Nie ma już nic.
Dzisiaj przez cały dzień żyję z tym przekonaniem.
Nie mam już na nic siły. Ledwo chodzę po mieszkaniu. Ból jest nie do zniesienia.
Nie mogę ćwiczyć, nie mogę wysiedzieć przy biurku. Kiedy piszę w pozycji półleżącej, prawie natychmiast zasypiam, a potem budzą mnie raptowne skurcze mięśni, wzmagające ból.
Nie wiem, co robić.
Telefon zaufania nie odbiera.
Zadzwoniłam do Iwony, ale spuściła mi manto.
Że ma do mnie pretensje, bo nie chcę być blisko niej. Że to moja wina, że jestem w takim stanie, bo to mój wybór.
Że jestem blisko tylko wtedy, kiedy mi to pasuje.
Że jestem egoistką, jeśli myślę o samobójstwie, bo świat mnie potrzebuje.
Jezu, jakie to głupie. Świat istniał beze mnie i istnieć będzie. Jaki to ma sens? Nie mam w nikim oparcia. Jaki ze mnie dla świata pożytek? Nie robię niczego nadzwyczajnego, a moje ciało działa coraz gorzej.
Odwiedzają mnie tylko Kamila z Maćkiem - raz na kilka dni przywożą mi jedzenie. Pyszne, ale nie mam siły jeść.
Zważmy, jaka przede mną perspektywa.
Jeśli w ogóle doczołgam się do operacji, natychmiast po niej wejdę w rzut. Nie dołączę do grona zadowolonych emerytek, które po trzech miesiącach po operacji planują balety w Ciechocinku. Rzut mnie zniszczy i rozłoży. Ból rzutu tylko pozornie jest niczym w porównaniu z przecięciem piłą kości. Ból rzutu jest sto razy gorszy. Nie mam już siły tego znosić.
Z każdym dniem jest ze mną coraz gorzej. A co, jeśli wypełnię tę pieprzoną przedoperacyjną obiegówkę, a wyniki będą wskazywały rzut? I znów przełożą mi operację? Włączą encorton? Albo inne świństwo? Podziurawią mi znowu kości jak sito? Czy ja się na to godzę? Nie. Nie godzę się. Mam prawo to zakończyć.
Dzisiaj dotarło do mnie, że mam złamane serce. Pokochałam tego człowieka. Uwierzyłam w jego obietnice. Zaufałam, że jest taki, jak mówi.
Po sylwestrowym dyżurze napisał do mnie po 11, że jedzie do domu. Gdzieś po cichu miałam nadzieję, że przyjedzie się ze mną zobaczyć i złoży mi życzenia noworoczne. Bo moje w smsie zignorował.
Poprzedniego dnia podczas dyżuru zapytałam go, czy szpital w Otwocku honoruje oświadczenie woli o niepodejmowaniu reanimacji. DNR. Chciałam wiedzieć. Bo to rozważam. Ileż można. Gdyby moje serce zdecydowało się zatrzymać - ile problemów by to w moim życiu rozwiązało. Już bym nie musiała walczyć, pałować się z niczym, męczyć się ze świadomością, że na moją chorobę nie ma lekarstwa i nie będzie. Już nikt by uporczywie nie walczył o ruchomość moich stawów. Nade wszystko - ja bym nie musiała. Koniec uporczywości. Koniec Bólu. Koniec poszukiwań. Upokorzeń. Schodów. Braku barierek. Wyzwisk od kalek. Kolejek do specjalisty. Pękniętych żył. Zapaleń błony naczyniowej. Wolność. Więc DNR jest jak wyzwolenie.
Taki to zapis korespondencji z dzisiaj.
- Wracam do domu.
- Cieszę się, mam nadzieję, że dyżur był znośny. Odpoczywaj.
- Miałem zgon.
- To straszne. To ta starsza pacjentka, której nazwiska nie mogłeś sobie przypomnieć?
- Tak, ale inna.
<i tu wchodzi już Monty Python cały na biało>
- Przykro mi. To musi być bardzo trudne przeżycie.
(Składnia sztywna jak rozmowa z Iwonką)
- Nie gorsze niż DNR bliskiej osoby.
(no, doprawdy)
- Wybacz, ale od kilku tygodni nie dajesz mi odczuć, że jestem Ci bliska. Porzuciłeś mnie. Dlatego nie widzę sensu walki o cokolwiek. Wiedziałam, że zaufanie komuś wiąże się ryzykiem. Ale nie wiedziałam, że tak szybko i skutecznie złamiesz mi serce.
- Mylisz się. Myślałem że ustaliliśmy co i jak będzie. Ale DNR... tego nie ogarnę
(well, panie śpiący królewiczu, teraz zależy, co masz na myśli w kwestii ustaleń)
- Ustaliliśmy. A potem się z tego wycofałeś. Postawiłam na Ciebie wszystko, co jeszcze w sobie ocaliłam. I wszystko wyrzuciłeś do kosza na moich oczach.
- Nic takiego nie zrobiłem, niczego nie wyrzuciłem, ustaliliśmy przed dyżurem. Ja nie rozumiem DNR i się z tym nie zgadzam.
(no kurwa, przed dyżurem przyznał, że nie spędza ze mną czasu i nie leczy infekcji. Przyznał to, ale nie odpowiedział mi na pytanie, dlaczego to robi. Nie wytrzymuję tego odbijania piłeczki, upartego słowa przeciwko słowu, dziecięcych fochów i żenady rozmowy przez sms)
- Wypierasz to, dlaczego się na to decyduję. Stchórzyłeś, nie masz nawet odwagi ze mną o tym porozmawiać i spojrzeć mi w oczy. Uciekasz w sen i chorobę. Bądź dorosłym mężczyzną, a nie skrzywdzonym chłopczykiem. Za kogoś, o kim mówi się, że się go kocha, bierze się odpowiedzialność. Wykopałeś mnie na środku pustej drogi z wycieczki, wkręciłeś mi, że będzie pięknie. A ja byłam na tyle głupia, że Ci uwierzyłam.
