłam odginać się na fotelu do tyłu. Czułam, jak rozszerzają mi się z przerażenia źrenice.
Jedna połowa twarzy Eugenii piękna, arystokratyczna i regularna. Druga połowa rozpada się. Gnije. Odpadają zepsute kawałki policzka zzieleniałego rozkładem. Wysokie czoło odsłania opadająca skóra, ukazując nagą czaszkę. Nieruchome, całe czarne oko wypływa z oczodołu. W ziejącym pustką otworze kłębią się tłuste czerwie. Kołnierzyk częściowo tylko zasłania napięte ścięgna szyi i zszarzałe od rozkładu mięśnie.
-Proszę, Eugenio, odwróć się już, nie każ mi na siebie patrzeć. Jeszcze nie teraz, proszę. Jeszcze za wcześnie.
Płakałam z przerażenia. Ale Pani Bogna była ze mną. Eugenia przyczaiła się na lewym biodrze. Była zła, że ją niepokoiłam, a później z prośby się wycofałam. Pogroziła mi chudym, kościstym palcem. Musnęła dół pleców, postukała w łopatki. Kiedy wstawałam z fotela u Pani Bogny, mocno przygięła mnie do ziemi. Kazała się pokłonić w geście przeprosin.
To dlatego się jej boję. To dlatego jej nie akceptuję. Eugenia z jednej strony dybie na moją wolność. A z drugiej chce mi ją dać. Tylko że ja wolność inaczej sobie wyobrażałam. Nie tak, jak śmierć.
Co rano przychodzi siedmiu aniołów. Wchodzą bez pukania. Jeden z nich nagłym ruchem wyjmuje mi z piersi serce. Przykłada do ust. Inni robią to samo. Wtedy usychają im skrzydła, a twarze ze srebrnych stają się purpurowe. Odchodzą ciężko tłukąc sabotami. Serce zostawiają na krześle jak pusty garnuszek. Cały dzień trzeba napełniać, aby nad ranem aniołowie nie odchodzili srebrni i skrzydlaci.
Cóżeś ty za pani
Nie wiem, dlaczego nagle postanowiłam sięgnąć po książkę Anny Wojtachy. W bibliotece podejmuję wiele nieracjonalnych decyzji - od wyboru opowieści dla dzieci, przez legendy skandynawskie aż po tanie romansidła czy ograne kryminalne zagadki. Dziwne. Rzadko którą biblioteczną zdobycz ostatnio dokończyłam. Może to wina rzutu, może po prostu kiepskich wyborów. Im bardziej jestem wyczulona na tandetę, tym chętniej po nią sięgam. Po czym rzucam w kąt, ryzykując zapłacenie rujnującej mój budżet kary w wysokości jeden złoty i trzydzieści groszy.
Ale książkę Wojtachy wybrałam chyba podświadomie. Bo są momenty, kiedy Afgańska Siostra wyślizguje mi się. Komunikacyjnie oddala, jakby bytowała na zupełnie innej orbicie. Oczywiście można to wytłumaczyć na wiele sposobów. Pierwszym jest chociażby to, że jestem kaleką. Obiecałam jej, że będę jej towarzyszyć w marszu, a okazało się, że godzinny spacer po Nowym Świecie jest dla mnie nie do pokonania. Czasem przejazd tramwajem na Wolę graniczy dla mnie z cudem. Podniesienie tego, co spadło ze stołu, odkładam na święty nigdy. Więc czemu się dziwić, że nie byłabym w stanie pojechać z nią na wojnę.
Wyrzucam to sobie wielokrotnie, że nie jestem tak silna jak ona. Że powinnam, a nie jestem. Głównie fizycznie, bo psychicznie może i wojnę bym zniosła. A może nie. Tyle przecież o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.
Sięgnęłam po tę książkę, bo chciałam spróbować zajrzeć do głowy Asi i sprawdzić, co w wojnie jest takiego uzależniającego. Oczywiście wiele razy próbowała mi to tłumaczyć, ale przecież każdy ma swoją wojnę i powody, dla których na nią jedzie. Tym bardziej jako cywil. Powiedziała mi kiedyś, że wybrała Ghazni, bo chciała wreszcie coś poczuć. Po wielkiej pustce. Ale to zaklęty krąg. Bo jak się wyjechało raz na wojnę, trudno liczyć na to, że po powrocie wieczorne wydanie wiadomości dostarczy człowiekowi jakichkolwiek emocji. W sensie ich prawdziwości. A przecież z wojny kiedyś się wraca. Teoretycznie do domu. Jeśli się go w sobie nie ma, dokąd się wraca?
Denerwowała mnie momentami Wojtacha. Z jednej strony wywija nad głowa hasłami o dziennikarskiej misji i konieczności przezroczystości, a z drugiej - w całej książce snuje nić samouwielbienia i potwierdzenia wyjątkowości podejmowanego przez siebie ryzyka. Jagielski tak nie ma. Z każdej strony przebija jakieś potwierdzenie tego, jaka to twarda baba. I sama tworzy te dowody dwojako: przytaczając kolejne sceny wojenne, których ni stąd ni zowąd staje się główną bohaterką, a później przyklepując to jeszcze komentarzem niby to z offu i "zupełnie obiektywnym" swoich towarzyszy wojennej zawieruchy. Nie wiem, coś mi tu nie gra.
Asia tak nie ma. Asia nie epatuje swoja wyjątkowością, choć odwagi ma zdecydowanie nie mniej niż Wojtacha. O uzależnieniu od adrenaliny wojennej mówi tylko zapytana. Ale nie przykleja sobie etykietki, nie wypala zaraz po swoim nazwisku, że była na wojnie.
