W ubiegłym tygodniu przeczytałam ze średnim zainteresowaniem jakiś artykuł w Wysokich Obcasach o nudzie. No bo nudny był. Nigdy w życiu się nie nudziłam, przeciwnie: zawsze miałam jakimś cudem trzy razy więcej do zrobienia niż moi rówieśnicy albo współpracownicy. Jak już skończyło mi się to, co miałam do zrobienia, znajdowałam sobie sama jakieś zajęcie.
W tym tygodniu dotarło do mnie, że to był artykuł o nudzie pojmowanej jako rytuna. Wszystko przewidywalne, powtarzalne wszystko to samo. I to się chyba tyczy mojego życia zawodowego. Dostaję przewidywalne tematy, te same, co w ubiegłym roku - a co można wymyślić bardziej oryginalnego w temacie wody? Chyba tylko pisząc o niej w kontekście Soczi. Jak zaproponowałam wywiad z niepokornym grafikiem i designerem, wszyscy to wyśmiali, no bo to przecież nie branża. Nawet słabo broniło się to, że chłopak bardzo skutecznie na branżę pluje i wali w nią, czym popadnie - zresztą, bardzo słusznie i celnie. Co ludzi moze obchodzić kolejna wypowiedź prezesa o niczym? Każdy przecież mówi to samo. A czemu nie zadać mu pytania o życie? Przecież chyba jakieś refleksje oprócz tych dotyczących interpretacji tabelek w Excelu ma? NIe obronił się mój idealizm, nie mówiąc o ciekawości człowieka.
W jednym z zaległych numerów również WO znalazłam artykuł mojej koleżanki ze studiów. Bardzo ją lubiłam, bo to była niegłupia dziewczyna, walcząca feministka, chociaż jak człowiek na nią patrzył, to ani nie mógł jej posądzić o stanie przy garach, ani o palenie staników. Taki człowiek bez właściwości, choć miała przyjemny uśmiech i buźkę sympatycznego gryzonia, co da sobie wejść na głowę i zaaplikować jakiś lek do testów. Aż tu widzę jej artykuł w WO. Poprawny, poprawnie skonstruowały, z logicznym układem rozkwitania. Ładny kościółek z Gocławia, tylko Boga w nim nie ma. Wbrew pozorom nie piszę tego z zazdrości. W pierwszym odruchu ucieszyło mnie to, że zobaczyłam tam jej nazwisko. W końcu to ktoś z mojego rocznika, kto napisał artykuł o dziewczynie samotnie przemierzającej świat na motocyklu. Temat dobry jak każdy inny. Ale zabolało mnie to, że ja nie mam tyle odwagi, żeby jakiś swój tekst zanieść na Czerską. Tak bardzo zostało we mnie to, co powiedział o mnie Boguś: "nie masz nazwiska, a zarząd chce w gazecie nazwisko. Nawet dobre te twoje recenzje, czyta się to, wiesz, o czym piszesz, ale nie masz nazwiska. No sorry". Taki mamy klimat.
Od tamtej pory straciłam parę zupełnie. A wraz z parą - wiarę w sens i przydatność tego, co na co dzień robię. Przytłacza mnie dodatkowo chamstwo kolegi z biurka obok, który już w ogóle przestał pracować, bo i po co. Przychodzi do pracy na dwie godziny, objawia się o 15, o siedemnastej już się żegna. A ja zostaję z tym, czego on nie zrobił, z tym co ja mam do zrobienia i tym, co jeszcze w międzyczasie na mnie spada. Niesprawiedliwe to. I zupełnie zawodowo wypalające. Nie wiem, co bedzie dalej, bo mam jeszcze momenty, w których zapalam się do czegoś nowego, "widzę" tekst, a potem przegrywam na kolegium z hasłem "branża", a ja z moim humanistycznym "misja prasy" brzmię tak samo żałośnie jak "Bóg, Honor i Ojczyzna". Albo przegrywam z bólem, tak jak od czwartku. Nic mi się nie chcę i w niczym sensu nie widzę. Jak mam pójść na spotkanie, gibiąc się jak kaczka, tylko dlatego, że chwilowo zrobiłam przerwę w basenie, bo NFZ nie chce już dłużej finansować mojej rehabilitacji?
Znowu się nad sobą użalam. Niedobrze. Niepodobne to do mnie i Mamie Ewie by się nie podobało. Tacie Arturowi też nie. A moja Siostra? Wstyd tak się rozklejać. Nie piszę do niej, nie zaczepiam, bo powrót pewnie dla niej niełatwy, spraw do załatwienia ma dosyć, tyle czekałam, jeszcze poczekam, najważniejsze, ze w domu to zawsze bezpieczniej.
NIe mogę się doczekać, aż poznam, jakim jest żywiołem. Bo każdy zesłany dla mnie człowiek to jakiś żywioł.
Ewa to w moim życiu Żywioł Rozsądku. Mimo że jest zodiakalnym Bliźniakiem i stać ją na najbardziej zwariowane posunięcia na co dzień (wyłączając to, że lata samolotami, nurkuje na głębokości kilku kilometrów, żegluje najlepiej spośród kobiet w całej Polsce i najlepiej idzie jej prowadzenie interesów), pozostaje ostoją mądrości i wyważenia życiowego bez grożenia paluszkiem. Przy tym ciągle można z nią siedzieć na krawężniku na Krakowskim Przedmieściu i lizać lody z automatu. Oczywiście ja jestem w moim zaplutym grochowsko-bałuckim dresie, a Mama Ewa w najlepszym ubraniu od jakiegoś projektanta, bo kwadrans przed spotkaniem z moją nieuczesaną bytnością zakończyła ciężkie negocjace z trzema prezesami banków i oczywiście położyła tych głąbów na łopatki. Zawsze wszystko potrafi zracjonalizować, ostudzić moje przegrzane emocje i pomaga spojrzeć na świat z perspektywy dotychczas mi nieznanej, bo odciętej od rozedrgania, darcia szat i rzucania się Rejtanem z hasłami rodem ze zgromadzenia konfederacji albo narodowej rewolucji. Gdyby nie Ewa, pewnie nadal wiele decyzji podejmowałabym w życiu tylko i wyłącznie dla idei, z myślą o innych albo tylko dlatego, że sumienie mi tak każe, nie zważając zupełnie na to, że ktoś chce mnie wykorzystać albo gra symfonię na moim idealizmie. Bez Ewy nie byłoby mieszkania, nie byłoby pracy, nie byłoby niczego. Czasem jej słowa są dla mnie nieprzyjemne jak kubeł zimnej wody, ale nic mnie w życiu tak nie stawiało do pionu i tak nie otrzeźwiało, jak stanowcze spojrzenie jej niebieskich oczu i opanowana gestykulacja z kamiennym chrzęstem jej bransoletek. Tak bardzo bym chciała, żeby jej kłopoty się skończyły. Mam już dosyć tego jej udręczenia. Zmienia się jej charakter, zaczęła być bardziej niecierpliwa, ale wiem, że to minie, jak wreszcie da jej spokój ta pariodia człowieka, której jestem winna darcie pasów skóry i mięsni. Jak go rozepnę na stole do tortur, poprzypalam i podzielę na ćwiartki, bedę mogła spokojnie umrzeć. Za Ewę życie bym oddała.
Artur to w moim życiu Żywioł Opowieści. To niespotykany gawędziarz, a przy tym, jak sam mówi, nastawiony do życia rozrywkowo i pokojowo Dlatego nie znosi sieciowych galerii handlowych, tylko wybiera małe sklepiki, bo kocha kontakt z ludźmi i rozmowy bodaj o niczym, byle tylko móc się na ludzi napatrzeć. Ostatnio odkryłam, że imponuje mi nie tylko wiedzą o świecie i swoim antenowym warsztatem, ale nieprawdopodobną wiedzą o motoryzacji. I nie jest z gatunku tych, którzy dyszą nazwę silnika albo ze spazmem orgazmicznym wymieniają serię samochodu. O każdym modelu mówi tak, jakby to były kobiety, ale z takim szacunkiem i podziwem, że w życiu bym nie powiedziała, że samochód można potraktować w kategoriach ludzkich. Każdy model ma u niego odniesienie do osobowości, a nawet jeśli wplata jakieś fakty techniczne albo technologiczne, dodaje tym tylko smaczku i dopełnia obrazu. A ja do niedawna byłam dumna z tego, że wiem, co to klema i jak odpalić padły akumulator od jakiegoś litościwego przechodnia. Nie zapomnę, jak zamilkłam na jakieś osiem minut (co mi się generalnie nie zdarza), kiedy opowiadał o jakimś modelu Alfa Romeo z lat 80. No właśnie: jakimś, bo nawet nie jestem w stanie zapamiętać, jaki to był model. Mówił tylko, że tapicerka w środku była skórzana, w brązie, a lakier był zielony jak nasycona trawa na stoku w Szwajcarii. Przy czym Alfetka miała osobowość Sycylijki-wariatki, która żyła własnym życiem, zarzucała tyłem i jechała tylko wtedy, kiedy ona miała na to ochotę. Była jeszcze wyposażona w jakiś rodzaj silnika, który nawet po jego wyłączeniu, jak to Tata określił, "gadał przez kilka minut i opowiadał, co widział w trasie". Nie zapamiętuję faktów, nie kojarzę, nie jestem w stanie zaszufladkować czegoś, co wykracza poza ramy nomenklatury kulturalnej, a jednak te opowieści zostawiaja we mnie barwną smugę - taką, jaką może zostawiać tylko teatr wyobraźni, do jakiego zawsze zaprasza Artur. Nawet o śniadaniu albo wizycie w restauracji potrafi mówić tak, że "Kukbuk" przy tym wysiada i brzmi jak tandetna książka kucharska dla zakiepśniałych kur domowych.
W ubiegłym tygodniu wybrałam się do Muzeum Techniki na wystawę własnoręcznie klejonych modeli samolotów. Zaprosił mnie na mią kolega mamy, Miłosz, który od dziecka choruje na nerczycę i cały sztab lekarzy nie wpadł na to, jakim prawem Miłosz jeszcze żyje i właśnie przekroczył pięćdziesiątkę, podczas gdy nie dawali mu szans dożycia dwudziestki, bo ponad połowę dzieciństwa spędził w szpitalu na bolesnych zabiegach i wątpliwym skutecznie leczeniu. Wyraźnie ktoś miał jakiś interes w tym, że go na świecie zostawił.
Miłosz na dłuższą metę jest męczący. Ale nie dlatego, że za dużo mówi albo jest jakiś towarzysko natarczywy. Kiedy z nim jestem, jestem nieznośna sama dla siebie. Kiedy uświadamiam sobie, ile ten człowiek przecierpiał, ile od życia niesprawiedliwie boksów dostał, a przy tym nie stracił nic z cżłowieczeństwa, które zdrowym i żyjącym dostatnio nawet dla sportu przez myśl nie przemknie, czuję się jak jakiś karakon, który wylazł z dziury w podłodze tylko po to, zeby pomstować na świat, życie i na to, jaki jest bezsens wszystkiego. Czasem dzwonię do niego, pełna pretensji, jaki to świat jest głupi, niesprawiedliwy, beznadziejnie urządzony i żeby mi podał adres tego mądrali menedżera, który tym wszystkim tak koślawo zarządza, to pójdę i mu nawtykam. Miłosz wtedy głosem starszego brata tłumaczy mi wszystko po kolei, jak wołu na granicy, jak świat jest urządzony, jak uszyty i że to, co uważam za podszewkę jest właśnie widoczne na wierzchu. Zawsze przytacza jakąś przypowieść. Coś w rodzaju opowieści uczniów rabinów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Ostatnio uświadomił mi, że na świecie jest nieskończona ilość zła. Ale jest też nieskończona ilość dobra. To od nas samych zależy, czy jesteśmy wyczuleni na odpowiednie proporcje. Kiedy bardzo mnie boli, albo kiedy do szału doprowadza mnie bezsilność wobec ludzkiej podłości i dwulicowości, właśnie o tym myślę. Jak myślałam, że ból po operacji mnie zabije, Miłosz opowiedział mi o lotniku z drugiej wojny światowej. Douglas Bader, angielski as myśliwski, jako młody chłopak podczas popisów podniebnych stracił obie nogi. Na jakiś czas odszedł ze służby, by przed bitwą pod Dunkierką do niej powrócić. Dzięki temu, mimo braku obu nóg, brawurowo i regularnie podczas podniebnych akcji zestrzeliwał największe i najpotężniejsze bombowce i Messerschmity. Najdziwniejsze było chyba to, jak podczas jakiejś akcji w 1941 został pod niebem trafiony, proteza nogi zaklinowała mu się w samolocie, musiał ratować się ucieczką o trafił do obozu dla jeńców. Historia tak powikłana i skomplikowana, że muszę dotrzeć do jakiejś jego biografii. W Polsce chyba żadna niewydana - pewnie ze strachu, bo jak bohater, to musi ginąć za ojczyznę i koniecznie w Polsce, w cieniu krzyża. Do 72 roku życia w zasadzie latał. Nie zabił go ból, nie zabiło go kalectwo. Zmarł na zawał na trzy lata przed moim urodzeniem. Boże, co za beznadziejnie głupia śmierć dla takiego bohatera.