- Nie stchórzyłem. Nic nie rozumiesz.
- To mi wytłumacz. Dlaczego nawet nie próbujesz mnie przekonać, że jest inaczej? Dlaczego zachowujesz się tak, jakbym Ci się nagle znudziła? Jakbyś postanowił się wycofać, ale Ci głupio, bo jestem chora, więc po centymetrze odcinasz kontakt? Dlaczego mi to wszystko robisz? A może postanowiłeś wrócić do jakiejś kobiety? Ja to zrozumiem, tylko nie kręć, proszę. Twierdzisz, że jestem w błędzie, ale nie robisz nic, żeby mnie z błędu wyprowadzić. Żeby udowodnić, że jest inaczej. Tylko zaprzeczasz. Dlaczego zdecydowałeś zrobić mi krzywdę?
- Myślałem, że ustaliliśmy pewne sprawy, jakiś plan ale nie :( <pisownia oryginalna> Dojechałaś mnie tym DNR, nie wiem, jak się zachować, to jest wbrew mnie, całkowicie! Kobieta? Nie żartuj, proszę. Teraz to Ty mi robisz krzywdę, na mojej psychice lekarza. Muszę parę spraw przemyśleć.
- Postanowiłeś wycofać się w takim momencie, że nie widzę sensu o nic walczyć. Ani dla kogo. W ogóle mnie nie widzisz. Skupiasz się tylko na swojej krzywdzie. Tylko Ty jesteś najbiedniejszy i Twoja psychika lekarza. Skupiasz się tylko na czubku swojego zawodowego nosa. Związek ani relacja na tym nie polegają. Nie wspierasz mnie, zostawiłeś mnie zupełnie samą, a jak pytam Cię o plan leczenia, każesz mi dzwonić do Afgańskiej Siostry. To jak splunięcie w twarz. Myśl sobie, myśl, i prześpij resztę życia. Masz prawo zrezygnować z własnego szczęścia, ale nie rozumiem, jak mogłeś mi tyle naobiecywać, pomachać mi przed nosem wizją lepszego życia, a potem to zabrać.
<teraz najlepsze>
- Też mnie w ogóle nie widzisz, nic a nic. Dobrze, prześpię życie.
<resztki sarkazmu, które jeszcze się we mnie tlą - a może to już cynizm, Toot by orzekła - każą mi napisać, że trudno stu dwudziestu kilogramów nie widzieć; po drugie: jasne, uprasuj sobie jeszcze uszy, na złość mamie; tego już było dla mnie za wiele>
- I do tego jesteś kłamcą. Jak się kogoś kocha, to się o niego zabiega i troszczy. Niejednokrotnie udowodniłam, że mi na Tobie zależy. Ty się postanowiłeś wycofać. Dałam Ci też odczuć, że szanuję i rozumiem tryb Twojej pracy. Ale nawet na Twoim zdrowiu zależy mi bardziej niż Tobie. Rzetelny lekarz tak nie postępuje. A nim się mienisz podobno.
Tak bardzo chciałam Cię wspierać i motywować, bo widzę, jak system Cię wypala. A jaki masz w sobie potencjał. Najwyraźniej miałam o sobie zbyt wysokie mniemanie i za szybko uwierzyłam w to, że jestem dla Ciebie na tyle ważna, że pójdziemy razem. Ale postanowiłeś usiąść i rozłożyć ręce. A potem ogłosić, że jesteś ofiarą. Ja też tego nie ogarniam.
- Kłamca, zły lekarz, ofiara. Rozumiem.
<nie dodałam, że jeszcze do tego frajer>
- To udowodnij, że jest inaczej. Bo przez ostatnie tygodnie pracowałeś na taki wizerunek. Wyprowadź mnie z błędu. Jak mam Cię wyraźnie widzieć, jak nie chcesz ze mną przebywać? Jak mam Ci wierzyć w Twoje deklaracje miłości, jak wybór pomiędzy łóżkiem a mną jest dla Ciebie oczywisty? Jak mam wierzyć w Twoją rzetelność, jak rezygnujesz z leczenia i chory operujesz?
Cisza. Już na to nie odpisał. Pewnie śpi.
Potem wieczorna rozmowa z Iwonką. O tym, że jednak jestem beznadziejna. To była ostatnia rzecz, którą potrzebowałam usłyszeć.
Podobno w kryzysie nie można podejmować żadnych decyzji. Zobaczę, jak świat będzie wyglądał rano. Ale gdybym miała podejmować decyzję teraz, poprosiłabym o wypisanie z kolejki do operacji. Oszczędzę śpiącemu królewiczowi traumy, sobie strachu i Bólu, Kamili i Maćkowi jeżdżenia z jedzeniem i praniem do Otwocka. Podatnikom wydatku.
Oszczędzę sobie męki.
wtorek, 1 stycznia 2019
O roku ów
Jakiż to był dla mnie gęsty, intensywny rok. I ostatnie tygodnie naprawdę chciałabym podsumować stwierdzeniem, że był dla mnie dobry. Że los się do mnie uśmiechnął. Końcówka roku jednak udowodniła, że to uśmiech ironiczny.
Przegrałam. Z bólem, z niepełnosprawnością, ze wszystkim. Kule towarzyszą mi na co dzień. Chodzę coraz wolniej i z coraz większym trudem. Zniknęła tamta promienna dziewczyna, o której Bogna mówiła, że zaczyna wyglądać jak kobieta. Jestem coraz chudsza i bledsza. Mam galopującą anemię. Nie wyjdę z niej szybko, jeśli w ogóle, albowiem od połowy grudnia moje życie znów zaczyna przypominać medyczny rollercoaster abo zadanie z gwiazdką dla chętnych. Oczywiście brakuje studentów medycyny, którzy zdecydowaliby się owego zadania z gwiazdką podjąć.