Oczywiście chylę czoła przed odwagą Wojtachy, ale byłoby mi wstyd opowiadać o wojennej pożodze przez pryzmat samej siebie, ale w sensie mojego domniemanego męstwa. W każdym razie w taki sposób.
"Wojna sprawia, że czujemy się wyjątkowi". Pewnie prawda. Szkoda, że Wojtacha większość z komunikatu o wyjątkowości prezentuje na zewnątrz, a nie zostawia dla siebie. Bo nie dociera do jądra rzeczy, tylko ślizga się po powierzchni zjawiska. Tak, to mi zdecydowanie przeszkadzało. A może to wina redakcji? Nie wiem, pewnie znów się czepiam.
"Miłość na wojnie ma iny smak. jest nie tylko spełnieniem i rozkoszą. Jest silną potrzebą, jest odreagowaniem. Jest namiętna go granic, gwałtowna i ostra. Spotęgowana przeżyciami każdego dnia. Ekstremalna jak miejsce, w którym jesteśmy. Ludzie szukają nowych doznań, kochając się w windzie czy w parku. To się jednak w żaden sposób nie równa z seksem pod ostrzałem. Miłość na wojnie zawsze może być tą ostatnią. Uprawia się ją więc całym sobą, jakby nie miało się na nią już więcej czasu".
Czytałam tę książkę i myślałam o sensie mojego zawodu, o tym, że nigdy prawdziwej wojny nie zobaczę, bo do czego to podobne, żeby kalekiego dziennikarza na ową wysyłać, ale również o tym, co czuje bądź czuła Asia. I w tej wojennej heroinizacji wiele wspólnego mają zarówno Wojtacha, jak i moja młodsza wojenna Siostra, którą los zesłał mi nagle, niespodziewanie i niezasłużenie. Ot, miłość chociażby. Niewytłumaczalna, niepoukładana, nieracjonalna, nielojalna, a przy okazji dzika, nieokiełznana, jakby rodem z jakiejś amerykańskiej produkcji. Wojtacha traktuje ją mniej romantycznie raczej niż Asia, więcej w niej frustracji, męskiej potrzeby zaspokojenia fizycznych potrzeb, w Asi więcej potrzeby poczucia bezpieczeństwa, posiadania swojej przystani, falochronu. Co prawda zachowania pana wojaka doprowadzają mnie do szału, ale z drugiej strony - co mnie do tego? To ich decyzje. Ale jak myślę, ile nocy przez niego przepłakała, skręcają mi się jelita. Mam ochotę ukręcić mu głowę gołymi rękami. I za chwilę bezradnie je opuścić, bo jest coś w zachowaniu Asi, co doskonale rozumiem. I leży to bez wątpienia również u podstaw moich decyzji o wybieraniu takich, a nie innych lektur. Przecież coraz więcej na moich półkach książek o wojnie, o korespondentach wojennych i dziennikarskiej etyce. Doprawdy, długo nie trzeba się zastanawiać, dlaczego. No i jeszcze ta jednoczesna męska obecność i nieobecność w naszych życiach. Pewnie popełniam grzech, porównując się do Asi, ale chyba jednak coś wspólnego mamy. Tylko że moja codzienna wojna to wojenka, mnie nie świszczą nad głową kule i nie muszę uciekać do schronu. Póki co nad moją kondycją czuwa doktor Majkel i sztab dobrych ludzi, którzy zaaplikują odpowiednie ćwiczenia, dozują dobre słowa i monitorują jakość życia. Asia tam tego nie miała. Czyli jednak grzech. Cóż, starsze siostry zazwyczaj mentalnie są mniej udane.
czwartek, 25 grudnia 2014
Święta według Seussa
A więc to tak wyglądają Święta z wyboru. Tak, jak chciałam. Tak, jak sobie życzyłam. Widzisz, Kasiu, Juliusz Cezar powiedział Ci kiedyś, że spełnianie marzeń boli. Po raz kolejny miał rację. Pierwszy raz wtedy, kiedy zostałam dziennikarzem. Bodaj nie tak to sobie wyobrażałam.
Chyba najtrudniejsza była Wigilia, ale to już za mną. Mnożąc niewyobrażalnie listę zadań, multiplikując zadania do wykonania, przeżyłam cudem przedpołudnie. W strugach wszędobylskiego deszczu zrobiłam ostatnie zakupy. Udawałam sama przed sobą, że podśpiewywanie pastorałek i radiowych kolęd sprawia mi przyjemność. Zrezygnowałam z telewizora, tętniącego marketingowym przekazem o wyjątkowym, magicznym czasie bliskości i rodzinnego ciepełka. Zmusiłam Eugenię do pokornego towarzyszenia mi w ostatnich przygotowaniach. Do czego? No właśnie. Wychodzi na to, że wiele hałasu o nic.