Jak Miłosz mi o nim opowiadał w barze Krokiecik na ulicy Szpitalnej, miałam tradycyjnie otwarte usta. W oczach stanęły mi łzy. Jakim prawem ja się skarżę na biodro, skoro mam dwie nogi? Czy ja zrobiłam coś tak brawurowego dla mojej ojczyzny? Czy uratowałam jakieś życie? Czy byłam kiedykolwiek jeńcem dużo większej siły niż ta, która konstytuuje ból i tak naprawdę w większości jest w mojej głowie? Oto, dlaczego w obecności Miłosza czuję się jak parodia człowieka.
Ostatnio jak poszłam z nim do Muzeum Techniki, o każdym silniku samolotu, o każdym modelu motocykla, o sposobie poruszania się zeppelinu opowiadał tak, że wokół nas gromadzili się rodzice z dziećmi w przekonaniu, że to przewodnik. Gdybym miała takiego nauczyciela fizyki, jak Miłosz, nie musiałabym w rozpaczy recytować w liceum przy tablicy Norwida. W dziesięciolecie matury dowiedziałam się, na jakich zasadach działa silnik. Oczywiście przez cały czas miałam otwarte usta, za co sama się już nieustannie karcę, ale to po prostu niesamowite przeżycie. Miłosz to Żywioł Historii. Każdą, najmniejszą bitwę, bitewkę, pamięta tak, jakby zdarzyła się wczoraj i sam brał w niej udział. Każdy mechanizm strategii wojennej potrafi przełożyć, wytłumaczyć, objaśnić. Zna się nawet na malowaniu samolotów i to nie tylko modeli. Robi rewelacyjne zdjęcia, ma w sobie tyle wrażliwości, że jak to sobie uświadamiam, mam ochotę się oskalpować. Największy popis erudycji dałam wtedy, kiedy na wystawie zobaczyłam jakiś misternie sklejony model samolotu podpisany ślicznie: "Alouette". W bezmiarze mojego kretynizu zaświergotałam na całe muzeum: "Miłosz, Miłosz, tak się nazywa papier toaletowy marki własnej w sieci Rossmann!" Miłosz z kolei w bezmiarze swojej kultury osobistej nie wyśmiał mnie, tylko zapytał, czy wiem, co znaczy to słowo. Oczywiście, że nie wiedziałam. "To skowronek" - powiedział Miłosz, a ja dopiero przetarłam oczy i zwróciłam uwagę, że ten samolot jest jakiś bardziej filigranowy, lżejszy, mniejszy niż inne bombowce i boeingi ustawione obok. Boże, jaki wstyd. Ale potem widziałam, że go to nawet rozbawiło, tym bardziej, że na każdym możliwym kroku przyznaję się do tego, jak mało wiem. A Miłosz dla równowagi podkreśla, że on o literaturze nie wie tyle, co ja. Tyle że tych dziedzin raczej nie da się porównać.
Czekam na znak jakiś od Siostry i myślę o tym, że powrót dla niej niełatwy. Że w tej bajce tyle rzeczy trzeba będzie załatwić, do tylu sytuacji się dostosować, tyle rzeczy przejrzeć, z tyloma faktami się skonfrontować. No i w sumie w pewnym sensie zaczynać od początku, nowy rozdział.
Za oknem sześć stopni na plusie. Śnieg spływa, po lodzie nie ma śladu i na pewno mi za wiatrem nie jest tęskno. W tym tygodniu pojechałam na Ochotę i spędziłąm niemal godzinę w bibliotece, patrząc zachwycona na książki. Przywizłam do domu Fitzgeralda ukochanego, "Jednoroczną wdowę" trochę zaniedbanego Irvinga i nieco infantylnego już Koonza. Małe szczęścia. Przywiezienie ich na drugą stronę Wisły okupiłam rwaniem biodra aż do miednicy, ale kto mi zabierze to, że nałykałam się mądrego kurzu i widoku drzemiących światów alternatywnych? A nade wszystko: nikt mi nie zabierze tego, że co chwilę przez okno sięgałam wzrokiem poza Grójecką i rejestrowałam w pamięci popoludniowy widok drzemiącej już wilgotnej Słupeckiej, pełnej miraży i snów o potędze.
niedziela, 9 lutego 2014
piątek, 31 stycznia 2014
Woda to życie
Jeszcze nie do końca wróciłam do szarej rzeczywistości. Tylko mróz
przypomina mi, że jestem w Bolandzie, przepełnionej strasznymi
problemami i miotanej atmosferycznymi kataklizmami. No bo przecież pod
koniec stycznia nie można przwidzieć tego, że śnieg będzie sięgał do
połowy łydki, prawda? Po co więc mieć w pogotowiu pługi i piasek do
posypania dawniej chodnika, teraz lodowej skamieliny?
Wreszcie doczekałam upragnionej hydroterapii. Pierwszego dnia, w poniedziałek, nieco nieufnie weszłam do wody, bo juz przestałam wierzyć w to, że cokolwiek jest w stanie mi pomóc. Rehabilitant włączył wodne dysze, a ciśnienie jednej z nich rzuciło mnie na drugi koniec basenu. Biodro wytrzepało mi zacnie, ale wyszłam o chyba dwa kilogramy lżejsza. I drugiego dnia zmniejszyłam o połowę dawkę leków. No cud. Jest koniec tygodnia, odbyłam pięć zabiegów, codziennie po trochu zmniejszam dawkę leków, a do tego są to te dostępne w sprzedaży odręcznej, a nie twarde leki dla uzależnionych od substancji narkotycznych.
I znów życie pokazało mi, że ja nie mam najgorzej. Pierwszego dnia poznałam przemiłą i niemającą nic wspólnego z wrednym moherowym beretem panią w wieku 75 lat. Jest po mastektomii. Mam mikroskopijny biust, ale chyba odjęcie jednej piersi zupełnie pozbawiłoby mnie chęci do życia. A ona poinstruowała mnie, podpowiedziała, jak poradzić sobie bez czepka (no gdzieś musiałam dać plamę) i opowiedziała mi, co zrobić, jeżeli na operację przyjdzie mi czekać w Polsce siedem lat. Teraz uczy mnie pływać na plecach (!), bo żabka, czyli jedyny "styl", którym umiem pływać, jest przy moim schorzeniu niewskazany. Macham sobie nogami w wodzie dziarsko, obserwuję, poddaję się pokornie biczom wodnym, przyglądam się, jak inni ćwiczą i aż przymykają oczy z rozkoszy, bo woda zabiera ich ból i codzienny ciężar schorzenia.
Wczoraj w szatni, kiedy już ściągałam mokry kostium, kątem oka zobaczyłam, jak obok mnie przebiera się pani na oko mocno po czterdziestce i wpatruje się uporczywie w moje udo. Moje rozharatane biodro przykuwa jednak uwagę, bo ludzie zastanawiają się, czy przy mojej aparycji podczas porodu lekarz nie rozdarł mi nogi żelaznym prętem. Zapytała mnie, czy spadłam z drzewa. To ciekawe, bo zazwyczaj pytają, czy miałam wypadek na nartach. I to już mnie zaintrygowało, bo było to pytanie zupełnie inne niż te tradycyjne zaczepki pacjentów. Powiedziałam, że sprawa ciągnie się jak smród od 16 lat. Chciałam uniknąć szczegółów. Na szczęście nie ciągnęła mnie za język. Ale za to otworzył się w niej kurek z historiami.
- Ja mam sześćdziesiąt trzy lata, w sierpniu skończę sześćdziesiąt cztery, dwa razy owdowiałam. Raz jak miałam 22 lata, a później jak miałam 38, bo ja dwa razy za mąż wychodziłam, samemu to nie da rady tak żyć. Myśmy z pierwszym mężem ślubowali w siedemdziesiątym drugim, jakby to było wczoraj pamiętam, bo to był 17 stycznia i zimno jak sto diabłów było, a sukienki od śniegu nie szło odróżnić. A jak się pobieraliśmy, to ja już w ciąży byłam, ale po słowie, to pewne było i nie grzech. A ja tu się 8 marca, w trzecim miesiącu ciąży dowiaduję, że mąż nie żyje. Zginął na Żeraniu, prąd go zabił. Jak do mnie do domu robotniki przyszły, to pode mną się nogi ugięły. Poleciałam na Żerań, a oni mi mówią, że oni tego wytłumaczyć nie potrafią. I wtedy mnie zaczęło rwać. Tak nad krzyżem. A lekarz mi powiedział, że to nerki. I ibuprofen brałam sześć lat poczwórne dawki, bo nawet jak dziecko rodziłam, to płotu się na wsi u brata trzymałam, bałam się szpitala. I jak mi się ten syn urodził, to z płaczem przy nim robiłam, tak mnie bolało. Aż w końcu mnie prześwietlili i zobaczyli, że ja obie panewki mam starte tak, że nie widać, czy to kości, czy to badyle. A na wszystkie strony mnie już wykręcali, podwieszali, masowali, nic nie pomagało. Ale na stół się nie dałam położyć za nic. I z tym bólem chodziłam, robiłam, do pracy w polu się najmowałam. Ale pani pamiętać musi, że jak się pani przy tych chorych biodrach zgina, to nie można tak prosto jak semaforek, tylko na ugiętych kolanach tak, bo inaczej to pani te kości powyskakują hyc i co pani wtedy zrobi?
Na wieść o tym, że podwójnie owdowiała, usiadłam na mokrym ręczniku z głośnym plaśnięciem. Kolejne słowa, które wyrzucała z siebie w tempie pracującego kałasznikowa, wbijały mnie w ten ręcznik jak ziarna rzeżuchy w mokrą ligninę.
- Ja pani coś powiem jeszcze, niech się pani nie daje im kroić i tylko na basen chodzi, bo oni jak raz człowieka dopadną, to już za nic nie odpuszczą, a jeszcze mi tego potrzeba, żeby mnie dzieci na wózku inwalidzkim pchały. Starszy syn ma czterdzieści pięć lat, żonę ma, wreszcie by się za dziecko zabrał, ale robota tylko i robota. A młodszy ma 38, to jeszcze mama musi mu zrobić, ugotować, przytulić się przyjedzie, dzieciak taki, a koń stary. I ja codziennie jeżdżę na basen na Jagiellońską i codziennie od pięciu lat trzydzieści sześć długości basenu przepływam. I nie ma że świątek-piątek. Przepływam i już. A że na szóstą rano można pójść, to ja jeszcze na roraty mogłam zdążyć, a potem to co mogłam, to załatwiałam, albo do pracy szłam jeszcze. A latem, ale nie tylko, jak śniegu nie ma, to zimą też, na rowerze jeżdżę. Latem to umiem cały dzień tak jeździć i dziennie sto kilometrów zrobić.
Teraz ja zlustrowałam panią od stóp do głów: szczupła, ale umięśniona, wyprostowana, można by rzec: gibka, szybkie ruszy prostowały ubrania i błyskawicznie pakowąły je do torby. Gdzie tam mnie do niej: powoli, najpierw jedna noga, ale tak ostrożnie, żeby mnie nie zakłuło. O, zgięłam jeszcze ze trzy milimetry, brawo, Kasiu, brawo, jakie postępy z dnia na dzień dzień po dniu. A jak się przychylę i na lewo bardziej tak zrobię, to zaboli? A, proszę, dzisiaj nie. Ale teraz to już kolano trzeba zgiąć, bo zaboli jednak. No, żeby nie przesadzić, usiądę, bo te skarpetki. Ta prawa nieźle, ale lewą cały czas metodą odwróconą zakładam. Ale już i tak nie jest tak źle, na stojąco buty zimowe wkładam, nie wędruje z przedpokoju do biblioteki, roznosząc wszędzie niemiłosierne opiłki piachu, żeby wyżej usiąść i z butem się barować.
Żałosne. Wściekłam się na siebie i następnego dnia tłukłam nogą w wodzie trzy razy bardziej. Posłanka Pawłowicz może mnie pokonać, teorie Macierewicza i wszystko to, na co odpowiedzieć nie umiem, bo wyobraźni mi brakuje i zasięgu słownego. Ale noga mnie nie pokona. W ostateczności sukę odetnę. Ale ja to zrobię, a nie ortopeda.
Ciocia Asia powiedziała mi, że Asia wróciła. Moja Siostra wróciła z Afganistanu. Wszystko w wielkiej tajemnicy, bo zło nie śpi, ale podobno Cioci dzisiaj szukała. A Ciocia na sali rozpraw, a w domu robotnicy, co kuchenkę jej rychtują designerską, piękną, w kolorach turkusu, szarości i cytryn zmechaconych. Trzeba nogę uruchomić jak naszybciej, bo do Siostry muszę pobiec i rzucić się jej na szyję. A u Ani na weselu muszę zatańczyć. A do parku na wiosnę też muszę pobiec. Wiewiórki nie prześcignę, ale może nie będę się tak panicznie bała, że zasłuchany w iPodzie biegacz nie przyłoży we mnie z rozpędu, bo nie zdążę się uchylić.