Badania na posiew moczu wykazały obecność niebezpiecznej bakterii, która natychmiast po operacji i dostaniu sie do kości spowodowałaby sepsę. Leczy się ją inwazyjnym antybiotykiem, a że ta cholera żywi się żelazem, należy jej pożywienie odciąć. Czyli przy moich żałosnych wynikach hemoglobiny jeszcze pozbawić mnie żelaza. Łupnąć w hematokryt. Żeby zniszczyć bakterię i zniwelować zagrożenie zakażenia i późniejszego zropienia protezy. Ale to jeszcze nic. Zakażenie objawiło się w momencie, kiedy byłam leczona drugim antybiotykiem, stosowanym po ekstrakcji zęba, czyli klindamycyną. Ekstrakcja pierwszej ósemki to była bajka. Drugiej okazała się gehenną. Zmęczony i upocony przystojny chirurg szczękowy na pocieszenie po półtoragodinnym grzebaniu mi w paszczy i rozerwaniu kącika ust przyznał, że tak dzielnej pacjentki jeszcze nie widział. Co mi po takiej pochwale, jak jeszcze tego samego dnia puchłam jak balon, a obrzęk utrzymywał się ponad tydzień. Rozumiecie to? Gęba jak kafel, gigantyczny siniak na podbródku, bladość rodem z horrorów i dwie krwistoczerwone kule wchodzące do Biedronki o siódmej rano, żeby mnie nikt nie widział. Sarajewo.
Kiedy w rozpaczy poszukiwałam na stoisku z jedzeniem dla dzieci przecierów warzywnych (przez ponad tydzień nic nie mogłam jeść; ledwo otwierałam usta, żeby wsunąć tam szczoteczkę albo kawałek lodu), jedna pani podeszła do mnie, złapała mnie za rękaw i zapytała, czy wiem o tym, że ofiary przemocy mogą szukać pomocy w różnych instytucjach. Faktycznie wyglądałam, jakby mnie ktoś pobił. Na początku mnie to rozbawiło, a potem aż mi się zachciało płakać.
Opuchnięta i obolała pojechałam na święta na Śląsk. To i tak wielkie błogosławieństwo, bo spędzenie samotnie świąt z moją matką i bycie po raz kolejny obrzygiwaną jej traumami to najgorsze z możliwych wyjść. Na szczęście udało się uniknąć pomysłu mamy na spędznie wspólnie świąt w jakimś apartamencie w Uniejowie. Tego by nawet Kropka nie zniosła. Znalazłam patent na prowadzenie samochodu. Podkładam pod pupę stos piernatów, żeby jak najmniej zginać biodro. Metodą prób i błędów samodzielnie ustaliłam sobie dawkę uderzeniową leków przeciwbólowych, które powodują u mnie likwidację trzaskającego bólu bez wycinania świadomości. Siebie mogę na drodze zabić, ale nie mogę zabić kogoś.
Pogoda była fatalna, ale na szczęście nie było mrozu. Prowadziłam dzielnie, znosiłam matki utyskiwania na świat i życie i to, że przez całą drogę ani razu nie zamknęła gęby. Mówi nieustannie, mam wrażenie, że nawet przez sen. Rodzina trochę się z tego na początku z czułością śmiałą, dopóki nie okazało się, że jej nieustannie zagadywanie świata powoduje paraliż w domu. Starałam się za wszelką cenę unikać jakichkolwiek konfliktów, więc, mimo straszliwego bólu nogi, starałam się działać jak człowiek zdrowy. Czyli siedem razy wolniej, ale ciągle do przodu. W kuchni podczas przygotowywania wigilii mama dociskała mi bardziej albo mniej. Rodzina na Śląsku to ludzie o prostych i jasnych zasadach. Z ciekawością przysłuchiwałam się, jak moja ciocia opowiada o swoich dorosłych synach. Jak o odrębnych jednostkach. Bez oceniania ich postępowania. Z dumą. Że to robotne chłopaki, budowlańcy, ale rodzinie oddani, swoim dziewczynom i etyce pracy. Moja mama miała o mnie do powiedzenia tylko garść złośliwości i porównań do zachowań dziecka z przedszkola. Zagryzałam zęby, w czym pomagał mi dodatkowo nieustanny szczękościsk i obecne jeszcze podczas świąt szwy na policzku. W pewnym momencie miarka się przebrała i śląska ciocia nie wytrzymała:
- Dziołcha, co ty od dzieciaka chcesz? Pół do szóstej ze mną wstała, do kur poszła, psy oporządziła, swojego psa wyprowadziła, sześć godzin hekluje sałatkę. A chodzi z ledwością. Czego ty się dzieciaka czepiasz?
Ciocia nie dodała, że w przeciwieństwie do mnie moja mama do południa snuła się po domu z papierosem w piżamie, nieustannie klakając o pierdołach i przeszkadzając reszcie domowników w wykonywaniu swoich obowiązków.
Zamarłam, kiedy to usłyszałam. Wiedziałam, co mama powie w drodze powrotnej. I powiedziała: "nigdy więcej już tam nie pojedziemy. Są nam nieprzychylni i to wrogowie". Ostatni, którzy jeszcze są w stanie moją mamę znosić, nie komentują tego, że miesiącami się nie odzywa, są wobec nas czuli i wyrozumiali, a w ich domu miłość jest wszechobecna.
Oczywiście. Moja mama łapie traumę jak grypę, czyli jak większość mężczyzn, do których zachowania zgłosi się jakiekolwiek zastrzeżenia. Jak tak dalej pójdzie, nie będziemy się miały do kogo odezwać, bo wszystkich mama uzna za wrogów. W sumie już uznała.