Tylko dwie łzy mi spadły tego wieczoru. W kuchni u Agnieszki poczułam się przez chwilę obco, jak osierocone dziecko, jak porzucona mała dziewczynka, która kątem próbuje wyżebrać u kogoś odrobinę rodzinnego ciepła. Wciska się w kąt kaflowego pieca, żeby nie było jej za bardzo widać, przyciska się do niego całym ciałem, żeby tylko tej brokatowej atmosfery odrobinę uszczknąć. Żeby choć na moment osiadła na rzęsach. Choć na chwilę się rozgrzać. Potem mogę pójść dalej, będzie dobrze, przecież zawsze sama sobie radziłam. Jacques szybko pospieszył na pomoc z kieliszkiem prosecco. Ulżyło mi po pierwszym wielkim hauście. Jeszcze tylko ciocia Mirka powiedziała, że okulary mi zaparowały. A potem nie było nawet kiedy myśleć o tym, że sto trzydzieści kilometrów ode mnie na stole w domu mojej mamy stoją tym razem dwa puste nakrycia. Jedno tradycyjnie dla Dziadka, z drugie w tym roku dla mnie. Nie odebrała ode mnie telefonu w Wigilię. Ale za to Roman Czejarek na antenie przeczytał moje życzenia. Wiedziałam, że słucha. Przecież zawsze słucha Jedynki. Może i się nie przyłożył do ładniejszego przeczytania życzeń (wielokrotnie już przekonałam się, jak skutecznie dziennikarska woda sodowa potrafi do głowy uderzyć), ale to był jedyny sposób na to, żebym do mamy dotarła z życzeniami. A smsem do niej nie chciałam. Wydało mi się to niegrzeczne i niestosowne. Za to mama odpowiedziała mi smsem sugerującym, że Babcia nie żyje. Gdyby nie check-lista z poranka, pewnie bym się rozpadła. Jak to dobrze, że od zawsze potrafiłam znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Największym prezentem w te Święta jest ilość powtórzonych zaproszeń. A to na śledzie, a to na ciasto, a to na rozmowy o literaturze. Póki co skorzystałam tylko z jednego. To i tak nad wyraz dużo dla mnie. Eugenia lubi ciszę, spokój i własny rytm. Rytm staruszki z filmu Kędzierzawskiej. Własne wybory, własne lektury, sen o każdej porze doby. Dobroczynny rower i ćwiczenia zlecone przez Iwonkę. Humor poprawiają mi czerwone paznokcie pięknie przez Kamilę na okoliczność Świąt wyszykowane. W kolorze wina truskawkowego. Szkoda, że spożywanego samotnie na ławce.
A jednak to jak gen. Już nie pamiętam, co znaczy radosne Święta, więc żadne już takie dla mnie nie będą. Bez względu na to, gdzie się znajdę. Wspomnienie tych wszystkich przerażających Wigilii u Mamy, kiedy łzy kapały mi jak groch, soląc zupę grzybową, są jak tkanka bliznowata. Zawsze będą mi ściągać ramiona, sprawiać, że broda mi drży i że chcę zawinąć się w kołdrę i do końca tego strasznego marketingowego czasu stać się człowiekiem-burrito, który nie będzie miał świadomości upływającego czasu, nie będzie musiał jeść kapusty, śledzi i przy opłatku łykać łez. Wychodzi na to, że tych straconych lat, przez które nauczyłam się, że Święta to kara, nie zrekompensują przedświąteczne uśmiechy i radosne oczekiwanie, które obserwowałam w warszawskich domach przez ostatnie dni. To było takie piękne, kiedy Kamila szykowała się do sprawiania ryb, a Maciek - swoim sposobem, bo sarkastycznie, ale jej sekundował, Ewka wycierała ręce w pognieciony podkoszulek, kiedy zrobiła sobie przerwę w ciachaniu cebuli i kiedy Mama Toot rozmawiała ze mną przez telefon i łamał jej się głos. Tyle mogłam podpatrzeć, tyle zobaczyć. Aha, to tak, wy wszyscy naprawdę się cieszycie, że razem do tego stołu zasiądziecie. Jakie to dziwne, jakie egzotyczne, jak zadziwiająco fascynujące i inne od tego, co mam co roku. Co miałam co roku.
Chłonęłam wszystkie ciepłe i dobre gesty, tłumacząc sobie, że to nieprawda, że na nie nie zasłużyłam - koszulka z logo "Polityki" od Piotra, cały worek prezentów od Ewy, barszczyk u Agnieszki i Marcina, wzruszająca kartka od Iwony. Kasiu, to nie jest tak, przecież Pani Bogna ci powiedziała, że na miłość nie trzeba zasłużyć. "Ile ja mam szczęścia, że was mam" - powiedziałam w szpitalu do Mamy Ali. A Mama Ala na to: "to my jesteśmy szczęściarzami, że Ciebie mamy". I przez jedną krótką chwilę jest we mnie jasno i spokojnie, ciepło, bezpiecznie, Eugenia mości się we mnie jak w chuście dla indyjskiego niemowlęcia, ssąc ostry pazur i oszczędzając mi bolesnego kłucia. A kiedy zapada zmrok i stąpam po saskokępnej ciszy, słyszę jej kroki obute w trzeszczące skórzane trzewiki i strach mnie chwyta za gardło.
Poranek pierwszego dnia Świąt przyniósł mdłości. No tak. Do tej pory bezglutenowo, wczoraj bezrozumnie wpakowałam w siebie wszystko, co mi podsunęli. Śledź na dwa miliony sposobów, chrzęszczący świeżą cebulką pod pierzynką z zakazanej śmietany. Z jaką rozkoszą obracałam na języku kulki pomarańczowego kawioru i wyobrażałam sobie, że jestem petersburską hrabianką, której przyniesiono właśnie kolację na godzinę przed wyjściem do opery. Czerwony barszczyk, a do tego uszka z pieczarkami i soczewicą. Pierożki bawarskie przez Jacquesa pieczone. Doskonały łosoś, który jak masło rozpuszczał się na moim talerzu obok ziemniaka z wyszukanym śródziemnomorskim sosem. I sernik z mleczna czekoladą, i beza, i pierniki przez dzieci wypiekane. Same dobre rzeczy.
Nocna Warszawa drzemiąca wigilijnym ciepłem. Podobała mi się. Gdyby nie gderanie ciotki, pojechałabym pewnie na Szczęśliwice popatrzeć, jak ludzie udekorowali okna. Cudze okna. Rozświetlone i w połowie ciemne. Wyludniona Warszawa, bo słoiki takie jak ja pojechały gromadzić kolejne zapasy.