W kraju heca z dostarczaniem zawiadomień sądowych. Nadal pełnię funkcję sekretarki poprzedniego właściciela. Dosyć tego. Do skrzynki trafiają przeważnie jego zawiadomienia i kolejne numery prenumeraty "Radcy prawnego" - gniot jakich mało. W radiu usłyszałam, jak na antenę zadzwonił zrozpaczony słuchacz, że kilka lat temu stracił prawo jazdy ja prowadzenie po pijanemu. Zawiadomienia z sądu odbiera w monopolowym pod blokie, I do tego w tym, w którym ma długi. Jak ten kraj się zemścić potrafi.
Wreszcie doczekałam upragnionej hydroterapii. Pierwszego dnia, w poniedziałek, nieco nieufnie weszłam do wody, bo juz przestałam wierzyć w to, że cokolwiek jest w stanie mi pomóc. Rehabilitant włączył wodne dysze, a ciśnienie jednej z nich rzuciło mnie na drugi koniec basenu. Biodro wytrzepało mi zacnie, ale wyszłam o chyba dwa kilogramy lżejsza. I drugiego dnia zmniejszyłam o połowę dawkę leków. No cud. Jest koniec tygodnia, odbyłam pięć zabiegów, codziennie po trochu zmniejszam dawkę leków, a do tego są to te dostępne w sprzedaży odręcznej, a nie twarde leki dla uzależnionych od substancji narkotycznych.
I znów życie pokazało mi, że ja nie mam najgorzej. Pierwszego dnia poznałam przemiłą i niemającą nic wspólnego z wrednym moherowym beretem panią w wieku 75 lat. Jest po mastektomii. Mam mikroskopijny biust, ale chyba odjęcie jednej piersi zupełnie pozbawiłoby mnie chęci do życia. A ona poinstruowała mnie, podpowiedziała, jak poradzić sobie bez czepka (no gdzieś musiałam dać plamę) i opowiedziała mi, co zrobić, jeżeli na operację przyjdzie mi czekać w Polsce siedem lat. Teraz uczy mnie pływać na plecach (!), bo żabka, czyli jedyny "styl", którym umiem pływać, jest przy moim schorzeniu niewskazany. Macham sobie nogami w wodzie dziarsko, obserwuję, poddaję się pokornie biczom wodnym, przyglądam się, jak inni ćwiczą i aż przymykają oczy z rozkoszy, bo woda zabiera ich ból i codzienny ciężar schorzenia.
Wczoraj w szatni, kiedy już ściągałam mokry kostium, kątem oka zobaczyłam, jak obok mnie przebiera się pani na oko mocno po czterdziestce i wpatruje się uporczywie w moje udo. Moje rozharatane biodro przykuwa jednak uwagę, bo ludzie zastanawiają się, czy przy mojej aparycji podczas porodu lekarz nie rozdarł mi nogi żelaznym prętem. Zapytała mnie, czy spadłam z drzewa. To ciekawe, bo zazwyczaj pytają, czy miałam wypadek na nartach. I to już mnie zaintrygowało, bo było to pytanie zupełnie inne niż te tradycyjne zaczepki pacjentów. Powiedziałam, że sprawa ciągnie się jak smród od 16 lat. Chciałam uniknąć szczegółów. Na szczęście nie ciągnęła mnie za język. Ale za to otworzył się w niej kurek z historiami.
- Ja mam sześćdziesiąt trzy lata, w sierpniu skończę sześćdziesiąt cztery, dwa razy owdowiałam. Raz jak miałam 22 lata, a później jak miałam 38, bo ja dwa razy za mąż wychodziłam, samemu to nie da rady tak żyć. Myśmy z pierwszym mężem ślubowali w siedemdziesiątym drugim, jakby to było wczoraj pamiętam, bo to był 17 stycznia i zimno jak sto diabłów było, a sukienki od śniegu nie szło odróżnić. A jak się pobieraliśmy, to ja już w ciąży byłam, ale po słowie, to pewne było i nie grzech. A ja tu się 8 marca, w trzecim miesiącu ciąży dowiaduję, że mąż nie żyje. Zginął na Żeraniu, prąd go zabił. Jak do mnie do domu robotniki przyszły, to pode mną się nogi ugięły. Poleciałam na Żerań, a oni mi mówią, że oni tego wytłumaczyć nie potrafią. I wtedy mnie zaczęło rwać. Tak nad krzyżem. A lekarz mi powiedział, że to nerki. I ibuprofen brałam sześć lat poczwórne dawki, bo nawet jak dziecko rodziłam, to płotu się na wsi u brata trzymałam, bałam się szpitala. I jak mi się ten syn urodził, to z płaczem przy nim robiłam, tak mnie bolało. Aż w końcu mnie prześwietlili i zobaczyli, że ja obie panewki mam starte tak, że nie widać, czy to kości, czy to badyle. A na wszystkie strony mnie już wykręcali, podwieszali, masowali, nic nie pomagało. Ale na stół się nie dałam położyć za nic. I z tym bólem chodziłam, robiłam, do pracy w polu się najmowałam. Ale pani pamiętać musi, że jak się pani przy tych chorych biodrach zgina, to nie można tak prosto jak semaforek, tylko na ugiętych kolanach tak, bo inaczej to pani te kości powyskakują hyc i co pani wtedy zrobi?
Na wieść o tym, że podwójnie owdowiała, usiadłam na mokrym ręczniku z głośnym plaśnięciem. Kolejne słowa, które wyrzucała z siebie w tempie pracującego kałasznikowa, wbijały mnie w ten ręcznik jak ziarna rzeżuchy w mokrą ligninę.
- Ja pani coś powiem jeszcze, niech się pani nie daje im kroić i tylko na basen chodzi, bo oni jak raz człowieka dopadną, to już za nic nie odpuszczą, a jeszcze mi tego potrzeba, żeby mnie dzieci na wózku inwalidzkim pchały. Starszy syn ma czterdzieści pięć lat, żonę ma, wreszcie by się za dziecko zabrał, ale robota tylko i robota. A młodszy ma 38, to jeszcze mama musi mu zrobić, ugotować, przytulić się przyjedzie, dzieciak taki, a koń stary. I ja codziennie jeżdżę na basen na Jagiellońską i codziennie od pięciu lat trzydzieści sześć długości basenu przepływam. I nie ma że świątek-piątek. Przepływam i już. A że na szóstą rano można pójść, to ja jeszcze na roraty mogłam zdążyć, a potem to co mogłam, to załatwiałam, albo do pracy szłam jeszcze. A latem, ale nie tylko, jak śniegu nie ma, to zimą też, na rowerze jeżdżę. Latem to umiem cały dzień tak jeździć i dziennie sto kilometrów zrobić.
Teraz ja zlustrowałam panią od stóp do głów: szczupła, ale umięśniona, wyprostowana, można by rzec: gibka, szybkie ruszy prostowały ubrania i błyskawicznie pakowąły je do torby. Gdzie tam mnie do niej: powoli, najpierw jedna noga, ale tak ostrożnie, żeby mnie nie zakłuło. O, zgięłam jeszcze ze trzy milimetry, brawo, Kasiu, brawo, jakie postępy z dnia na dzień dzień po dniu. A jak się przychylę i na lewo bardziej tak zrobię, to zaboli? A, proszę, dzisiaj nie. Ale teraz to już kolano trzeba zgiąć, bo zaboli jednak. No, żeby nie przesadzić, usiądę, bo te skarpetki. Ta prawa nieźle, ale lewą cały czas metodą odwróconą zakładam. Ale już i tak nie jest tak źle, na stojąco buty zimowe wkładam, nie wędruje z przedpokoju do biblioteki, roznosząc wszędzie niemiłosierne opiłki piachu, żeby wyżej usiąść i z butem się barować.
Żałosne. Wściekłam się na siebie i następnego dnia tłukłam nogą w wodzie trzy razy bardziej. Posłanka Pawłowicz może mnie pokonać, teorie Macierewicza i wszystko to, na co odpowiedzieć nie umiem, bo wyobraźni mi brakuje i zasięgu słownego. Ale noga mnie nie pokona. W ostateczności sukę odetnę. Ale ja to zrobię, a nie ortopeda.
Ciocia Asia powiedziała mi, że Asia wróciła. Moja Siostra wróciła z Afganistanu. Wszystko w wielkiej tajemnicy, bo zło nie śpi, ale podobno Cioci dzisiaj szukała. A Ciocia na sali rozpraw, a w domu robotnicy, co kuchenkę jej rychtują designerską, piękną, w kolorach turkusu, szarości i cytryn zmechaconych. Trzeba nogę uruchomić jak naszybciej, bo do Siostry muszę pobiec i rzucić się jej na szyję. A u Ani na weselu muszę zatańczyć. A do parku na wiosnę też muszę pobiec. Wiewiórki nie prześcignę, ale może nie będę się tak panicznie bała, że zasłuchany w iPodzie biegacz nie przyłoży we mnie z rozpędu, bo nie zdążę się uchylić.
W kraju heca z dostarczaniem zawiadomień sądowych. Nadal pełnię funkcję sekretarki poprzedniego właściciela. Dosyć tego. Do skrzynki trafiają przeważnie jego zawiadomienia i kolejne numery prenumeraty "Radcy prawnego" - gniot jakich mało. W radiu usłyszałam, jak na antenę zadzwonił zrozpaczony słuchacz, że kilka lat temu stracił prawo jazdy ja prowadzenie po pijanemu. Zawiadomienia z sądu odbiera w monopolowym pod blokie, I do tego w tym, w którym ma długi. Jak ten kraj się zemścić potrafi.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Spełniona prośba o wyspy szczęśliwe
Jeżeli cały nowy rok będzie tak słoneczny i intensywny jak jego początek, wróżę sobie naprawdę świetlaną przyszłość, a na pewno szczęśliwe i bezbolesne z niego zejście w poświacie upału i nieustającej radości.
Najpierw wiadomość dnia. Moja ukochana Ania ma dzisiaj trzydzieste urodziny. I na trzydzieste urodziny, po zakupie domu i zainstalowaniu pieska o pięknym imieniu Bennie, dzisiaj Adrian się jej oświadczył. Nie przypominam sobie, żeby jakaś wiadomość o zbliżającej się lealizacji związku tak mnie ucieszyła. Ania tak bardzo zasługuje na szczęście. Jak nikt na świecie. Cieszę się dzisiaj tym wyjątkowo i postanowiłam z potrójną siłą rehabilitować biodro, żeby tylko móc zatańczyć na weselu Dziewczyny, którą jako Pierwszą i jak dotąd Ostatnią odważyłam się nazwać moją Przyjaciółką.
W sobotę wróciłam z końca świata, ze słonecznej wypy Lanzarote, na którą łaskawy wiatr nawiewa mlecznobeżowy piasek z ukochanego Maroka. To pierwszy poważny wyjazd od czasu katastrofalnego zniszczenia mojego zdrowia. Martwiłam się, że dla Artura będę ciężarem, będzie mnie bolało, nie będę mogła chodzić i nogi nie będą mnie nosić po świecie. Błogosławione Wyspy Kanaryjskie, na których są jeszcze miejsca niezgwałcone komercją i agresywnym marketingiem turystycznym. Pochwalone bądźcie dzikie, puste, kamieniste plaże, po których spacerują kraby, na których poszukiwałam pieczołowicie kamieni dla Mamy Ewy i pozwalałam, żeby fale oceanu chwiały moimi krokami. Na włosach i ubraniach osadzały mi się drobinki soli, pierwszy haust powietrza na lotnisku był jak ponowne narodzenie. Maksymalna wigoć, ciepły afrykański wiatr i ukochane słońce, którego w Polsce tak mało i które tak oszczędnie na nas świeci. Spaliłam kark, opaliłam wreszcie twarz, co Artur skonstatował: "wreszcie jakiś kolor". Z radością patrzyłam na jasne, uśmiechnięte twarze, ludzi, których cieszy każda chwila życia, ze zdumieniem oglądałam nagłówki gazet, w których nikt nie pisze o krzyżach i boleściach, bo ludzi interesuje życie, a nie brodzenie w śmierci, trupach i samolotowych wrakach. Pierwszy i kto wie, czy nie osatni raz w życiu wiadziałam, jak ocean wrze przy brzegu gór Los Hervideros, a drobny wody z kryształkami soli tworzą nad moją głową aureolę mgły.
Po raz pierwszy w życiu na jakimkolwiek wyjeździe czułam, że jestem pod męską opieką. Owszem, Artur jest chory, sam opieki wymaga, ale nie zapomniał o tym, że jestem przedstawicielką zwichrowanego gatunku, który ogarniają doły, rozpacze, nagłe zwroty emocjonalnych akcji i przygody typu miesiączka, którą uznałam za stosowne dostać w drodze powrotnej, na sześciu tysiącach metrów nad ziemią. Przygotowywał podwieczorki, drugie śniadania, wlewał do wypucowanych wcześniej klieliszków pyszne, półwytrawne wino, które w jego obecności smakowało jakoś dojrzalej i pełniej. Nie dozował mi kawy, pozwalał pochłaniać czekoladę w niewyobrażalnej ilości, nie obraził się, kiedy uznałam, że rondo na obrzeżach miasta warto objechać szósty raz, nie karcił mnie, kiedy na widok rozległej przestrzeni, oceanicznych bałwanów i najczystszej natury nagle rozpłakałam się z radości, że mogę to zobaczyć.