Przed świętami podjęłam trudną decyzję o rezygnacji z remontu. Zbierałam na ten remont pieniądze od miesięcy. Tak chciałam ze szpitala wrócić do czystej, ładnej, funkcjonalnej łazienki, w której na każdym kroku nie będzie mi towarzyszyło ryzyko przewrócenia się i zwichnięcia endoprotezy. Ale ból okazał się tak porażająco wielki, że jak pomyślałam jeszcze, że czeka mnie przeprowadzka na miesiąc (do Ani na Gocław, bo do Niedźwiedzia nie ma mowy), stres związany z załatwianiem wszystkiego, bólem, łażeniem do pracy, żeby tylko mi po kasie nie pojechali, doprowadzi mnie do rzutu stulecia, który spowoduje jeszcze odwleczenie terminu operacji. A ja już nie mam siły. Zaczęłam ścierać okostną. Ból jest nieprawdopodobny.
Na tydzień przed świętami w sobotę zadzwoniła moja matka chrzestna. Czort ją nasłał, bo od dwóch lat była uprzejma się nie odzywać, tylko okazjonalnie przy jakichś świątecznych życzeniach. Aż tu nagle, kiedy stałam pod Ikeą na Targówku, zadzwoniła i oznajmiła:
- Zawsze byłaś głupia, ale to, że nie masz zamiaru powiedzieć swojej mamie o operacji, to już szczyt wszystkiego. Moja córka też mi o swojej operacji kiedyś nie powiedziała i został mi tylko po tym okropny żal. Więc powinnaś swojej mamie powiedzieć.
Zamiast wygarnąć jej, że jest starą, głupią i podłą czarownicą i że nie ma prawa wypowiadać się na temat mojego życia, znów zamieniłam się w przerażoną, nieasertywną dziewczynkę, nad którą góruje klątwa złej wróżki. I powiedziałam tylko, że to nie czas i miejsce, żeby o tym rozmawiać. Na co moja chrzestna odpowiedziała:
- Ja nie mam potrzeby z tobą więcej o tym rozmawiać. Powiedziałam już, co miałam do powiedzenia. A ty zawsze byłaś głupia, więc teraz i tak głupio zrobisz. Najważniejsze, że mi ulżyło.
Następnego dnia moja mama zadzwoniła do mnie i (zupełnie jakby była z chrzestną w zmowie) postanowiła wypowiedzieć się na temat idei wstawienia pralki do szafy, co mi zasugerował Jerzy, który ma remont przeprowadzać.
Znów usłyszałam, że jestem skończoną idiotką, na niczym się nie znam, a miejsce pralki powinno być wobec tego w kuchni, jeżeli w łązience nie jestem jej w stanie mądrze zainstalować. Nakazała mi mierzyć szafki w kuchni i robić zdjęcia. Faktycznie muszę być głupia, bo sfotografowałam wszystko i udowodniłam jej, że przeniesienie pralki do kuchni musiałoby wiązać się z jej całkowitym zniszczeniem, albowiem trzeba byłoby zrywać blaty, bo pralka się pod nimi nie zmieści, a bezmiar bezmózgowia poprzedniego właściwiela sprawił, że korzystam aktualnie z najbardziej niefunkcjonalnej kuchni na świecie i za przeżycie z tą kuchnią pięciu lat co najmniej pomnik na Freta mi się należy. Mama dalej swoje. I widzę, z jaką satysfakcją po mnie jeździ, bo czuje, że może. Bo ból sprawia, że nie mam siły się bronić, że nie mam siły argumentować, że nie mam możliwości odciąć się i powiedzieć: "zjeżdżaj i odwal się ode mnie, bo ciężko zapracowałam na remont swojej łazienki i jeśli będzie mi się to podobało, wstawię sobie pralkę do sypialni i tobie nic do tego". Czułam, jak się nakręca. Jak bardzo dostała paliwa. Jak uskutecznia swoją bierną agresję. I stwierdziłam, że skoro nie mam siły jej przyłożyć, muszę sprawić, żeby upuściła swoją broń. Powiedziałam więc bardzo delikatnie i rzeczowo:
- Mamo, muszę ci o czymś powiedzieć. Chciałam to zachować dla siebie, bo nie oczekuję od ciebie niczego, poza tym powiedziałaś, że nie chcesz słyszeć o moich problemach, bo twoje nadciśnienie tego nie znosi. Jestem przygotowywana do pilnej operacji biodra. Dlatego zależy mi na remoncie szybkim i jak najmniej skomplikowanym. Operowana powinnam być już, dlatego nie mogę sobie pozwolić na rozwalenie dodatkowo kuchni. Zrobię więc tak, jak zasugerował mi specjalista od remontów, który takich rozwiązań widział i zrealizował tysiące.
Czułam, jak po wypowiedzeniu tych słów schodzi ze mnie ciśnienie. I uszami wyobraźni usłyszałam znów poprzez pryzmat moich dziecięcych oczekiwań: "córeczko, pieprzyć pralki i remonty. To straszne, że musisz być operowana. Przestań o remoncie myśleć. Powiedz, jak mogę ci pomóc?"
Ale nic z tego. Z ciągle niezmiennym zdumieniem słuchałam po mojej wypowiedzi, jak dalej kurwi na mnie w sprawie pralki. Nie powiedziała ani słowa o operacji. Ani słowa. Tylko dalej argumentowała, jaka to jestem głupia, po czym, jak siostra bliźniaczka mojej matki chrzestnej, wydała wyrok w imieniu Rzeczypospolitej:
- Zawsze byłaś głupia i teraz też taka jesteś, więc zrobisz, jak uważasz, czyli źle. W związku z tym możesz uznać rozmowę za niebyłą.