Nieważne, że Święta bez śniegu. Za to w strugach sążnistego deszczu, który od ponad tygodnia uznał, że nie ma zamiaru się skończyć. Bo tak. Leje nieustannie. nawet jak na chwilę przestanie, w kolanach czuję zapowiedź kolejnej katastrofy. Leje i leje od ponad tygodnia. Wszędzie wilgoć i wstrętny chłód. Ponure poranki, zachmurzone popołudnia, wieczory skąpane w strugach deszczu, przemoczone ulewą noce. Psy patrzą na swoich właścicieli z błaganiem w oczach, żeby tym razem nie musieć włazić do wanny. Nic z tego. Ludzie z kozaków przeskoczyli w długie kalosze i brodzą w nich po świątecznych ulicach, marząc pewnie o małych czółnach, które pozwoliłyby im bezpiecznie i w miarę suchą stopą dostać się do domu. To jest to ocieplenie klimatu? Zawilgoceniem bym go nazwała. Zamiast zmy mamy porę deszczową. Jeszcze się klimatem z Tajlandią zamienimy.
Był taki jeden moment wczorajszego wieczoru, który wydał mi się naprawdę magiczny. Kiedyś wyobrażałam sobie, że w Wigilię naprawdę spełniają się marzenia, a życzenia składane przy opłatku albo w myśli mają cudowną moc. Nawet te wyszeptane w głowie, bo jeszcze mama usłyszy, że chciałabym umrzeć, bo tam po drugiej stronie pewnie nie trzeba płakać. I nadzieja znów wstąpi we mnie, małą dziewczynkę, która chorobliwie wierzy w to, że ludzie są dobrzy i jaśni. I wtedy otworzą się drzwi i wejdzie przez nie nieznajomy pan, otrzepie płaszcz z płatków śniegu i rozłoży ramiona na mój widok. A ja rzucę się mu na szyję, bo będę wiedziała, że, mimo że go nigdy nie widziałam, jest mi wyjątkowo bliski, bo tak jak ja wzdycha, kiedy skończy książkę i uśmiecha się na widok biegnącego psa i otwiera usta w majowym parku, kiedy pada ciepły deszcz.
Nigdy nie przyszedł. Ale ciągle wierzę. Ostatnio tak mocno go wyczekiwałam, kiedy spacerowałam po holu Instytutu Reumatologii. Uporczywie wpatrywałam się już od 6 rano w automatyczne drzwi. Wierzyłam, że otworzą się, wejdzie przez nie Ojciec i powie mi, na co choruje, żeby wlew z Enbrelu mnie nie zabił i żeby doktor Majkel wiedział, co robić. Że położy mi rękę na głowie i powie, że siłę odziedziczyłam po nim i nie mam się czego bać. I będzie mi się przyglądał i sprawdzał, czy nos mam bardziej po nim, czy może usta. A może tembr głosu. A może kolor włosów. I że będą go bawiły moje żarty o ministrze Arłukowiczu i z podziwem spojrzy na to, jak mimo bólu wchodzę po schodach, a nie korzystam z windy jak nawet zdrowi pacjenci. Że powie mi: "jestem z ciebie dumny, córeczko". I kiedyś pokaże mi wszystkie swoje książki. I nie będzie ukrywał tego, że z fizyki też był słaby. A spojrzenie będzie miał spokojne i mądre, trochę smutne, a trochę pogodzone. Zawsze gotowe do obrony. W końcu podobno był adwokatem. I nawet nieczynny zawodowo będzie zawsze gotów mnie bronić za wszelką cenę.
Do ostatniej chwili wierzyłam, że w Wieczór Cudów Mama zadzwoni i powie mi, jak brzmi jego nazwisko. W tym roku jednak talon na spełnione marzenia dostał ktoś inny. Pewnie grzeczniejszy, bardziej pokory i lepszy. A może po prostu tak miało być.
Dostałam za to inny prezent i przyjmuję go jako formę zmodyfikowanego cudu. Takiego w wersji rar, jak zabawki z drewna, które w pudełku są płaskie, a dopiero po rozpakowaniu nabierają kształtów w formie skomplikowanych maszyn i innych obiektów. Do składania przez chłopców, bo przecież dziewczynki są zbytnio ułomne, żeby taką zabawkę pojąc. Zawsze o takim modelu marzyłam.
Kiedy z trudem zeszłam z góry z pokoju Tysi po godzinnym, acz nieudanym strojeniu gitary, sięgnęłam do torby. Dzwonił Łukasz, Kuba złożył mi życzenia. A w messengerze az trzy wiadomości. W tym jedna, której się najmniej tego wieczoru spodziewałam. Dotknęłam drżącym palcem dotykowego wyświetlacza. Wyskoczyła kulka ze zdjęciem J, ruchoma, z padającymi płatkami śniegu. "ZDROWIA. Musisz o to dbać, bo jesteś moim najlepszym i najważniejszym czytelnikiem".
Usłyszałam szum. Jakby coś się we mnie poderwało do lotu. Przygasł świąteczny gwar przy kominku. Poczułam ciepło. Tysia skakała wokół mnie, śpiewając jakąś piosenkę One Republic. A ja tego nie słyszałam. Widziałam tylko ruchomą kulkę z Jego zdjęciem. Pomyślał o mnie w Wigilię. I jeszcze przysłał mi takie życzenia. Teraz nie mam wyjścia. Muszę walczyć dalej. Bo On też wierzy.