Jest tak okaleczony przez brak miłości i uwagi ze strony jego matki, że nie stać go na poważniejsze akty czułości, przytulenia i inne pozornie normalne gesty, które zwykłych ludzi nic nie kosztują, a dla niego to wyczyn porównywalny ze zdobyciem Mont Blanc. A jednak na lotnisku zdobył się na to, żeby boarding passami posmyrać mnie po nosie, co uznałam za gest najczystszej czułości i przywiązania. W uśpionej Teguise, starej stolicy wyspy, którą przemierzaliśmy późnym popołudniem, kupił mi ręcznie haftowaną poszewkę na poduszkę, żebym miała piękne sny, które pozwolą mi zapomnieć o bólu nogi i wszystkich ograniczeniach. Do naszego pokoju przychodził szarobury kot. Nazwaliśmy do Ryszard. Przychodził rano, dostawał kabanosa, a po kolacji, wieczorem, zasypiał na moich kolanach albo na kolanach Artura. Anektował moje łóżko albo Jego, a przed snem wynosił się na nocne łowy. Przychodził do nas jak do umarłych, jakbyśmy byli z innego świata.
Najbardziej zaskoczył mnie na wyspie Graziosa, na którą przeprawiliśmy się katamaranem, na którym wiatr nieomalże mnie oskalpował. Nazwa oznacza "piękną, ujmującą", ale mój kilkugodzinny pobyt tam chyba piękny nie był. Ponieważ nie ma tam utwardzanych dróg, wyspa nadaje się tylko do jeżdżenia po niej jeepem albo przemierzania jej piechotą, wybraliśmy heroicznie jeszcze inną opcję: wypożyczyliśmy rowery. Ochoczo wskoczyłam na niego, zapominając, że moja noga zgina się w biodrze tylko do pewnego stopnia. Od portu, do którego przybyliśmy do Playa de la Conchas, czyli Plaży Muszli, jest jakieś siedem kilometrów. Nie zważając na to, że rower jest po to, żeby na nim jeździć, prowadził go dzielnie przez ponad trzy kilometry tylko dlatego, że ja nie mogłam pedałować. W połowie drogi zrobiłam z pojazdu rowerochód, jak upośledzony debil, ale i tak większość trasy pokonaliśmy, prowadząc rowery. W drodze powrotnej tak się wściekłam na moją ułomność, na mój ból i chorobę, że zacisnęłam zęby i przed dwa kilometry pedałowałam jak szalona, wcześniej łykając końską dawkę leków przeciwbólowych z narkotykiem. Kiedy się zatrzymałam, nie mogłam złapać tchu, noga rwała mnie poczwórnie, ale ogłosiłam zwycięstwo nad chorobą. Udało się. Pojechałam. To już zupełnie nieważne, że przez większość nocy noga mściła się na mnie - to ja byłam górą. A spojrzenie Artura, kiedy się zatrzymałam i uśmiechałam z bólu przez łzy - spojrzenie pełne podziwu i zrozumienia - tego nie zapomnę do końca życia. W drodze powrotnej na promie padłam jak mucha, ale po zejściu z pokładu poprowadziłam jeszcze samochód. A jednak mam na koncie wygrane bitwy.
Po raz pierwszy mówiłam do kogoś "Tato" i musze przyznać, że to jedno z najmilszych przeżyć, jakich w życiu doświadczyłam. Czułam się taka dorosła, a przy okazji wreszcie przynależna. Pod czyjąś opieką. I dumna byłam jak paw, że mam Tatę, który jest taki delikatny i elegancki, pięknie chodzi, ma dwa metry wzrostu, cudnie opowiada, umie się wygłupiać, ale też poważnie rozmawia, a kiedy kogoś komplementuje, wysuwa do przodu lewą nogę jak paź. I jest tyle dystynkcji w tej pozie, tyle królewskiej łaski, a jednocześnie atencji i skupienia. Piękne to. Urodę mojego przyszywanego Taty zauważyły chyba wszystkie wakacjujące się kobiety, które miały dobre gusty. Przynajmniej trzy z naszego lotu zagięły na niego parol. A na siedemnastym piętrze hotelu w Arricife, gdzie w kawiarni piliśmy najlepszą kawę na świecie, grupa irlandzkich kuracjuszek chwilę po pięćdziesiątce zażyczyła sobie z nim zdjęcie. Jedna nawet na niego zagwizdała. A jednej strony mnie to ucieszyło, ale byłam tak o niego zazdrosna, że pieczołowicie zaplanowałam wywalenie ich przez okno prosto na skaliste wybrzeże Atlantyku.
Nie myślę o tym, co będzie, kiedy Go zabraknie. Nie wyobrażam sobie tego. Pustkę po Bogu może wypełnić tylko Bóg, nie wyobrażam sobie zatem, żeby ktokolwiek mógł Artura w moim życiu zastąpić. Póki co, cieszę się tym, co niesie każdy dzień, z utęsknieniem czekam na każde spotkanie z Nim, na każdą jego audycję, na każde Jego mądre słowo, które wiem, że płynie prosto z serca i choćby nie wiem jak tymi długimi nogami się zapierał, nie wyprze się tego, że jestem Mu bliska. To się czuje. Może nigdy nie znałam mojego biologicznego ojca, ale właśnie tak wyobrażałam sobie najlepszą opiekę. Chwilo, trwaj. Boże, jak mi było dobrze.
Powrót do Polski wiązał się z uderzeniem bólu już na pasie Okęcia. Noga zaczęła wyraźnie protestować przeciwko lodowatej pogodzie, wszechobecnej przejmującej do kości wilgoci i łasce, którą ludzie sobie nawzajem robią. Poziom nasłonecznienia przywiozłam jednak ze sobą wysoki i na razie bateria trzyma. W głosie Ewy czułam, że coś jest nie tak ze sprawą pana T., pani mecenas się nie spisuje, a Mamie Ewie puchnie głowa od zmartwienia.
Chyba największym zaskoczeniem jest dla mnie zachowanie pani Ani, która pod dach przyjęła dwa Anioły, a z moich ukochanych Dzieciaków próbuje zrobić diabły. Mam nadzieję, że mieszkaniowe perturbacje szybko przejdą i jeszcze przed mrozami zdążą znaleźć jakieś fajne mieszkanko, w którym znajdą spokój, wytchnienie, a dala od dementywnych (albo podłych, bo tego nadal w Altzheimerze nie rozróżniam) zachowań zmęczonej życiem kobiety, która ma za złe całemu śwatu, że istnieje.
W niedzielę niespodziewanie odwiedziła mnie mama, wygląda słabo, jest zmęczona i poniżona, dawno przekroczyła próg beznadziei w opiece nad starą i również dementywną Babcią. Starzeje mi się Mama, nie nadąża, wszystko ją przeraża, ale za to nauczyła się robić bigos, wciska mi pierogi, krzyczy, że porcelanę trzymam zamkniętą w szafce, a nie na widoku, wściekle poprawia mi kołnierz płaszcza i gdera, że jestem na bakier z grzebieniem. Nie da się Jej jednak nie kochać.
Teraz wiele przede mną. Nie ma jeszcze połowy stycznia. Dużo pracy, nowe wyzwania, nowi ludzie do poznania. Czekam na wizytę przyszywanego Brata Piotrka, a nade wszystko na bezpieczny powrót mojej Siostry z Afganistanu. I będę Ją miała na miejscu, będę Jej smażyć naleśniki, będziemy jeść czekoladę i kompulsywnie kupować książki. I przyjdzie wiosna, zakwitną bzy, Saska Kępa rozśpiewa się ptakami, deszczem, szumem drzew i radością życia, knajpki zatętnią, yorki zdejmą ocieplacze i będą obszczekiwać każdy motocykl, zakochani wylegną na ulice i pogubią szaliki na przystankach. A do wiosny będę wracać n a Wyspy Szczęśliwe, które pokryły moje policzki rzędami zalotnych piegów, rozjaśniły oczy i wygładziły skórę. Wciąż w ustach czuję jeszcze smak marakui, słodkiego melona, który ściekał po rękach, czekolady łamanej rękami Ojca. Słońce noszę w sobie. A to wszystko w środku polskiej zimy. Wierzyć to znaczy ufać, kiedy cudów nie ma.
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
środa, 1 stycznia 2014
Mija rok, dobry rok
Nie wiem, czy z żalem go żegnam, ale piszę w jego ostatniej godzinie.
To rok pełen zmian, poważnych decyzji i odważnych posunięć.
Najważniejsze to chyba własne miejsce na ziemi i mieszkanie na Saskiej Kępie. Kawałek swojego nieba, swój kawałek podłogi. Miejsce, w którym mogę robić absolutnie wszystko, na co mam ochotę, mogę się skryć, zaszyć, chłonąc zielony spokój i mądre milczenie książek. Dużo energii kosztowało mnie przeflancowanie się na najbardziej pożądaną w tej chwili lokalizację w stolicy, ale podsumowuję, że warto było.
Gdyby nie moje niespełna czterdzieści metrów kwadratowych, nie przeżyłabym pewnie rekonwalescencji po operacji. To drugie ważne wydarzenie i ostatnia rozpaczliwa próba ratowania szczątek mojego zdrowia. Wiele pokory mnie to nauczyło, zmusiło do totalnej zmiany stylu życia, a i przy okazji światopoglądu. Z bólem ciągle uczę się żyć i pewnie jeszcze uczyć się będę, ale poczyniłam już milowe kroki. Teraz cofnąć się nie można.
Trzecie ważne wydarzenie to kompletowanie Rodziny: próba wsparcia Mamy Ewy (i Jej ponowne otrzymanie od Losu po wypadku w Archangielsku), walka z chorobą Taty Artura, który nadal pozostaje moim Królem, tylko osiągnął kolejny wymiar znaczenia. Mój Brat, którego zawsze pragnęłam mieć, obronił w wielkim stylu dwie prace na kierunku reżyseria i organizacja produkcji, zrealizował swój pierwszy poważny film, a ja rozpękłam się z dumy. Moja Siostra odnalazła się w Afganistanie. Na razie znam ją tylko z mejlowej korespondencji, ale wszystko wskazuje na to, że na żywo również się dogadamy. Boję się tylko, że na żywo nie będę już dla niej wystarczająco interesująca. Czyli pierwsze postanowienie noworoczne już jest: pracować nad sobą. Nihil novi - co roku właśnie ono się powtarza, spychając na dalszy plan diety i abstrakcyjne hasła o eliminacji czekolady i kawy z codziennej diety.
Moja Ania kupiła dom, wprowadziła się tam z Adrianem i zainstalowała szczekające istnienie o imieniu Bennie. Każdego dnia tęsknię za Nią potwoernie, ale dopóki Ania jest szczęśliwa, i ja jestem. Kiedy tylko biodro zostanie pozbawione władzy nade mną, polecę do niej i wreszcie Ją uściskam.
Miliony zdarzeń, faktów, objawień. W lipcu, kiedy jeszcze chodziłam o kulach, na świat przyszła Helenka. Nie płacze, ale daję głowę, że pójdzie w komedianty: na większość zewnętrznych wydarzeń reaguje tak rozwiniętą mimiką, że niejeden współczesny aktor mógłby się od niej uczyć. Czas mojej Babci podziurawił się jak ser, pouciekały słowa i podstawowe pojęcia, wysiadają kolejne układy w organicznej maszynie. Mama jest zmęczona opieką nad Babcią, brakiem uwagi dla własnej osoby i dla własnego zdrowia, założę się, że tęskni za pracą zawodową - tam miała oddech od zleceń NFZ-u na pieluchomajtki, błędów dietetycznych, hiperglikemii, utyskiwań gastrycznych. Kropce przybyło kilka nowych siwych włosów na pyszczku, ale nadal panicznie boi się huku petard, nie toleruje moich wyjazdów i osiągnęła już mistrzostwo w żebraniu o ciasteczka.
Wujek Mirek został przeze mnie wykluczony z mojej rodziny przez całkowite przekreślenie konieczności pomocy przy Babci. Podobnie jego żona. Jego dzieci zaś pozostają mi zupełnie obojętne. Albo stałam sie tak aspołeczna, albo robię postępy w mojej asertywności.