Cały tydzień przed świętami milczała, czyli znów karała mnie ciszą, co jest jedną z wyrafinowanych form przemocy. Zadzwoniłam w czwartek po ekstrakcji zęba, kiedy już jako tako gębę mogłam otworzyć, żeby cokolwiek zaplanować w sprawie mojego przyjazdu. Moja mama rozmawiała ze mną jak gdyby nigdy nic i jeszcze dodatkowo nakazała mi zająć się zakupem prezentów dla całej familii. Podczas gdy z Biedry ledwo przynosiłam sobie lody sorbetowe na opuchnięte dziąsła. Owszem, poradziłam sobie, bo choroba nauczyła mnie robić coś z niczego, ale fakty faktami pozostaną. Nakazała mi i już. "Pani Kasiu, pani mama pani nie widzi, bo gdyby panią zobaczyła, jaka pani jest naprawdę, nie przeżyłaby tego. Nie byłaby w stanie dźwignąć świadomości, że przez te wszystkie lata mściła się na niewłaściwej osobie."
Cieszyłam się z pobytu na Śląsku. Z obserwacji zupełnie innego życia. Zapachu kurnika o szóstej rano. Radosnych przygotowań do wieczerzy, które w naszym domu umierały razem z odchodzeniem Babci. Smaku bezkonkurencyjnego sernika cioci. Opowieści mojego chrzestnego o królestwie zwierząt i obyczajach ryb. Że lin ma mięso zwarte, a pstrąg najdelikatniejsze na świecie. Że mięsa lisa się nie jada, bo to drapieżnik. Że jemioła nie mogłaby zawisnąć na drzewie, gdyby nie błogosławieństwo ptasich odchodów. Że o sarnach mówi się, że "świecami oczy", bo u myśliwych wszystko odwrotnie i kodeks inny. Nie: "świeci oczami". Czyli "oczy świecami". Jakie to piękne.
Z trudem żułam szynkę z dzika, bo ciągle nie mogłam gryźć, ale po tradycyjnie przygotowanym i niefaszerowanym mięsie naturalnie żyjącego zwierza moje stawy były uprzejme nie pokazywać mi w święta faka. A ciocia co chwilę przytulała mnie i głaskała po głowie, kiedy mieszałam w wiadrze sałatkę dla całej rodziny.
Wczoraj rozmawiałam z Natalią. Nie dość, że teraz jest mamą na półtora etatu, to jeszcze o mnie pamięta. Bo zanikam. Nie mam mnie już na Facebooku, nie mam siły odpisywać na mejle, czytam z trudem, bo znękany Hipokamp nie pozwala mi się skupić. Siedzieć przy biurku nie mogę, bo zgięcie biodra w kącie prostym sprawia, że z bólu rozmywa mi się obraz.
Zojka rośnie jak na drożdżach, ale za to jej płuca mają moc czterech elektrowni atomowych. Przez pierwsze tygodnie po urodzeniu miała chyba kolkę, bo nie pomagały ani domowe i podobno sprawdzone metody radzenia sobie z niemowlęcym bólem istnienia. Natalia pielęgnowała małą w słuchawkach wygłuszających, a bezradność wobec dziecięcego krzyku pogłębiała w niej poczucie zagubienia. Boże, poczułam się taka durna, że jeszcze w bezmiarze swojej indolencji byłam na tyle bezczelna, żeby cokolwiek Nat radzić. Ale dwa dni temu Zojka na szczęście najwyraźniej weszła w kolejną fazę skoku rozwojowego i przy jego czwartej odsłonie mam nadzieję, że Dziecię przeredaguje encyklopedię Britanniki. Nat mówi o macierzyństwie jako skomplikowanym i bolesnym procesie dochodzenia do siebie, scalania w sobie nowych zjawisk fizyczno-psychicznych, prób odczytywania potrzeb nowego człowieka, który przecież jest ciałem z jej ciała, a jednak odrębnym bytem. Ile w Natalii siły i samozaparcia, ile wytrwałości i odporności. Nawet wobec tych wszystkich cudownych rad, które jej wszyscy naokoło niosą. Przy Natalii heroizmie wczoraj mój Ból na kilka godzin szczęśliwie zbladł i zmarniał. Dobrze mu tak. Przegrasz z życiem, biedna Śmierci.
Zojka jest jednym z najpiękniejszych dzieci, jakie na świecie nastały. Mam mnóstwo szczęścia jako wiecznie nieobecna i niepełnosprawna ciotka, bo i Kostek jest coraz ładniejszy, i Henry coraz bardziej uroczy, teraz Zoja zapowiada się na piękność. Więc chociaż na zdjęcia ich popatrzę. Nazywam je Zdjęciami Mocy. Tak bym Zojkę chciała potrzymać na rękach. Tak bym chciała poczuć zapach jej skóry. Tylko dzieci tak pachną: mlekiem, ciepłem, bezpieczeństwem, opieką. Niech no tylko z tego dołu wyjdę, pojadę Zojce pośpiewać. A dziś Nat ma urodziny. W sylwestra muszą rodzić się Iskry tego, co nowe, świeże, odważne i przełomowe.
Ach, Niedźwiedź. To jest temat, który chyba niespecjalnie wymaga jakiegokolwiek komentarza.
Cóż, całość słomianego zapału wypaliła się jeszcze szybciej niż wybuchła. Ale to dobrze. Wolę tak. Wolę wcześniej rozstać się ze złudzeniami i nie karmić się nimi niepotrzebnie. Czy nie tego uczy mnie Bogna? Że dorosłość oznacza odwagę skonfrontowania się z rzeczywistością? No właśnie. Od bólu gorszy jest tylko strach przed nim.