- Ciociu, ciociu! Co się stało? - Tysia zawisła na moim ramieniu.
Spojrzałam na dwunastoletnią dziewczynkę, którą sama niedawno byłam i wtedy Eugenia uderzyła po raz pierwszy.
- Ciociu, powiedz coś! Stało się coś? Masz takie duże oczy... - nie ustępowała.
- Mamo, cioci coś się stało!
Agnieszka podeszła, spojrzała na mnie i po prostu położyła mi rękę na ramieniu. I tak się stają cuda. Po cichu. Bez trąb jerychońskich. Bez błyskawic. W środku. Po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę się uśmiechnęłam.
Dziś przez cały dzień robię tylko to, na co mam ochotę. Dzień upływa powoli, pewnie dlatego, że od 15 jest już wieczór. Deszczowy - dodajmy.
Od rana oglądałam balet. "Dziadek do orzechów" zawsze mi dobrze robi, ale najlepiej, jak oglądam go sama - w spokoju moge wówczas zalać się łzami nad pięknem ludzkiego ciała, wytworów ludzkich rąk i potęgi wyobraźni. I chyba nigdy nie uwierzę do końca w to, ze muzyka jest asemantyczna. W każdym razie nie muzyka Czajkowskiego.
Balet jest uosobieniem magii, bo skupia w sobie grozę i piękno. "Taniec cukrowej wieszczki" był dla mnie zawsze hipnotyzująco przerażający. Dlatego nigdy nie zrozumiem, dlaczego nawet dobre technicznie tancerki podczas tańca uśmiechają się jak kretynki. Zaklęta w cukrową formę wróżka tańczy. Jakie to smutne i onirycznie przerażające. Na koniec można się uśmiechnąć, że baletnica nie wywinęła nadprogramowego niezgrabnego pirueta. A nie szczerzyć się nieustannie przez cały taniec. To tlenowo nieekonomiczne.
Czepiam się, bo sama chciałam kiedyś tańczyć. Chodziła do domu kultury na sekcję baletową, ale Mama nie miała czasu wiecznie mnie tam prowadzać. Więc prysły sny o tańcu. A teraz już nie ma o czym mówic. Moje kości zarosły gąszczem medycznych pojęć, które brzmią jak nazwy nowoczesnej broni. Nie mogę schylić się po upadłą skarpetkę. Nie ma mowy o pas de deux. Ręce mnie bolą coraz bardziej, przy klawiaturze jest jeszcze nieźle, ale długopisem pisać mi nie tylko trudno, ale boleśnie. Dzisiaj ugryzłam świąteczne jabłko. Było takie śliczne i pachnące. Od Iwonki. Słodkie i kruche. A potem, kiedy dotarłam do ogryzka, poczułam na języku zdrewnienie. Wszyscy naokoło mówią mi, że nie dość, że nie wyglądam na swój wiek, to w ogóle choroba mi urody dodała. Powtarzam, że to dlatego, że ja na wygląd nie choruję. Ale ze mną jest tak jak z tym jabłkiem: na zewnątrz śliczne, błyszczące i zdrowe. W środku cierpkie i zdrewniałe. Takie jabłko nie nadaje sie do sałatki. Nie nadaje się również do rozkrojenia. Nikt by go nie chciał jeść. Wstyd poczęstować kogoś takim jabłkiem.
A potem doładowałam się jeszcze filmem Kędzierzawskiej i mogłam zacząć prawdziwe świętowanie. Czyli położyłam się spać. Bo język mi się plątał i sama sobie nogi podkładałam. Afgańska Siostra orzekła jednak, że dokonałam heroicznego czynu. Przeżyłam Wigilię. A teraz okazuje się, że przy dźwiękach walca Czajkowskiego przeżyłam jeszcze Pierwszy Dzień Świąt. Jeszcze tylko jeden. I będzie kolejny cud.
Chyba najtrudniejsza była Wigilia, ale to już za mną. Mnożąc niewyobrażalnie listę zadań, multiplikując zadania do wykonania, przeżyłam cudem przedpołudnie. W strugach wszędobylskiego deszczu zrobiłam ostatnie zakupy. Udawałam sama przed sobą, że podśpiewywanie pastorałek i radiowych kolęd sprawia mi przyjemność. Zrezygnowałam z telewizora, tętniącego marketingowym przekazem o wyjątkowym, magicznym czasie bliskości i rodzinnego ciepełka. Zmusiłam Eugenię do pokornego towarzyszenia mi w ostatnich przygotowaniach. Do czego? No właśnie. Wychodzi na to, że wiele hałasu o nic.