W kwestiach zawodowych trudno mi zdiagnozować jakiekolwiek postępy. Więcej czytam, jestem faktami gospodarczami już zmęczona, ale z radością przyjmuję coming outy nowych talentów literackich, cieszy mnie Rejmer, Miłoszewski, rozczytuję się w Pilchu, moim tegorocznym objawieniem jest Bator, w czym zgodziłam się z Kapitułą Nike. Książki i rzeczywistość alternatywna niezmiennie od lat pozwalają mi żyć wielokrotnie i przetwarzać moje życie na wszelkie możliwe sposoby. Doszłam do wniosku, że Karpowicz to żaden geniusz, po prostu wielki językoznawca, bardzo sprawny kuglarz językowy, za to na większość bolesnych pytań znajdę odpowiedź w felietonach Vargi w czwartkowym Dużym Formacie. Cieszy mnie też Tochman, choć tak samo przeraża, reportaż Szczygła odchorowałam, ale trzymam za niego nadal kciuki. No i pożyczyłam Julowi Pulitzera - z całego serca, w wielkim oczekiwaniu na docenienie faktu, że dawno już rozsadził kategorię dziennikarstwa, a przeszedł na jasną stronę literatury. Nadal jestem pod wrażeniem Jego nieruchomych oczu, spokojnych pytań i ripost, które pozostawiają moje ręce i usta pustymi, bo z geniuszami trudno dyskutować medialnym wyrobnikom.
W tym roku poznałam również, co znaczy stalker na głowie, jak bardzo można się źle czuć w obecności swojego własnego telefonu, jak bardzo trzeba być nieufnym wobec malarzy pokojowych i jakie to błogosławieństwo umieć trzymać język za zębami. Ciągle tego nie umiem, choć wyraźnie ścichłam i uspokoiłam się, pogodziłam z wieloma rzeczami.
Przekonałam się, że dzieci to cud, co potwierdzają moje filozoficzne dysputy ze Stanisławem i rezolutną Matyldą. Utwierdziłam się w przekonaniu, że Goretex robi stopom zdecydowanie lepiej niż ocieplane zimowce, już nie podejmuję dyskusji z Burlikiem, spojrzałam inaczej na Kasię i chyba Dziwi patrzy na mnie nieco przychylniej. Stoczyłam niebotyczną walkę o wywiad z Horowitzem, przeprowadziłam poważną rozmowę z kilkoma prezesami, przy zaznaczeniu, że te z Kmiecikiem były najbardziej wartościowe i życiowe.
Nadal nie przeszedł mi sentyment do wina, olśniło mnie, że whisky to naprawdę genialny wynalazek, a gin z aromatem herbaty dobrze robi na skołatany mózg. Produktem alkoholowym numer jeden jest bezsprzecznie piwo Czarna Dziura z klubokawiarni Kicia Kocia, które faktycznie wytwarza wokół człowieka obłok nieświadomości metafizycznej. Pozwolił mi nawet w tym samym czasie chwycić za oparcie krzesła (i dokładnie w tym samym miejscu), co Niedosięgły dla mnie obecnie Obiekt Westchnień. Czarna Dziura nie ma jednak takiej włąściwości, żeby przyspieszać bieg wydarzeń albo spełniać marzenia. Czekam na odważne posunięcie Diageo w tej materii może.
Doszłam do wniosku, że Świetliki działają dużo bardziej katartycznie niż Lacrimosa - do pewnych rzeczy chyba się dorasta, spojrzałam na Łódź pod kątem gospodarczym, a nie tylko mityzacyjno-artystycznym. Zakochałam się we Wrocławiu, ale trudno mi teraz powiedzieć, czy fascynacja młodopolszczyzną krakowską mi przeszła zupełnie.
Chyba zyskałam kolejne przychylne mi dusze w osobach Agnieszki, Marcina, Kamili i Maćka. Ciągle mi trudno w to uwierzyć, ale istnieje bezinteresowna pomoc i powolutku uczę się ją przyjmować.
NIezmiennie uwielbiam gapić się na ludzi, w metrze, na ławce w parku, lubię skrobać bezsensowne słowa, których i tak nikt nie przeczyta, wzruszają mnie szurający nogami staruszkowie, tak samo od lat nie jestem w stanie zdzierżyć dwulicowości ani chamstwa, na które żadną miarą nie mogę odpowiedzieć. Kompulsywnie kupuję książki i kolejnych numerów Polityki uczę się na pamięć. Przeważnie jestem sama ze sobą. Teraz też. Jest sylwester, ale w ogóle nie przeszkadza mi moje własne towarzystwo. Chyba oswoiłam samotność. I teraz nie wiem, czy to powód, żeby roku żałować, czy cieszyć się, że odchodzi.
To był ważny i intensywny rok. Podołałam. Dotrwałam do końca, choć jeszcze w lipcu marzyłam o słodkiej śmierci. A tu życie na prawo i lewo. Rozpycha się łokciami, popycha siłą do przodu, nie pozwala zwolnić, nie pozwala złapać oddechu. Bolku, co od studiów czuwasz nade mną. Dziękuję, że przypomniało mi się właśnie to:
Czemuż tak patrzysz w otchłanie bezczasu, —
To rok pełen zmian, poważnych decyzji i odważnych posunięć.
Najważniejsze to chyba własne miejsce na ziemi i mieszkanie na Saskiej Kępie. Kawałek swojego nieba, swój kawałek podłogi. Miejsce, w którym mogę robić absolutnie wszystko, na co mam ochotę, mogę się skryć, zaszyć, chłonąc zielony spokój i mądre milczenie książek. Dużo energii kosztowało mnie przeflancowanie się na najbardziej pożądaną w tej chwili lokalizację w stolicy, ale podsumowuję, że warto było.
Gdyby nie moje niespełna czterdzieści metrów kwadratowych, nie przeżyłabym pewnie rekonwalescencji po operacji. To drugie ważne wydarzenie i ostatnia rozpaczliwa próba ratowania szczątek mojego zdrowia. Wiele pokory mnie to nauczyło, zmusiło do totalnej zmiany stylu życia, a i przy okazji światopoglądu. Z bólem ciągle uczę się żyć i pewnie jeszcze uczyć się będę, ale poczyniłam już milowe kroki. Teraz cofnąć się nie można.
Trzecie ważne wydarzenie to kompletowanie Rodziny: próba wsparcia Mamy Ewy (i Jej ponowne otrzymanie od Losu po wypadku w Archangielsku), walka z chorobą Taty Artura, który nadal pozostaje moim Królem, tylko osiągnął kolejny wymiar znaczenia. Mój Brat, którego zawsze pragnęłam mieć, obronił w wielkim stylu dwie prace na kierunku reżyseria i organizacja produkcji, zrealizował swój pierwszy poważny film, a ja rozpękłam się z dumy. Moja Siostra odnalazła się w Afganistanie. Na razie znam ją tylko z mejlowej korespondencji, ale wszystko wskazuje na to, że na żywo również się dogadamy. Boję się tylko, że na żywo nie będę już dla niej wystarczająco interesująca. Czyli pierwsze postanowienie noworoczne już jest: pracować nad sobą. Nihil novi - co roku właśnie ono się powtarza, spychając na dalszy plan diety i abstrakcyjne hasła o eliminacji czekolady i kawy z codziennej diety.
Moja Ania kupiła dom, wprowadziła się tam z Adrianem i zainstalowała szczekające istnienie o imieniu Bennie. Każdego dnia tęsknię za Nią potwoernie, ale dopóki Ania jest szczęśliwa, i ja jestem. Kiedy tylko biodro zostanie pozbawione władzy nade mną, polecę do niej i wreszcie Ją uściskam.
Miliony zdarzeń, faktów, objawień. W lipcu, kiedy jeszcze chodziłam o kulach, na świat przyszła Helenka. Nie płacze, ale daję głowę, że pójdzie w komedianty: na większość zewnętrznych wydarzeń reaguje tak rozwiniętą mimiką, że niejeden współczesny aktor mógłby się od niej uczyć. Czas mojej Babci podziurawił się jak ser, pouciekały słowa i podstawowe pojęcia, wysiadają kolejne układy w organicznej maszynie. Mama jest zmęczona opieką nad Babcią, brakiem uwagi dla własnej osoby i dla własnego zdrowia, założę się, że tęskni za pracą zawodową - tam miała oddech od zleceń NFZ-u na pieluchomajtki, błędów dietetycznych, hiperglikemii, utyskiwań gastrycznych. Kropce przybyło kilka nowych siwych włosów na pyszczku, ale nadal panicznie boi się huku petard, nie toleruje moich wyjazdów i osiągnęła już mistrzostwo w żebraniu o ciasteczka.
Wujek Mirek został przeze mnie wykluczony z mojej rodziny przez całkowite przekreślenie konieczności pomocy przy Babci. Podobnie jego żona. Jego dzieci zaś pozostają mi zupełnie obojętne. Albo stałam sie tak aspołeczna, albo robię postępy w mojej asertywności.
W kwestiach zawodowych trudno mi zdiagnozować jakiekolwiek postępy. Więcej czytam, jestem faktami gospodarczami już zmęczona, ale z radością przyjmuję coming outy nowych talentów literackich, cieszy mnie Rejmer, Miłoszewski, rozczytuję się w Pilchu, moim tegorocznym objawieniem jest Bator, w czym zgodziłam się z Kapitułą Nike. Książki i rzeczywistość alternatywna niezmiennie od lat pozwalają mi żyć wielokrotnie i przetwarzać moje życie na wszelkie możliwe sposoby. Doszłam do wniosku, że Karpowicz to żaden geniusz, po prostu wielki językoznawca, bardzo sprawny kuglarz językowy, za to na większość bolesnych pytań znajdę odpowiedź w felietonach Vargi w czwartkowym Dużym Formacie. Cieszy mnie też Tochman, choć tak samo przeraża, reportaż Szczygła odchorowałam, ale trzymam za niego nadal kciuki. No i pożyczyłam Julowi Pulitzera - z całego serca, w wielkim oczekiwaniu na docenienie faktu, że dawno już rozsadził kategorię dziennikarstwa, a przeszedł na jasną stronę literatury. Nadal jestem pod wrażeniem Jego nieruchomych oczu, spokojnych pytań i ripost, które pozostawiają moje ręce i usta pustymi, bo z geniuszami trudno dyskutować medialnym wyrobnikom.
W tym roku poznałam również, co znaczy stalker na głowie, jak bardzo można się źle czuć w obecności swojego własnego telefonu, jak bardzo trzeba być nieufnym wobec malarzy pokojowych i jakie to błogosławieństwo umieć trzymać język za zębami. Ciągle tego nie umiem, choć wyraźnie ścichłam i uspokoiłam się, pogodziłam z wieloma rzeczami.
Przekonałam się, że dzieci to cud, co potwierdzają moje filozoficzne dysputy ze Stanisławem i rezolutną Matyldą. Utwierdziłam się w przekonaniu, że Goretex robi stopom zdecydowanie lepiej niż ocieplane zimowce, już nie podejmuję dyskusji z Burlikiem, spojrzałam inaczej na Kasię i chyba Dziwi patrzy na mnie nieco przychylniej. Stoczyłam niebotyczną walkę o wywiad z Horowitzem, przeprowadziłam poważną rozmowę z kilkoma prezesami, przy zaznaczeniu, że te z Kmiecikiem były najbardziej wartościowe i życiowe.
Nadal nie przeszedł mi sentyment do wina, olśniło mnie, że whisky to naprawdę genialny wynalazek, a gin z aromatem herbaty dobrze robi na skołatany mózg. Produktem alkoholowym numer jeden jest bezsprzecznie piwo Czarna Dziura z klubokawiarni Kicia Kocia, które faktycznie wytwarza wokół człowieka obłok nieświadomości metafizycznej. Pozwolił mi nawet w tym samym czasie chwycić za oparcie krzesła (i dokładnie w tym samym miejscu), co Niedosięgły dla mnie obecnie Obiekt Westchnień. Czarna Dziura nie ma jednak takiej włąściwości, żeby przyspieszać bieg wydarzeń albo spełniać marzenia. Czekam na odważne posunięcie Diageo w tej materii może.
Doszłam do wniosku, że Świetliki działają dużo bardziej katartycznie niż Lacrimosa - do pewnych rzeczy chyba się dorasta, spojrzałam na Łódź pod kątem gospodarczym, a nie tylko mityzacyjno-artystycznym. Zakochałam się we Wrocławiu, ale trudno mi teraz powiedzieć, czy fascynacja młodopolszczyzną krakowską mi przeszła zupełnie.
Chyba zyskałam kolejne przychylne mi dusze w osobach Agnieszki, Marcina, Kamili i Maćka. Ciągle mi trudno w to uwierzyć, ale istnieje bezinteresowna pomoc i powolutku uczę się ją przyjmować.
NIezmiennie uwielbiam gapić się na ludzi, w metrze, na ławce w parku, lubię skrobać bezsensowne słowa, których i tak nikt nie przeczyta, wzruszają mnie szurający nogami staruszkowie, tak samo od lat nie jestem w stanie zdzierżyć dwulicowości ani chamstwa, na które żadną miarą nie mogę odpowiedzieć. Kompulsywnie kupuję książki i kolejnych numerów Polityki uczę się na pamięć. Przeważnie jestem sama ze sobą. Teraz też. Jest sylwester, ale w ogóle nie przeszkadza mi moje własne towarzystwo. Chyba oswoiłam samotność. I teraz nie wiem, czy to powód, żeby roku żałować, czy cieszyć się, że odchodzi.