Praktycznie się z nim nie widuję. Od października ma jakąś podejrzaną infekcję. Nie może z niej wyjść. Po egzaminie miał taki kaszel, że nawet moje ucho laika wskazywało, że powinien wziąć antybiotyk. Infekcja mu nawraca i nawraca. Ale potem zaczęłam się mu przyglądać bardziej holistycznie. Bo jeśli wszystkie weekendy spędza w łóżku, żywiąc się raz na dwadzieścia pięć godzin pizzą albo kanapkami, to wiadomo, że w ten sposób ani nie zbuduje się odporności, ani nie uniknie się chorób cywilizacyjnych. Rozumiem również jego wypalenie zawodowe, bo sama przejawiam takie objawy. Niemniej robię wszystko, żeby żyć choć w weekendy, żeby nie stoczyć się po równi pochyłej i nie stać się zgnuśniałą nudziarą w przepoconym podkoszulku w dusznej pościeli, gapiącą się w idiotyczne sitcomy powodujące raka mózgu.
Obiecał mi pomóc w zakupach w ten weekend, wiedząc, że jestem coraz słabsza, jest ze mną coraz gorzej, choć nie zwykłam o nic się prosić. Zadeklarował jednak pomoc, więc się zgodziłam. Kiedy zadzwoniłam do niego w piątek o 20 i nie odebrał, już wiedziałam, że śpi i że nici z pomocy. Wstałam więc przed 6, bo Ból nie pozwala mi spać, a po co mam leżeć i jęczeć, powolutku zaczęlam się rozkręcać. Wstawiłam pranie, posprzątałam, podczas porannych czynności ból powoli blednie razem z rozpoczynającym się działaniem leku przeciwbólowego. Po 7 mogłam już wyjść na zakupy. Więc idę. Uprawiam moje idzenie i szłość. Rano Kępa jeszcze śpi, szczególnie w okresie świątecznym, więc idę pomału do pustej Biedronki, wybieram warzywa i owoce, tę miękkie, te, z których da się zrobić smoothie, przymierzam się do pieczywa, wącham nowe płyny do płukania, bo ludzi jeszcze mało. Pakuję wszystko do plecaka, bo trudno nosi się torbę o kulach, mimo że na zakupy staram się brać tylko jedną.
Potem apteka. Pani magister mi doradza, ze Śląska wróciłam przeziębiona, więc poleca wszystkie suplememty diety oparte na naturalnych składnikach. Kupuję herbatkę na ból gardła, Corsodyl na znękane dziąsła i niezawodny Septosan. W Rossmanie trafiam na promocję bielizny, która ma szansę sprawdzić się po operacji, kiedy od leżenia bez majtek ze świeżą raną gorsze jest tylko leżenie w niewygodnych do zdejmowania majtkach. I tak się robi godzina 10. Dzwoni książkę Niedźwiedź:
- Co tam? - mówi zaspanym głosem.
Jezu, jak ja nienawidzę tego pytania. Co się na nie odpowiada? Mam przekazać informacje o wilgotności powietrza? Temperaturze? Stanie wody na Wiśle? Liczbie katastrof drogowych w Polsce?
Ale odpowiadam, żeby nie być swoją własną matką:
- Wracam z zakupów. Jak się czujesz? (albowiem poprzedniego dnia znów uskarżał się na ból gardła)
- Przecież ja ci miałem zrobić zakupy.
- Tak, wiem, ale wczoraj już nie odbierałeś, a ja jestem głodna o 7, a nie o 11. Teraz będę jadła drugie śniadanie.
- A ja nawet nie wiem, co jesz na drugie śniadanie.
- To nie dziwne - prawie nic o mnie nie wiesz, skąd masz wiedzieć, co jadam na drugie śniadanie, jeśli prawie nie spędzasz ze mną czasu?
- To kupię ci mleko.
- Wiesz przecież, że go nie piję, bo powoduje podniesienie wskaźników zapalnych. Nawet podczas wizyty w gabinecie ci o tym powiedziałam.
- To kupię ci zgrzewkę wody.
- NIe, dziękuję, nie piję wody butelkowanej, bo staram się ograniczyć ilość zużywanego plastiku, w tym celu używam dzbanka filtrującego wodę.
- To czego potrzebujesz?
- Niczego, wszystko sama kupiłam. Masz ochotę przyjechać? Zapraszam cię na śniadanie.
- Nie, zimno mi i chyba mam gorączkę.
- Przykro mi, że źle się czujesz. Potrzebujesz czegoś? Przywieźć ci jedzenie? Leki?
- Nie, mam. Podłączyłaś wieżę?
(zapomniałam powiedzieć, że pod choinkę dostałam od Artura mikrowieżę. Do tej pory nawet jej nie rozpakowałam)
- Nie, nie podłączyłam, czekałam na ciebie, żebyśmy mogli posłuchać czegoś na niej razem.
- A już wiesz, gdzie będzie stała?
- Jeszcze nie zdecydowałam.
- To jak zdecydujesz, to zadzwoń.
Nie zdecydowałam. Zadzwoniłam w porze obiadowej. Nie odebrał. Oddzwonił po 17 z informacją, że spał. W niedzielę było to samo. Przez cały dzień spał. Mówił, że mu zimno. Że ma dreszcze. Że chyba wraca mu przeziębienie. Po raz czwarty od października. Raz na kilka godzin przysyła tylko sms z pytaniem: "jak tam?". Ale mój niezawodny głos wewnętrzny mówi mi, że na odpowiedź wcale nie czeka. Działa pro forma, a wszystko widzi jak w zwierciadle, niejasno.
Dziś rano, w sylwestra, zaczynał dyżur. Zadzwoniłam po 6 rano, żeby go obudzić. Sama nie spałam do 4 z powodu bólu przeokropnego. Zaspany powiedział: "zadzwoń o 7, bo jeszcze dosypiam". Ale po telefonie do niego sama przysnęłam. Nic na to nie poradzę. Obudził mnie sms o 7:41: "umawiasz się i nie dzwonisz. Szef mnie zabije, bo spóźniłem się na odprawę".
No tak, to ja jestem winna. Aż się uśmiecham na wspomnienie tego poranka. Jakie to żałośnie dziecinne i niedorzeczne.