Tylko dwie łzy mi spadły tego wieczoru. W kuchni u Agnieszki poczułam się przez chwilę obco, jak osierocone dziecko, jak porzucona mała dziewczynka, która kątem próbuje wyżebrać u kogoś odrobinę rodzinnego ciepła. Wciska się w kąt kaflowego pieca, żeby nie było jej za bardzo widać, przyciska się do niego całym ciałem, żeby tylko tej brokatowej atmosfery odrobinę uszczknąć. Żeby choć na moment osiadła na rzęsach. Choć na chwilę się rozgrzać. Potem mogę pójść dalej, będzie dobrze, przecież zawsze sama sobie radziłam. Jacques szybko pospieszył na pomoc z kieliszkiem prosecco. Ulżyło mi po pierwszym wielkim hauście. Jeszcze tylko ciocia Mirka powiedziała, że okulary mi zaparowały. A potem nie było nawet kiedy myśleć o tym, że sto trzydzieści kilometrów ode mnie na stole w domu mojej mamy stoją tym razem dwa puste nakrycia. Jedno tradycyjnie dla Dziadka, z drugie w tym roku dla mnie. Nie odebrała ode mnie telefonu w Wigilię. Ale za to Roman Czejarek na antenie przeczytał moje życzenia. Wiedziałam, że słucha. Przecież zawsze słucha Jedynki. Może i się nie przyłożył do ładniejszego przeczytania życzeń (wielokrotnie już przekonałam się, jak skutecznie dziennikarska woda sodowa potrafi do głowy uderzyć), ale to był jedyny sposób na to, żebym do mamy dotarła z życzeniami. A smsem do niej nie chciałam. Wydało mi się to niegrzeczne i niestosowne. Za to mama odpowiedziała mi smsem sugerującym, że Babcia nie żyje. Gdyby nie check-lista z poranka, pewnie bym się rozpadła. Jak to dobrze, że od zawsze potrafiłam znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Największym prezentem w te Święta jest ilość powtórzonych zaproszeń. A to na śledzie, a to na ciasto, a to na rozmowy o literaturze. Póki co skorzystałam tylko z jednego. To i tak nad wyraz dużo dla mnie. Eugenia lubi ciszę, spokój i własny rytm. Rytm staruszki z filmu Kędzierzawskiej. Własne wybory, własne lektury, sen o każdej porze doby. Dobroczynny rower i ćwiczenia zlecone przez Iwonkę. Humor poprawiają mi czerwone paznokcie pięknie przez Kamilę na okoliczność Świąt wyszykowane. W kolorze wina truskawkowego. Szkoda, że spożywanego samotnie na ławce.
A jednak to jak gen. Już nie pamiętam, co znaczy radosne Święta, więc żadne już takie dla mnie nie będą. Bez względu na to, gdzie się znajdę. Wspomnienie tych wszystkich przerażających Wigilii u Mamy, kiedy łzy kapały mi jak groch, soląc zupę grzybową, są jak tkanka bliznowata. Zawsze będą mi ściągać ramiona, sprawiać, że broda mi drży i że chcę zawinąć się w kołdrę i do końca tego strasznego marketingowego czasu stać się człowiekiem-burrito, który nie będzie miał świadomości upływającego czasu, nie będzie musiał jeść kapusty, śledzi i przy opłatku łykać łez. Wychodzi na to, że tych straconych lat, przez które nauczyłam się, że Święta to kara, nie zrekompensują przedświąteczne uśmiechy i radosne oczekiwanie, które obserwowałam w warszawskich domach przez ostatnie dni. To było takie piękne, kiedy Kamila szykowała się do sprawiania ryb, a Maciek - swoim sposobem, bo sarkastycznie, ale jej sekundował, Ewka wycierała ręce w pognieciony podkoszulek, kiedy zrobiła sobie przerwę w ciachaniu cebuli i kiedy Mama Toot rozmawiała ze mną przez telefon i łamał jej się głos. Tyle mogłam podpatrzeć, tyle zobaczyć. Aha, to tak, wy wszyscy naprawdę się cieszycie, że razem do tego stołu zasiądziecie. Jakie to dziwne, jakie egzotyczne, jak zadziwiająco fascynujące i inne od tego, co mam co roku. Co miałam co roku.
Chłonęłam wszystkie ciepłe i dobre gesty, tłumacząc sobie, że to nieprawda, że na nie nie zasłużyłam - koszulka z logo "Polityki" od Piotra, cały worek prezentów od Ewy, barszczyk u Agnieszki i Marcina, wzruszająca kartka od Iwony. Kasiu, to nie jest tak, przecież Pani Bogna ci powiedziała, że na miłość nie trzeba zasłużyć. "Ile ja mam szczęścia, że was mam" - powiedziałam w szpitalu do Mamy Ali. A Mama Ala na to: "to my jesteśmy szczęściarzami, że Ciebie mamy". I przez jedną krótką chwilę jest we mnie jasno i spokojnie, ciepło, bezpiecznie, Eugenia mości się we mnie jak w chuście dla indyjskiego niemowlęcia, ssąc ostry pazur i oszczędzając mi bolesnego kłucia. A kiedy zapada zmrok i stąpam po saskokępnej ciszy, słyszę jej kroki obute w trzeszczące skórzane trzewiki i strach mnie chwyta za gardło.
Poranek pierwszego dnia Świąt przyniósł mdłości. No tak. Do tej pory bezglutenowo, wczoraj bezrozumnie wpakowałam w siebie wszystko, co mi podsunęli. Śledź na dwa miliony sposobów, chrzęszczący świeżą cebulką pod pierzynką z zakazanej śmietany. Z jaką rozkoszą obracałam na języku kulki pomarańczowego kawioru i wyobrażałam sobie, że jestem petersburską hrabianką, której przyniesiono właśnie kolację na godzinę przed wyjściem do opery. Czerwony barszczyk, a do tego uszka z pieczarkami i soczewicą. Pierożki bawarskie przez Jacquesa pieczone. Doskonały łosoś, który jak masło rozpuszczał się na moim talerzu obok ziemniaka z wyszukanym śródziemnomorskim sosem. I sernik z mleczna czekoladą, i beza, i pierniki przez dzieci wypiekane. Same dobre rzeczy.
Nocna Warszawa drzemiąca wigilijnym ciepłem. Podobała mi się. Gdyby nie gderanie ciotki, pojechałabym pewnie na Szczęśliwice popatrzeć, jak ludzie udekorowali okna. Cudze okna. Rozświetlone i w połowie ciemne. Wyludniona Warszawa, bo słoiki takie jak ja pojechały gromadzić kolejne zapasy.