To był ważny i intensywny rok. Podołałam. Dotrwałam do końca, choć jeszcze w lipcu marzyłam o słodkiej śmierci. A tu życie na prawo i lewo. Rozpycha się łokciami, popycha siłą do przodu, nie pozwala zwolnić, nie pozwala złapać oddechu. Bolku, co od studiów czuwasz nade mną. Dziękuję, że przypomniało mi się właśnie to:
Czemuż tak patrzysz w otchłanie bezczasu, —
I mówisz: «Jakże pokocham tę zmorę?» —
Dawnoś to w lesie całował drzew korę?
Więc las pokochaj! Nic nie ma, prócz lasu!
«Przyszedłem na świat, poprzedzon żałobą,
A cóż zabierzesz na drogę ze sobą,
Jeśli — nie wszystko, jeśli nie to samo?
Niech dusza twoja, miłością wielmożna,
Takim się żalem po nocach nie trudzi,
Nic na tym świecie pokochać nie można!
Siedem minut do północy. Siedem życzeń: zdrowia, spokoju, przydatności, ludzi dobrych na drodze, niezależności, odwagi. I miłości.
sobota, 12 października 2013
Radości Werteryczne
Pio obronił. Podwójnie obronił, I w jakim stylu obronił.
Napisanie dwóch prac dyplomowych w ciągu jednego roku, z czego jedna de facto jest zrealizowanym filmem, to dla mnie góra niemożliwa do zdobycia. Ten tydzień przyniósł dwie dobre wiadomości: potwierdziła się data odbioru kluczy do mieszkania i Pio został oficjalnie absolwentem szkoły filmowej. A co ja się na patio szkoły nasłuchałam zachwytów, zamyśleń nad filmem, co ja, dumna młodsza siostrzyczka, spojrzeń zaintrygowanych w jego kierunku rzucanych się nałowiłam, ile uśmiechów na wędkę złapałam i przyglądałam się im jak robalowi w laboratorium. Pękałam z dumy.
Potem, przygotowana na najgorsze, bo Pio powiedział, że ten film to wstyd, z bijącym sercem zasiadłam do oglądania "Brudu". I kolejna niespodzianka: szukałam własnej szczęki. Film-pocisk.
Czemu on tak w siebie nie wierzy? Czemu nie spakuje się w jedną torbę i nie wyjedzie z mamiącego gotyckim półtonem Torunia, żeby pokazać całemu światu, jakiego ma reżysera? Po moich przenosinach kolejną sprawą do załatwienia będzie zapewne zmuszenie Piotra do podjęcia konkretnych decyzji. Z drugiej strony: kim ja jestem i jakim prawem mam go zmuszać? Będę się tłumaczyć dobrem polskiej kinematografii. Cel uświęca środki. A, jak wiemy z Bałut, nie liczy się waleczność, a skuteczność.
Kiedy go zobaczyłam, jak szedł od przystanku, młody, sympatyczny, kulturalny i genialny, aż mnie coś w dołku ścinęło. I te niebieskie spodnie, które we mnie gdzieś się zagnieździły nawracającą falą ultramaryny. Jakiś bohater opowiadania musi je kiedyś założyć. Musi.
W ostatnim czasie powiększyła mi się rodzina. Zaczęło się w lipcu. Urodziła się Helena bezzębna i bezsmoczkowa. Piękna. O ustach jak płatki peonii. Potem dotarło do mnie, że Ewa naprawdę pełni rolę mojej matki. Takiej, do której mogę przyjść ze wszystkim i z półobrotu nie dostanę. Z którą mogę wygłupiać sie jak z koleżanką z podstawówki i rozmawiać o tym, że męski ród nierządem stoi. I tata. Ten, którego odwiecznie szukałam. W Polsce, w pamięci mamy Eli, w sobie. Chemia, przerzuty, nieudana operacja i czterotygodniowe szprycownie świństwami wszelkimi przywróciło mi ojca. Nadało go. Ustanowiło. Orba obiit. Hic natus est infans. Zaopiekowany, choć bezsmoczkowy. Przerośnięty, choć ciągle z potrzebami. Zagubiony, choć walczący.
Teraz trzeba odzyskać dom. Mamie Ewie Sztynort pomóc odzyskać. Ten wielki i tajemniczy pałac, pod którego zabytkową podłogą pruską płynie rwąca rzeka. Jak rzekę się osuszy, spokój i radość na pałacu nastaną. I nowa gospodyni.
W lipcu napisała do mnie niewidziana na oczy siostra. Wojenna siostra. Dostaję mejle z Afganistanu drżącego od ataków politycznej epoki. Plus brat.
Zbieram się. Przeprowadzkę czas zacząć.
Napisanie dwóch prac dyplomowych w ciągu jednego roku, z czego jedna de facto jest zrealizowanym filmem, to dla mnie góra niemożliwa do zdobycia. Ten tydzień przyniósł dwie dobre wiadomości: potwierdziła się data odbioru kluczy do mieszkania i Pio został oficjalnie absolwentem szkoły filmowej. A co ja się na patio szkoły nasłuchałam zachwytów, zamyśleń nad filmem, co ja, dumna młodsza siostrzyczka, spojrzeń zaintrygowanych w jego kierunku rzucanych się nałowiłam, ile uśmiechów na wędkę złapałam i przyglądałam się im jak robalowi w laboratorium. Pękałam z dumy.
Potem, przygotowana na najgorsze, bo Pio powiedział, że ten film to wstyd, z bijącym sercem zasiadłam do oglądania "Brudu". I kolejna niespodzianka: szukałam własnej szczęki. Film-pocisk.
Czemu on tak w siebie nie wierzy? Czemu nie spakuje się w jedną torbę i nie wyjedzie z mamiącego gotyckim półtonem Torunia, żeby pokazać całemu światu, jakiego ma reżysera? Po moich przenosinach kolejną sprawą do załatwienia będzie zapewne zmuszenie Piotra do podjęcia konkretnych decyzji. Z drugiej strony: kim ja jestem i jakim prawem mam go zmuszać? Będę się tłumaczyć dobrem polskiej kinematografii. Cel uświęca środki. A, jak wiemy z Bałut, nie liczy się waleczność, a skuteczność.
Kiedy go zobaczyłam, jak szedł od przystanku, młody, sympatyczny, kulturalny i genialny, aż mnie coś w dołku ścinęło. I te niebieskie spodnie, które we mnie gdzieś się zagnieździły nawracającą falą ultramaryny. Jakiś bohater opowiadania musi je kiedyś założyć. Musi.
W ostatnim czasie powiększyła mi się rodzina. Zaczęło się w lipcu. Urodziła się Helena bezzębna i bezsmoczkowa. Piękna. O ustach jak płatki peonii. Potem dotarło do mnie, że Ewa naprawdę pełni rolę mojej matki. Takiej, do której mogę przyjść ze wszystkim i z półobrotu nie dostanę. Z którą mogę wygłupiać sie jak z koleżanką z podstawówki i rozmawiać o tym, że męski ród nierządem stoi. I tata. Ten, którego odwiecznie szukałam. W Polsce, w pamięci mamy Eli, w sobie. Chemia, przerzuty, nieudana operacja i czterotygodniowe szprycownie świństwami wszelkimi przywróciło mi ojca. Nadało go. Ustanowiło. Orba obiit. Hic natus est infans. Zaopiekowany, choć bezsmoczkowy. Przerośnięty, choć ciągle z potrzebami. Zagubiony, choć walczący.
Teraz trzeba odzyskać dom. Mamie Ewie Sztynort pomóc odzyskać. Ten wielki i tajemniczy pałac, pod którego zabytkową podłogą pruską płynie rwąca rzeka. Jak rzekę się osuszy, spokój i radość na pałacu nastaną. I nowa gospodyni.
W lipcu napisała do mnie niewidziana na oczy siostra. Wojenna siostra. Dostaję mejle z Afganistanu drżącego od ataków politycznej epoki. Plus brat.
Zbieram się. Przeprowadzkę czas zacząć.
wtorek, 8 października 2013
Jak to się literatem nie stałam
Jak ja się nałykałam literatury, języka pięknego, szlachetnego, wysokiego, szczodrego! Jak się w tym pięknie unurzałam, jak powoli spływa ze mnie jak drogocenna oliwa grecka, jak balsam dla duszy drogocenny. Wróciłam z debaty z udziałem Joanny Bator. Już konstrukcje jej książek wskazywały na to, że jest wyjątkową osobą; utwierdziłam się tylko radośnie w tym przekonaniu, słuchając dzisiejszej dyskusji. Jestem stęskniona za rozmowami o literaturze, za ludźmi wysokiej kultury, za pasjonatami pisania i śledzenia literackich niuansów. Boję się, że robię się płytka, prostacka, zanika mi zasób słów i idiocieję konsekwentnie. Moja codzienność to dane rynkowe, kampanie, w które nie wierzę, mało wytworne żarty i prostactwo kolegi po lewej stronie biurka. Budujące jest to, że w tej branży, która siłą rzeczy po roku pracy już mi zbrzydła (czyli: niespodzianka! Zanim zdążyłam ją poznać!), znalazły się takie osoby, jak Aga i Marcin. Zadziwiające, skąd ich serdeczność i szczerość wobec mnie. Boję się tego, nie przywykłam, wiję się w poświacie ich gościnności i serdeczności jak kot, który bawić się chce, a jednocześnie zaczepki odpycha. Złapałam się dzisiaj na tym, że kiedy jak zahipnotyzowana słuchałam rozmowy krytyków literackich, nieomal z otwartymi ustami, łaknęłam każde słowo, nie mogłam nawet drgnąć, byłam jak zaczarowana, zapomniałam, że plecy rozrywa mi na pół. Każde pięknie skonstruowane zdanie zdawało się rzeźbić we mnie tunel, aż dotarło do toruńskiego źródła bezpiecznej studenckiej fantazji o tworzeniu literatury i pianiu o niej peanów. Jak ja w siebie wierzyłam! Że kiedyś będę tak przydatna jak Jan Gondowicz, że będę ludziom książki objaśniać, że mądrze coś powiem, że trafnie, a do tego ludzie jeszcze będą chcieli to czytać. Statystyczny Polak w ciągu roku wydaje na książki oprócz koniecznych podręczników 19 zł. Czyli tyle, ile ja na waciki. Łatwo sobie policzyć, jak opłacalny i życiowy zawód sobie upatrzyłam. Do tego najwyraźniej taki, do którego kompletnie się nie nadaję. Miesięcznie na książki wydaję wszystko, co mogę. Czasem pod koniec miesiąca nie zjem, bo wyszedł nowy reportaż albo nowa powieść, która zastępuje mi posiłek, piwo, potańcówkę czy kręgle. Właśnie sobie uświadomiłam, że w życiu nie byłam na kręglach. O ile jeszcze żagle Ewki mnie nawet intrygują (myślę, że to kwestia poetyckości wiatru we włosach na łódce), o tyle nigdy nie rozumiałam logiki i celu rzucania ciężką kulą w kierunku pachołków w jakichś śmiesznych butach. Faktycznie, ja nie z tej bajki.
Bardzo zbudowało mnie spotkanie w Teatrze Studio, bo usłyszałam, że fundamentem każdej nagrody literackiej, czyli każdej szczątkowej choć nieśmiertelności artystycznej, jest próżnia. Literatura nabiera ciała przez nicość. Dzieło go nabiera. Przez nieistnienie. A potem nagle cudownie zaistniewa i kula śniegowa sławy i pamięci turla się coraz szybkiej i energii kinetycznej nabiera. Kiedyś Bator istniała tylko jako antropolog. Boże, jak się marnowała. Dopiero powieściopisanie nadało jej tożsamość, wyłuskało ją z niej, zerwało do biegu. Wreszcie zasłużona Nike. Nie pamiętam, kiedy ostatniom razem tak się cieszyłam z nagrody literackiej. Chyba z Nobla dla Szymborskiej. Jakoś tak.
Weekend za to miałam piękny. I nie mam na myśli tego, że dzielnie i samodzielnie spakowałam sześć ciężkich pudeł z niepotrzebnym utensyliami o różnym przeznaczeniu: a to kuchennym, a to łazienkowym, a to takim, które ma ze mnie zrobić wzorową panią domu. Bóle pleców ledwo pozwalają mi na zalanie sobie kawy. Forma do muffinów za to będzie na pewno imponująco wyglądała w nowym mieszkaniu. Nowym-starym. Moim.