Wczoraj wieczorem nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego, mówiąc, że wiele rzeczy mogę w życiu znieść, ale nienawidzę hipokryzji. Że nie musi czuć się zobowiązany ze mną być tylko dlatego, że jestem chora. Że jeśli to dla niego za trudne, to daję mu wolność. Zrozumiem jego obawy, tylko niech nie udaje. Ale miłość dla mnie nie oznacza wiszenia na telefonie i wysyłania sobie smsów o treści "jak tam?" albo "ehhh". Że jak się kogoś kocha, to chce się z nim być. Choć od czasu do czasu, bo bycie z kimś przez całą dobę też uważam za aberrację.
Odpowiedział, że po nim jadę i na niego wsiadam. I że wrzeszczę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio podniosłam na kogoś głos.
Powiedziałam też, że nie oczekiwałam od niego pomocy. Sam ją zadeklarował. Prosiłam, żeby mi podpowiedział, czy wykańczać się teraz terapią ciprofklokacyną, a potem włączyć kolejny raz klindamycynę na okoliczność ostatniej ekstrakcji zęba, czy w ogóle zorganizować coś innego. Odpowiedział: "a skąd ja mogę wiedzieć? Jestem tylko ortopedą. Zadzwoń do Afgańskiej Siostry, ona na pewno wie".
Gdzie się podział ten zabiegający o mnie, silny jak tur facet, który sprawiał wrażenie dojrzałego i zaangażowanego? Czujnego i uważnego? Zesłanego z nieba przez Babunię, żeby odmienić mój los? A może ktoś go podmienił? Ukradł? Zaczarował? Nie takiego Niedźwiedzia w gawrze znalazłam. To jakiś jego wrogi i daleki kuzyn. Niespecjalnie chcę go znać. On też nie przejawia chęci poznania mnie. Kto wie, co będzie z moją operacją. Czy w ogóle się odbędzie? A jeśli tak, kto się jej podejmie? Kto mnie zoperuje? I co mnie jeszcze na tę okoliczność czeka?
Chciałabym napisać, że w nowy rok wchodzę z nadzieją. Ale trudno mi ją teraz zdefiniować. Bo jeśli operacja biodra niewiele zmieni, wszystko nie ma sensu. Chcę podpisać przed zabiegiem oświadczenie woli i niereanimowaniu, jeśli dojdzie do zatrzymania akcji serca. Naprawdę nie mam już siły. Jeśli po operacji wejdę w rzut, a jest to więcej niż prawdopodobne i możliwe, że już w nim jestem, bo OB wysokie, a i CRP do dupy, cała mecyja zacznie się od początku. Ile można zaczynać od nowa? Przemawiają do mnie wszystkie logiczne wywody autorów esejów o samostanowieniu i odbieraniu sobie życia. To, że je sobie odbieramy, nie oznacza, że go nie kochamy. Odbieramy je sobie, bo ono i bez nas sobie poradzi. A tak łatwo i niepostrzeżenie przejść od miłości do nienawiści.
Czy sobie czegoś na ten rok życzę? Chyba już nie mam odwagi i siły planować i marzyć. Roku intensywny, roku gęsty i trudny, tyle mi dałeś, toną wrażeń obsypałeś, doświadczeń skrajnych, choć dobrych. Czemu końcówka roku to jak uderzenie mokrego bata w oparzoną skórę?
Babcia na Nowy Rok piekła zawsze szynkę. Była taka soczysta i pachnąca. I mówiła, że jak nie wiem, co zrobić, to najlepiej zrobić zupę. Od tygodnia jem rosół na kogucie ze Śląska.
Babunia mówiła, że jak jest nam źle, to trzeba śpiewać.
Dzisiaj próbowałam.
Głos mi uwiązł w gardle.
czwartek, 13 grudnia 2018
Co mi, Losie, chcesz powiedzieć?
Głupia jestem, jeśli myślałam, że rekordy skali bólu znosiłam w ubiegłym roku podczas rzutu w szpitalu. Zaprawdę, powiadam Wam, kiedy kość jest już tak zniszczona, że ścieram okostną, a ściana panewki pęka od nacisku wzdłuż, Ból jest jak ocean.
Dzisiejszy poranek należałoby zaliczyć do jednego z najbardziej przerażających i porażających w mojej historii. Miałam udać się na badania krwi i moczu - bo obiegówka do operacji. Nasikałam do pudełka pod prysznicem, ale nie wiedziałam, że napięcie mięśni ud, jednoczesne ich odwiedzenie i trwanie na ugiętych kolanach przed 20 sekund będzie dyscypliną olimpijską. Kolejną dyscypliną olimpijską jest umycie stóp. Użyłam w tym celu szczotki do pleców, którą na nowe mieszkanie dostałam od Babuni i śmiałam się, że do taki Biskupin w Warszawie. Odechciało mi się śmiać, jak się okazało, że nawet jak stanę na zdrowej nodze, lewej nogi nie jestem w stanie zgiąć inaczej niż w kolanie, stojąc na wprost. Chwała Babci za tę szczotkę.
Za to skarpetki lewej już nie włożyłam. Umarł tym samym mój numer popisowy, kiedy w celu założenia skarpetki na lewą nogę siadałam na łóżku, podwijałam lewą stopę pod prawe kolano i ściskając stopę lewą pomiędzy udem a łydką nogi prawej, regulowałam jej wysokość. Prawą ręką w tym czasie nakładałam na stopę skarpetę. Robię tak od lat, ale jak ktoś to zobaczy po raz pierwszy, ma oczy jak talary. Sorry, dzisiaj nawet tego nie byłam w stanie zrobić.