Nieważne, że Święta bez śniegu. Za to w strugach sążnistego deszczu, który od ponad tygodnia uznał, że nie ma zamiaru się skończyć. Bo tak. Leje nieustannie. nawet jak na chwilę przestanie, w kolanach czuję zapowiedź kolejnej katastrofy. Leje i leje od ponad tygodnia. Wszędzie wilgoć i wstrętny chłód. Ponure poranki, zachmurzone popołudnia, wieczory skąpane w strugach deszczu, przemoczone ulewą noce. Psy patrzą na swoich właścicieli z błaganiem w oczach, żeby tym razem nie musieć włazić do wanny. Nic z tego. Ludzie z kozaków przeskoczyli w długie kalosze i brodzą w nich po świątecznych ulicach, marząc pewnie o małych czółnach, które pozwoliłyby im bezpiecznie i w miarę suchą stopą dostać się do domu. To jest to ocieplenie klimatu? Zawilgoceniem bym go nazwała. Zamiast zmy mamy porę deszczową. Jeszcze się klimatem z Tajlandią zamienimy.
Był taki jeden moment wczorajszego wieczoru, który wydał mi się naprawdę magiczny. Kiedyś wyobrażałam sobie, że w Wigilię naprawdę spełniają się marzenia, a życzenia składane przy opłatku albo w myśli mają cudowną moc. Nawet te wyszeptane w głowie, bo jeszcze mama usłyszy, że chciałabym umrzeć, bo tam po drugiej stronie pewnie nie trzeba płakać. I nadzieja znów wstąpi we mnie, małą dziewczynkę, która chorobliwie wierzy w to, że ludzie są dobrzy i jaśni. I wtedy otworzą się drzwi i wejdzie przez nie nieznajomy pan, otrzepie płaszcz z płatków śniegu i rozłoży ramiona na mój widok. A ja rzucę się mu na szyję, bo będę wiedziała, że, mimo że go nigdy nie widziałam, jest mi wyjątkowo bliski, bo tak jak ja wzdycha, kiedy skończy książkę i uśmiecha się na widok biegnącego psa i otwiera usta w majowym parku, kiedy pada ciepły deszcz.
Nigdy nie przyszedł. Ale ciągle wierzę. Ostatnio tak mocno go wyczekiwałam, kiedy spacerowałam po holu Instytutu Reumatologii. Uporczywie wpatrywałam się już od 6 rano w automatyczne drzwi. Wierzyłam, że otworzą się, wejdzie przez nie Ojciec i powie mi, na co choruje, żeby wlew z Enbrelu mnie nie zabił i żeby doktor Majkel wiedział, co robić. Że położy mi rękę na głowie i powie, że siłę odziedziczyłam po nim i nie mam się czego bać. I będzie mi się przyglądał i sprawdzał, czy nos mam bardziej po nim, czy może usta. A może tembr głosu. A może kolor włosów. I że będą go bawiły moje żarty o ministrze Arłukowiczu i z podziwem spojrzy na to, jak mimo bólu wchodzę po schodach, a nie korzystam z windy jak nawet zdrowi pacjenci. Że powie mi: "jestem z ciebie dumny, córeczko". I kiedyś pokaże mi wszystkie swoje książki. I nie będzie ukrywał tego, że z fizyki też był słaby. A spojrzenie będzie miał spokojne i mądre, trochę smutne, a trochę pogodzone. Zawsze gotowe do obrony. W końcu podobno był adwokatem. I nawet nieczynny zawodowo będzie zawsze gotów mnie bronić za wszelką cenę.
Do ostatniej chwili wierzyłam, że w Wieczór Cudów Mama zadzwoni i powie mi, jak brzmi jego nazwisko. W tym roku jednak talon na spełnione marzenia dostał ktoś inny. Pewnie grzeczniejszy, bardziej pokory i lepszy. A może po prostu tak miało być.
Dostałam za to inny prezent i przyjmuję go jako formę zmodyfikowanego cudu. Takiego w wersji rar, jak zabawki z drewna, które w pudełku są płaskie, a dopiero po rozpakowaniu nabierają kształtów w formie skomplikowanych maszyn i innych obiektów. Do składania przez chłopców, bo przecież dziewczynki są zbytnio ułomne, żeby taką zabawkę pojąc. Zawsze o takim modelu marzyłam.
Kiedy z trudem zeszłam z góry z pokoju Tysi po godzinnym, acz nieudanym strojeniu gitary, sięgnęłam do torby. Dzwonił Łukasz, Kuba złożył mi życzenia. A w messengerze az trzy wiadomości. W tym jedna, której się najmniej tego wieczoru spodziewałam. Dotknęłam drżącym palcem dotykowego wyświetlacza. Wyskoczyła kulka ze zdjęciem J, ruchoma, z padającymi płatkami śniegu. "ZDROWIA. Musisz o to dbać, bo jesteś moim najlepszym i najważniejszym czytelnikiem".
Usłyszałam szum. Jakby coś się we mnie poderwało do lotu. Przygasł świąteczny gwar przy kominku. Poczułam ciepło. Tysia skakała wokół mnie, śpiewając jakąś piosenkę One Republic. A ja tego nie słyszałam. Widziałam tylko ruchomą kulkę z Jego zdjęciem. Pomyślał o mnie w Wigilię. I jeszcze przysłał mi takie życzenia. Teraz nie mam wyjścia. Muszę walczyć dalej. Bo On też wierzy.
- Ciociu, ciociu! Co się stało? - Tysia zawisła na moim ramieniu.
Spojrzałam na dwunastoletnią dziewczynkę, którą sama niedawno byłam i wtedy Eugenia uderzyła po raz pierwszy.
- Ciociu, powiedz coś! Stało się coś? Masz takie duże oczy... - nie ustępowała.