W sobotę byłam cały dzień na świeżym powietrzu. Świeżym i zdrowym, bo w Konstancinie. Artur wyszedł wreszcie ze szpitala, nabiera powoli sił po tych wszystkich świństwach, którymi go naszpikowali. Wygłupialiśmy się jak para szczeniaków, co się zerwała z fakultetów z matematyki. Spacer zaczęliśmy od wizyty w cukierni, ja się usmarowałam bezowo-malinowym tortem, Artur eklerką, dostałam jedwabny czerwony szal w prezencie, śmialiśmy się do rozpuku z wąsów z cukru i nierównych nawierzchni Alei Wilanowskiej. Artur opowiadał o Łodzi, o studiach, o wojsku, o czasie dla mnie zaprzeszłym, a jednak w jego opowieściach tak żywym i jakby naocznym. O tym, jak bardzo nie pasował do akademika, w którym na hasło "Leon" młodzi adepci sztuki medycznej biegli do klubu "Pod siódemkami" i tłukli sie po mordach. Artur zamykał korowód, kroczył dostojnie i docierał na miejsce, jak panowie zbierali już swoje zęby. Zamiast wieczornych figli z panienkami z innych akademików wybierał teatr, kino, rozmowy inteligentów. Już sobie go wyobrażam, jak z błyszczącymi oczami w mundurze siedzi skupiony w sali pełnej wypachnionych pań i śledzi każde aktorskie słowo.
Potem chodziliśmy po parku. Na przystanki, bo mnie plecy bolą, a on jeszcze słaby po chemii. Razem, pod rękę, w ostatnich promieniach jesiennego słońca. Zaczepiała mnie zwinna wiewiórka, która nie skakała, jak te z Parku Skaryszewskiego, tylko fruwała z gałęzi na gałąź. Artur potrafi nazwać każdy krzak i drzewo. Rozpoznaje rośliny, wyraźnie wymawia ich nazwy, jakby były imionami rzymskich nimf albo greckich bogów. Opowiada o ich hodowli, o tym, czy lubią kwaśną glebę, czy zacieniony zakątek ogrodu. Nad rzeczką czy stawem, w każdym razie na takiejś wodzie stojącej kąpały się kaczki. Ile tam było taplania, kwakania, nurkowania, figur akrobatycznych, radości dzikiej, pierwotnej, nieprzebranej. Jedna kaczka dostała takiego szału z radości, że tłukąc skrzydłami o taflę wody przemieszczała się nby skokami, a z daleka wyglądała jak motorówka. Potem w Domu Zdrojowym jedliśmy frytki. W sumie wzięliśmy na wynos, ale w oczekiwaniu na nie patrzylismy na troje szóstoklasistów, którzy odliczali, ile z kieszonkowego starczy im na słodycze i deliberowali, czy najedzą się lodem, czy porcją smażonych ziemniaków. "Niech pani jej nie słucha, bo ona nam siary narobiła" - usłyzeliśmy bezcenny tekst do sprzedawczyni. Potem, wychodząc, poczęstowałam jedną z dziewczynek frytką. W dobrej wierze, ale potem pomyślałam, że skoro byli tacy głodni, to skrobia tylko podrażniła jej żoładek. Trudno.
Wróciliśmy do Warszawy, a po drodze Artur już nie denerwował się, że mówię do niego "tato". W Blue City wchłonęliśmy kolejną porcję słodyczy - ja pożarłam suflet z gorącą czekoladą, Arturowi wystarczyła kulka lodów z listkiem mięty. Spotkaliśmy panią Jolę od gambitu, która swojego pierwszorocznego syna chciała przebrać na kocenie studenckie. I tak minęła sobotą, okraszona jeszcze wieczorną "imprezą" w Soho, z której zapamiętam jedynie to, że do Bobby Burgera lepiej pasuje sos klasyczny niż barbecue, a wódka marki Soplica nie smakuje z sokiem pomarańczowym. Albo smakuje jak benzyzna.
Za to serial Daniego udany i trzymam kciuki za kolejne odcinki serialu amatorów, który więcej mówi o życiu w tym dziwnym mieście nad Wisłą niż przerażająco udziwnione produkcje w stylu "Miłości na bogato" czy "Wawa non stop".
Wczoraj Artur zabrał mnie na slam poetycki poświęcony Osieckiej. Różnica poziomów między aktorami starszego pokolenia a młodzieżą, która w aktorstwo się bawi, jest już dla mnie nie tyle wyraźnie widoczna, ile nie do zniesienia. Przesłodzone frazy Olgi Bończyk, zdyszane interpretacje serialowych celebrytek, żenujący prowadzący - dreszczy od tego dostałam. Za to Damięcki bardzo na plus, niezawodna Czubówna i doskonały dokument o życiu Agnieszki, co wino na Saskiej Kępie ukochała i dziwnych ludzi ściągała - wynagrodziły mi celebryckie zapędy kwiatu warszawskiej sceny rozrywkowej.
Z Chmielnej pojechaliśmy do radia. Artur miał audycję - tym razem o seksie w ciąży i w okresie połogu. O, jak się wydawca nasłuchał przez telefon złorzeczeń katolickiego głosu narodu, co to wszystkie tematy by potopił razem z grzesznikami we wrzącej smole. Ale za to realizator mnie pamiętał, pani Kasia chyba polubiła, powąchałam sobie korytarze na Niepodległości, przypomniały mi się lata błędów i wypaczeń, że świat to taki piękny, a każda firma czeka na mnie z otwartymi ramionami.
Od realizatora Przemka, co nierówno siwieje, usłyszałam, że podczas jednej audycji o orgazmie, odebrali telefon od starszej pani, która zwierzyła się, że w życiu przeżyła cztery orgazmy, z czego dwa przed woją. Nie wiadomo tylko, przed którą i kiedy te dwa pozostałe.
A dzisiaj dowiedziałam się, że Artur zaprasza mnie do teatru. W niedzielę. A potem na naleśniki. I tak to znalazłam ojca. Co to ścina, kiedy trzeba, ale nie poniża i nie karci, kiedy to niekonieczne. Który poucza i daje wskazówki, ale pozostawia duże pole do popisu i daje możliwość popełnienia błędu. Nie mówi mi, że nie rozczesałam włosów, tylko na widok mojej wściekle czerwonej pomadki z uznaniem kiwa głową: "to to rozumiem". Nie obraża się za to, że powiedziałam coś źle i poniewczasie, nie wymaga ode mnie przedstawiania mu mojego planu dnia co do minuty i nie komentuje każdego mojego wyboru, patrząc nań przez pryzmat własny. Nie odtrąca i nie porzuca. Już nie kopie. Czasem tylko sprowadzi dość boleśnie na ziemię, ale nie wgniata w chodnik.
Na dzisiejszej debacie usłyszałam, że więź między ludźmi dopiero rozpoczyna się wtedy, kiedy uświadomimy sobie, ile zła, podłości i ohydztwa jest w każdym z nas; kiedy nie będziemy uciekali od zobaczenia tego, a nawet damy się temu czemuś obryzgać. Dopiero wtedy zaczyna się więź. Musiałam dostać trochę kuksańców, trochę sobie popłakać na Halach Banacha, powłóczyć się bez celu po Kirasjerów, żeby dotarło do mnie, że ani ja idealna nie jestem, ani on. Ale jeżeli wejdę mu na głowę z nadmiarem mojej sztucznej dobroci, on odejdzie, zaduszę go, zmęczę, wypompuję z energii. Już dzisiaj mówi, że zna mnie jak własną kieszeń. Chociaż chciałabym temu zaprzeczyć, coś w tym jest. Za dużo widział i za dużo wie, żeby rzucać słowa na wiatr. Nie chcę przedobrzyć, bo i on cierpi, a to nie uszlachetnia. To uzłośliwia. Uwrażliwia na każdy bodziec i podrażnia. Ostrożnie, powoli. Muszę robić tak, żeby firanek nie zdejmować, bo będzie jak w wierszu Herberta: ojciec wyjdzie wtedy przez okno i nie wróci. Zamieszka na wyspie, na której będzie gubernatorem, a na tej wyspie palmy są i liberalizm.
Wczoraj jeszcze zrobił coś, co zapamiętam bardzo dobrze, bo sprawiło mi to przyjemność, którą, jak mniemam, mają gimnazjaliści, kiedy grają w gry komputerowe albo sięgają po zakazane wino truskawkowe. Jechaliśmy sobie z Chmielnej Puławską. Jak to Artur w Insigni: powoli, majestatycznie, ograniczenie prędkości wynosi 70 kilometrów, to on przezornie czterdzieści pojedzie. Jakaś blondynka z botoksem na lewym pasie zapomniała, że nie jest sama na drodze. Zaczęła zjeżdżać w naszym kierunku. Już-już miał na nią zatrąbić, ale jego dłoń zsunęła się powoli po kierownicy. Minęliśmy jedne światła, drugie, Artur opuścił się trochę na siedzeniu, z miną jogina osiągającego siódmy poziom satysfakcji mlasnął i nagle tak dodał gazu, że moja wątroba wylądowała z plaskiem w bagażniku. W osiem sekund osiągnęliśmy setkę, a w dziewięć znaleźliśmy się na rogu Malczewskiego. Jak w kapsule czasowej. Myślałam, że z radości oszaleję. Jeszcze nigdy tak szybko nie uderzyła mi w żyłach adrenalina, a przy okazji w tym samochodzie-czołgu nie czułam się nigdy tak bezpiecznie. Tak lekko. Potem śmiał się jak licealista, co spsocił nauczycielce fizyki, a ja chciałam mu urwać szyję ze szczęścia.
A to będzie mi przypominać wieczór ostatni, radiowy, dzień, w którym Osiecka skończyłaby 77 lat, a ja wyobrażałam sobie, że Artur to mój tata.
Bardzo zbudowało mnie spotkanie w Teatrze Studio, bo usłyszałam, że fundamentem każdej nagrody literackiej, czyli każdej szczątkowej choć nieśmiertelności artystycznej, jest próżnia. Literatura nabiera ciała przez nicość. Dzieło go nabiera. Przez nieistnienie. A potem nagle cudownie zaistniewa i kula śniegowa sławy i pamięci turla się coraz szybkiej i energii kinetycznej nabiera. Kiedyś Bator istniała tylko jako antropolog. Boże, jak się marnowała. Dopiero powieściopisanie nadało jej tożsamość, wyłuskało ją z niej, zerwało do biegu. Wreszcie zasłużona Nike. Nie pamiętam, kiedy ostatniom razem tak się cieszyłam z nagrody literackiej. Chyba z Nobla dla Szymborskiej. Jakoś tak.
Weekend za to miałam piękny. I nie mam na myśli tego, że dzielnie i samodzielnie spakowałam sześć ciężkich pudeł z niepotrzebnym utensyliami o różnym przeznaczeniu: a to kuchennym, a to łazienkowym, a to takim, które ma ze mnie zrobić wzorową panią domu. Bóle pleców ledwo pozwalają mi na zalanie sobie kawy. Forma do muffinów za to będzie na pewno imponująco wyglądała w nowym mieszkaniu. Nowym-starym. Moim.
W sobotę byłam cały dzień na świeżym powietrzu. Świeżym i zdrowym, bo w Konstancinie. Artur wyszedł wreszcie ze szpitala, nabiera powoli sił po tych wszystkich świństwach, którymi go naszpikowali. Wygłupialiśmy się jak para szczeniaków, co się zerwała z fakultetów z matematyki. Spacer zaczęliśmy od wizyty w cukierni, ja się usmarowałam bezowo-malinowym tortem, Artur eklerką, dostałam jedwabny czerwony szal w prezencie, śmialiśmy się do rozpuku z wąsów z cukru i nierównych nawierzchni Alei Wilanowskiej. Artur opowiadał o Łodzi, o studiach, o wojsku, o czasie dla mnie zaprzeszłym, a jednak w jego opowieściach tak żywym i jakby naocznym. O tym, jak bardzo nie pasował do akademika, w którym na hasło "Leon" młodzi adepci sztuki medycznej biegli do klubu "Pod siódemkami" i tłukli sie po mordach. Artur zamykał korowód, kroczył dostojnie i docierał na miejsce, jak panowie zbierali już swoje zęby. Zamiast wieczornych figli z panienkami z innych akademików wybierał teatr, kino, rozmowy inteligentów. Już sobie go wyobrażam, jak z błyszczącymi oczami w mundurze siedzi skupiony w sali pełnej wypachnionych pań i śledzi każde aktorskie słowo.
Potem chodziliśmy po parku. Na przystanki, bo mnie plecy bolą, a on jeszcze słaby po chemii. Razem, pod rękę, w ostatnich promieniach jesiennego słońca. Zaczepiała mnie zwinna wiewiórka, która nie skakała, jak te z Parku Skaryszewskiego, tylko fruwała z gałęzi na gałąź. Artur potrafi nazwać każdy krzak i drzewo. Rozpoznaje rośliny, wyraźnie wymawia ich nazwy, jakby były imionami rzymskich nimf albo greckich bogów. Opowiada o ich hodowli, o tym, czy lubią kwaśną glebę, czy zacieniony zakątek ogrodu. Nad rzeczką czy stawem, w każdym razie na takiejś wodzie stojącej kąpały się kaczki. Ile tam było taplania, kwakania, nurkowania, figur akrobatycznych, radości dzikiej, pierwotnej, nieprzebranej. Jedna kaczka dostała takiego szału z radości, że tłukąc skrzydłami o taflę wody przemieszczała się nby skokami, a z daleka wyglądała jak motorówka. Potem w Domu Zdrojowym jedliśmy frytki. W sumie wzięliśmy na wynos, ale w oczekiwaniu na nie patrzylismy na troje szóstoklasistów, którzy odliczali, ile z kieszonkowego starczy im na słodycze i deliberowali, czy najedzą się lodem, czy porcją smażonych ziemniaków. "Niech pani jej nie słucha, bo ona nam siary narobiła" - usłyzeliśmy bezcenny tekst do sprzedawczyni. Potem, wychodząc, poczęstowałam jedną z dziewczynek frytką. W dobrej wierze, ale potem pomyślałam, że skoro byli tacy głodni, to skrobia tylko podrażniła jej żoładek. Trudno.
Wróciliśmy do Warszawy, a po drodze Artur już nie denerwował się, że mówię do niego "tato". W Blue City wchłonęliśmy kolejną porcję słodyczy - ja pożarłam suflet z gorącą czekoladą, Arturowi wystarczyła kulka lodów z listkiem mięty. Spotkaliśmy panią Jolę od gambitu, która swojego pierwszorocznego syna chciała przebrać na kocenie studenckie. I tak minęła sobotą, okraszona jeszcze wieczorną "imprezą" w Soho, z której zapamiętam jedynie to, że do Bobby Burgera lepiej pasuje sos klasyczny niż barbecue, a wódka marki Soplica nie smakuje z sokiem pomarańczowym. Albo smakuje jak benzyzna.
Za to serial Daniego udany i trzymam kciuki za kolejne odcinki serialu amatorów, który więcej mówi o życiu w tym dziwnym mieście nad Wisłą niż przerażająco udziwnione produkcje w stylu "Miłości na bogato" czy "Wawa non stop".
Wczoraj Artur zabrał mnie na slam poetycki poświęcony Osieckiej. Różnica poziomów między aktorami starszego pokolenia a młodzieżą, która w aktorstwo się bawi, jest już dla mnie nie tyle wyraźnie widoczna, ile nie do zniesienia. Przesłodzone frazy Olgi Bończyk, zdyszane interpretacje serialowych celebrytek, żenujący prowadzący - dreszczy od tego dostałam. Za to Damięcki bardzo na plus, niezawodna Czubówna i doskonały dokument o życiu Agnieszki, co wino na Saskiej Kępie ukochała i dziwnych ludzi ściągała - wynagrodziły mi celebryckie zapędy kwiatu warszawskiej sceny rozrywkowej.
Z Chmielnej pojechaliśmy do radia. Artur miał audycję - tym razem o seksie w ciąży i w okresie połogu. O, jak się wydawca nasłuchał przez telefon złorzeczeń katolickiego głosu narodu, co to wszystkie tematy by potopił razem z grzesznikami we wrzącej smole. Ale za to realizator mnie pamiętał, pani Kasia chyba polubiła, powąchałam sobie korytarze na Niepodległości, przypomniały mi się lata błędów i wypaczeń, że świat to taki piękny, a każda firma czeka na mnie z otwartymi ramionami.
Od realizatora Przemka, co nierówno siwieje, usłyszałam, że podczas jednej audycji o orgazmie, odebrali telefon od starszej pani, która zwierzyła się, że w życiu przeżyła cztery orgazmy, z czego dwa przed woją. Nie wiadomo tylko, przed którą i kiedy te dwa pozostałe.
A dzisiaj dowiedziałam się, że Artur zaprasza mnie do teatru. W niedzielę. A potem na naleśniki. I tak to znalazłam ojca. Co to ścina, kiedy trzeba, ale nie poniża i nie karci, kiedy to niekonieczne. Który poucza i daje wskazówki, ale pozostawia duże pole do popisu i daje możliwość popełnienia błędu. Nie mówi mi, że nie rozczesałam włosów, tylko na widok mojej wściekle czerwonej pomadki z uznaniem kiwa głową: "to to rozumiem". Nie obraża się za to, że powiedziałam coś źle i poniewczasie, nie wymaga ode mnie przedstawiania mu mojego planu dnia co do minuty i nie komentuje każdego mojego wyboru, patrząc nań przez pryzmat własny. Nie odtrąca i nie porzuca. Już nie kopie. Czasem tylko sprowadzi dość boleśnie na ziemię, ale nie wgniata w chodnik.
Na dzisiejszej debacie usłyszałam, że więź między ludźmi dopiero rozpoczyna się wtedy, kiedy uświadomimy sobie, ile zła, podłości i ohydztwa jest w każdym z nas; kiedy nie będziemy uciekali od zobaczenia tego, a nawet damy się temu czemuś obryzgać. Dopiero wtedy zaczyna się więź. Musiałam dostać trochę kuksańców, trochę sobie popłakać na Halach Banacha, powłóczyć się bez celu po Kirasjerów, żeby dotarło do mnie, że ani ja idealna nie jestem, ani on. Ale jeżeli wejdę mu na głowę z nadmiarem mojej sztucznej dobroci, on odejdzie, zaduszę go, zmęczę, wypompuję z energii. Już dzisiaj mówi, że zna mnie jak własną kieszeń. Chociaż chciałabym temu zaprzeczyć, coś w tym jest. Za dużo widział i za dużo wie, żeby rzucać słowa na wiatr. Nie chcę przedobrzyć, bo i on cierpi, a to nie uszlachetnia. To uzłośliwia. Uwrażliwia na każdy bodziec i podrażnia. Ostrożnie, powoli. Muszę robić tak, żeby firanek nie zdejmować, bo będzie jak w wierszu Herberta: ojciec wyjdzie wtedy przez okno i nie wróci. Zamieszka na wyspie, na której będzie gubernatorem, a na tej wyspie palmy są i liberalizm.
Wczoraj jeszcze zrobił coś, co zapamiętam bardzo dobrze, bo sprawiło mi to przyjemność, którą, jak mniemam, mają gimnazjaliści, kiedy grają w gry komputerowe albo sięgają po zakazane wino truskawkowe. Jechaliśmy sobie z Chmielnej Puławską. Jak to Artur w Insigni: powoli, majestatycznie, ograniczenie prędkości wynosi 70 kilometrów, to on przezornie czterdzieści pojedzie. Jakaś blondynka z botoksem na lewym pasie zapomniała, że nie jest sama na drodze. Zaczęła zjeżdżać w naszym kierunku. Już-już miał na nią zatrąbić, ale jego dłoń zsunęła się powoli po kierownicy. Minęliśmy jedne światła, drugie, Artur opuścił się trochę na siedzeniu, z miną jogina osiągającego siódmy poziom satysfakcji mlasnął i nagle tak dodał gazu, że moja wątroba wylądowała z plaskiem w bagażniku. W osiem sekund osiągnęliśmy setkę, a w dziewięć znaleźliśmy się na rogu Malczewskiego. Jak w kapsule czasowej. Myślałam, że z radości oszaleję. Jeszcze nigdy tak szybko nie uderzyła mi w żyłach adrenalina, a przy okazji w tym samochodzie-czołgu nie czułam się nigdy tak bezpiecznie. Tak lekko. Potem śmiał się jak licealista, co spsocił nauczycielce fizyki, a ja chciałam mu urwać szyję ze szczęścia.
A to będzie mi przypominać wieczór ostatni, radiowy, dzień, w którym Osiecka skończyłaby 77 lat, a ja wyobrażałam sobie, że Artur to mój tata.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Był rekord, nie ma rekordu
Wytrzymałam całe trzy doby. Jeszcze w niedzielę połknęłam truciznę, żeby się zobaczyć z Arturem i nie wrzeszczeć przy każdym ruchu. W poniedziałek zaparłam się. Na macie do ćwiczeń patrzyłam przez lufcik w sali gimnastycznej, bo było widać niebo i wyobrażałam sobie, że tam nikogo nie boli. Ciekawe jest to sformułowanie "sky is the limit". To trochę tak, jak ktoś mnie pyta, czy bardzo boli. Mogłabym na to odpowiedzieć właśnie sloganem z reklamy Blacka. Co z tego, że wielki gwiazdor naparzania po mordzie reklamuje energetyk, jak przyznaje się do tego, że jest bliski śmierci. I tak jest lepszy ode mnie: w dniu konferencji prasowej powiedział, że nie pije i nie ćpa od sześciu dni. Ja nie ćpałam tylko trzy.
W pracy w środę zaczęłam marzyć o śmierci. Marzyć. Wtedy wszystko by się skończyło. Nareszcie. Wróciłam do domu i rozpaczliwie próbowałam napisać coś, żeby poinformować czytelników o dobryczynnym oddziaływaniu glikozydów stewiolowych. Na przemian mdliło mnie z bólu albo ściemniał mi się obraz. Zaciskałam zęby. Nie wezmę. Nie wezmę leku.
Położyłam się o 1 w nocy, bo i tak nie byłam w stanie pisać. Do piątej rano leżałam i jęczałam w poduszkę, żeby nie obudzić Magdy. Słuchałam liści na Waszyngtona. Słyszałam jak sąsiad wraca po pijaku, sąsiadka człapie po domu, bo nie może spać, jakiś kot przeciął z dzikim miauczeniem ulicę, przejechał wóz do szlifowania torów. Bolało tak, jakby piekielny ogień ścinał mi białko. Odpokutowałam atak bronią chemiczną w Syrii. Odpokutowałam zdrady i kłamstwa, okrucieństwo i podłość przynajmniej jednego pokolenia. Pięć lat życia oddałabym za sen właśnie tamtej nocy. Tak bardzo się rozdrobniłam.
Dzisiaj dowiedziałam się, że ten ból nazywa się opasającym. Tak się właśnie czułam. Jakby mnie opasał, związał, nie chciał puścić. Miofibryle, jony wapnia, troponiny - wszystko płonęło, jak południe Europy, jak tynel Gotarda. Nie mogłam leżeć, nie mogłam się ruszyć, nie mogłam oddychać. Przemęczyłam się do wpół do szóstej, z płaczem wzięłam lek. Przegrałam. Przegrałam.
Po godzinie rozlała się po mnie dobroczynna fala. Jak ręką odjął. Odjął wraz z funkcjami wątroby i fragmentem błony śluzowej. Rehabilitanci załamali ręce. Nie znają przyczyny. Ale nie powiem im, że od dawna już nie marzę o podróżach dookoła świata. Ani o ratowaniu osiedlowych kotów i zbieraniu kwiatów na Mazurach. Ani o nauce latania szybowcem.
Nie powiem im, że jedyne, czego teraz chcę, to umrzeć.
Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
Aby ciała spoczynek, ulgą duszy była
Przynętą, która łudzi, wabi w twe pustynie.
Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;
Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie
I w twych ciosach; więc czemu puszysz się aż tak długo?
Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.
W pracy w środę zaczęłam marzyć o śmierci. Marzyć. Wtedy wszystko by się skończyło. Nareszcie. Wróciłam do domu i rozpaczliwie próbowałam napisać coś, żeby poinformować czytelników o dobryczynnym oddziaływaniu glikozydów stewiolowych. Na przemian mdliło mnie z bólu albo ściemniał mi się obraz. Zaciskałam zęby. Nie wezmę. Nie wezmę leku.
Położyłam się o 1 w nocy, bo i tak nie byłam w stanie pisać. Do piątej rano leżałam i jęczałam w poduszkę, żeby nie obudzić Magdy. Słuchałam liści na Waszyngtona. Słyszałam jak sąsiad wraca po pijaku, sąsiadka człapie po domu, bo nie może spać, jakiś kot przeciął z dzikim miauczeniem ulicę, przejechał wóz do szlifowania torów. Bolało tak, jakby piekielny ogień ścinał mi białko. Odpokutowałam atak bronią chemiczną w Syrii. Odpokutowałam zdrady i kłamstwa, okrucieństwo i podłość przynajmniej jednego pokolenia. Pięć lat życia oddałabym za sen właśnie tamtej nocy. Tak bardzo się rozdrobniłam.
Dzisiaj dowiedziałam się, że ten ból nazywa się opasającym. Tak się właśnie czułam. Jakby mnie opasał, związał, nie chciał puścić. Miofibryle, jony wapnia, troponiny - wszystko płonęło, jak południe Europy, jak tynel Gotarda. Nie mogłam leżeć, nie mogłam się ruszyć, nie mogłam oddychać. Przemęczyłam się do wpół do szóstej, z płaczem wzięłam lek. Przegrałam. Przegrałam.
Po godzinie rozlała się po mnie dobroczynna fala. Jak ręką odjął. Odjął wraz z funkcjami wątroby i fragmentem błony śluzowej. Rehabilitanci załamali ręce. Nie znają przyczyny. Ale nie powiem im, że od dawna już nie marzę o podróżach dookoła świata. Ani o ratowaniu osiedlowych kotów i zbieraniu kwiatów na Mazurach. Ani o nauce latania szybowcem.
Nie powiem im, że jedyne, czego teraz chcę, to umrzeć.
Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których - myślisz - jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie tez to ominie.
Już sen, który jest twoim obrazem jedynie,Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których - myślisz - jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie tez to ominie.
Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
Aby ciała spoczynek, ulgą duszy była
Przynętą, która łudzi, wabi w twe pustynie.
Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;
Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie
I w twych ciosach; więc czemu puszysz się aż tak długo?
Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