- Mamo, cioci coś się stało!
Agnieszka podeszła, spojrzała na mnie i po prostu położyła mi rękę na ramieniu. I tak się stają cuda. Po cichu. Bez trąb jerychońskich. Bez błyskawic. W środku. Po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę się uśmiechnęłam.
Dziś przez cały dzień robię tylko to, na co mam ochotę. Dzień upływa powoli, pewnie dlatego, że od 15 jest już wieczór. Deszczowy - dodajmy.
Od rana oglądałam balet. "Dziadek do orzechów" zawsze mi dobrze robi, ale najlepiej, jak oglądam go sama - w spokoju moge wówczas zalać się łzami nad pięknem ludzkiego ciała, wytworów ludzkich rąk i potęgi wyobraźni. I chyba nigdy nie uwierzę do końca w to, ze muzyka jest asemantyczna. W każdym razie nie muzyka Czajkowskiego.
Balet jest uosobieniem magii, bo skupia w sobie grozę i piękno. "Taniec cukrowej wieszczki" był dla mnie zawsze hipnotyzująco przerażający. Dlatego nigdy nie zrozumiem, dlaczego nawet dobre technicznie tancerki podczas tańca uśmiechają się jak kretynki. Zaklęta w cukrową formę wróżka tańczy. Jakie to smutne i onirycznie przerażające. Na koniec można się uśmiechnąć, że baletnica nie wywinęła nadprogramowego niezgrabnego pirueta. A nie szczerzyć się nieustannie przez cały taniec. To tlenowo nieekonomiczne.
A potem doładowałam się jeszcze filmem Kędzierzawskiej i mogłam zacząć prawdziwe świętowanie. Czyli położyłam się spać. Bo język mi się plątał i sama sobie nogi podkładałam. Afgańska Siostra orzekła jednak, że dokonałam heroicznego czynu. Przeżyłam Wigilię. A teraz okazuje się, że przy dźwiękach walca Czajkowskiego przeżyłam jeszcze Pierwszy Dzień Świąt. Jeszcze tylko jeden. I będzie kolejny cud.
piątek, 12 grudnia 2014
Psikus od losu
Wpada do sali doktor Majkel. Ja nieprzytomna. Budzi mnie, łapie za ramiona i woła:
- Pani Kasiu! Pani Kasiu! Widziałem rentgen! Stawy krzyżowo-biodrowe całkowicie zrośnięte!
Ja na wścieku z obudzenia:
-No i to tak pana doktora cieszy?
-Tak!
Obudziłam się zupełnie. Siadam na łóżku wyprostowana jak struna:
-A zamawiał pan taki prezent urodzinowy u mnie?
Doktor Majkel na to:
-Nie, nie, to nie tak! Ja już wypełniłem wniosek o leczenie biologiczne! Żeby wreszcie przestało boleć! Pani Kasiu! Nie będzie boleć!
I łzy mu w oczach stanęły.
Mnie też.
- Pani Kasiu! Pani Kasiu! Widziałem rentgen! Stawy krzyżowo-biodrowe całkowicie zrośnięte!
Ja na wścieku z obudzenia:
-No i to tak pana doktora cieszy?
-Tak!
Obudziłam się zupełnie. Siadam na łóżku wyprostowana jak struna:
-A zamawiał pan taki prezent urodzinowy u mnie?
Doktor Majkel na to:
-Nie, nie, to nie tak! Ja już wypełniłem wniosek o leczenie biologiczne! Żeby wreszcie przestało boleć! Pani Kasiu! Nie będzie boleć!
I łzy mu w oczach stanęły.
Mnie też.
Złe misie
Mama Alicja dobijała się od rana w
dniu obchodu. Ciągle coś się działo nie tak. Awantura pod
łazienką, wszystko mi z rąk leciało. Nie podobał mi się ten
poranek. Ale zdążyłam do sklepu na dół, kupiłam czekoladki i
zaniosłam doktorowi Michałowi, bo wczoraj miał urodziny. Polazłam
do niego przed obchodem jeszcze. W promocyjnym pakiecie dostał
dodatkowo całusa. Ale było mi jakoś nietęgo. Widać, że jemu
też.
W końcu dodzwoniła się do mnie Mama
Alicja. W nocy przyszedł do niej J. Usiadł na brzegu łóżka. Był
bardzo smutny.
Tego dnia dowiedziałam się, że na kości prawego krętarza wykryli chrzęstniak. A przy mojej chorobie operować nie można.
Złe mi złorzeczy.
Wina i pokuta
Lech Wałęsa trafił do szpitala. Po
wyjściu z kościoła po spowiedzi wyrżnął jak długi i złamał
nogę. Nie wiadomo, czy przypadkiem nie zataił jakiegoś grzechu i
czy na podeście Bóg nie uznał, że czas wyznaczyć mu pokutę.
Tego samego dnia w sali 322 doszło do
rękoczynów. Jedna z pań chodząca o kulach nie chciała odstąpić
swojego łóżka drugiej pani, bez kul. Ponieważ pani bez kul nie
chciała ustąpić, bo uparła się na właśnie to, a nie inne
łóżko, ztmosfera się zaostrzyła. Jak pod wpływem cudu pierwsza
pani odrzuciła kule, skoczyła drugiej pani na plecy i zaczęłą ją
dusić. Radochy co niemiara. Aż interweniowały pielęgniarki, bo
niechybnie pani bez kul straciłaby życie.
Po całym zdarzeniu pani o kulach
poszła do pobliskiej kaplicy modlić się. Nie wiadomo, czy o
odpuszczenie grzechów, czy o łóżko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