Kupiłam nowy lek przeciwbólowy, Trosicam, który rozpuszcza się w ustach i popija 240 ml wody. Ale lek działa dopiero po godzinie. A tu pojemnik z moczem trzeba zawieźć na Marokańską (pożegnałam się z ideą jazdy na Koszykową, bo jazda przez Śródmieście w godzinach szczytu to samobójstwo). Kiedy wsiadłam rano do Pandy, byłam mokra z bólu i wysiłku, choć na zewnątrz minus 2 i pada delikatny śnieg. Ale jazda zaczęła się, kiedy musiałam zgiąć nogę do sprzęgła. Przy każdym ruchu wrzeszczałam. Uznałam, że skoro to najbardziej atawistyczna forma wyrażania emocji i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości świata (vide: niemowlęta), i ja mogę. Pomyślałam o Zojce, która też w ten sposób komunikuje, że nie zamawiała kształtowania się jelit tak bolesnego i raptownego. Musiałam drzeć się nieźle, bo na światłach ludzie patrzyli na mnie przez okna. Taki mam zasięg.
W przychodni wzbudziłam sensację. Sami emeryci. Przepuszczają mnie tylko po to, żeby potem próbować na schodach wyprzedzić i przy tym popchnąć (winda nie działała, oczywiście). I te skanujące spojrzenia - część z nich litościwa, część przerażona, część, najbardziej przeze mnie akceptowalna, obojętna. Zerkną i elegancko odwracają wzrok.
Mimo że nie uzyskałam zgody na pracę zdalną, sama sobie jej udzieliłam. Pomalutku poruszam się po mieszkaniu, żeby porządkować różne rzeczy. Jestem załamana, bo co roku wysyłałąm Ani na Wyspy dziesięciokilową paczkę pełną wszelakcih dóbr, które udało mi się zgromadzić: książek, płyt, gazet, słodyczy, dzierganych szalików. W tym roku paczka jest żałośnie mała. A i tak boję się, jakim cudem doniosę ją na pocztę.
Pakuję obrazy od Wojtka, żeby podczas remontu się nie zakurzyły. Pakuję najcenniejsze książki i albumy. Wszystko idzie mi w tempie żółwim. Wiem, że i to odchoruje. Każdy krok.
Ale to jeszcze nic. To wszystko nic. Teraz będzie najlepsze. Wymyśliłam, że wezmę plecak i zejdę do piwnicy, żeby przynieść sobie w nim cieplejsze kozaki. Plecak jest must have osób poruszających się o dwóch kulach (teraz już muszę, Ból mi na jedną kulę nie pozwala). Słyszę, że z góry człapie dziadunio. Jest taki sąsiad, który mieszka piętro wyżej. Nie dosłyszy, ma etapy skrajnie dementywne (kiedyś przyszedł do mnie z zegarkiem i pyta, czy godzina 1 oznacza noc, czy dzień i czy można już obiad; albo pokazuje mi kulki Chocapic i pyta, czy to dla kota, czy dla człowieka). Jego brat mieszka z żoną pode mną. To bardzo dziwne małżeństwo pewnie po 70. Pani jest zadbana i elegancka, ma siostrę całkiem sprawną (zresztą, okazuje się, że nawet siostra mojej Babci lat 98 zakłada skarpetki sama. I chodzi lepiej ode mnie. To o czym my mówimy). Do szału za to doprowadza mnie jej mąż. Kiedyś jechałam windą z Krysią, a pan był uprzejmy zauważyć, że "młoda dziewczyna, blondynka, nie powinna mieć czarnego psa; ja na to, że może mu się będzie nie podobać, jak będę miała chłopaka Murzyna; a jak Krysia dorzuciła: "a może Żyd?", pan sąsiad w okularach jak denka od węgrzyna dostał szału, wrzeszcząc na cała windę, że "Żydy to nie ludzie". Po kilku dniach, kiedy zagadał do mnie w windzie, odwarknęłam: "z antysemitami nie rozmawiam". I nie żałuję. I ten Dziadunio dementywny i samotny jak palec z piętra wyżej to brat tej glisty ludzkiej, która nosi błękitne piankowe klapki damskie i wciska je na skarpety frotte w kolorze spranej i zmechaconej szarości. No dobra, zarzyganej szarości. Brat się nim nie zajmuje. Nieraz słyszałam, jak dobija się do brata, a ten nie otwiera mu drzwi.
Dziadunio miał już wiele odsłon dziwacznych, ale niezmiennie mnie roztkliwia. Dzisiaj jednak przeszedł samego siebie.
Człapię do windy, ma plecach mam pusty plecak, w ręku niosę torbę foliową z kilkunastoma wydaniami gazety, dla której pracuję od 7 lat. Wynoszę je do piwnicy, żeby robić miejsce na książki. Idę o jednej kuli, bo jak z dwoma nieść ciężką siatkę. Nagle słyszę wołanie za mną: "halo, proszę pani, pomocy!".
Odwracam się i zamieram.
Dziadunio pędzi po schodach z szóstego piętra, ma na sobie tylko spodnie na szelkach. W ręce jak oręż dzierży otwartą butelkę Amolu.
Podbiega do mnie z gołą klatą i pokazuje, gdzie go na plecach posmarować. Jestem w kurtce, bo przy wejściu do piwnicy zawiewa. Waham się tylko chwilę. Odkładam kulę i smaruję mu obolały bok. Wystaje mu żebro, jakby było złamane. Może się przewrócił? A może to napięcia mięśniowe od przeciążeń kręgosłupa? Starcze nerwobóle? Smaruję jego cienką jak papier skórę Amolem wylanym na rękę. Dziadunio syczy z bólu i woła Matkę Boską, ale ta nie nadchodzi. Ściągnął szelki, więc spodnie opadły do ziemi, pokazując zwiotczałą skórę na udach i łydkach. Nie słyszy, jak pytam, czy się przewrócił. A w zasadzie: drę się z pytaniem. Pojękuje tylko, że dobrze go smaruję. Wrzeszczę jeszcze głośniej, że skończyłam i że niech leci na górę się ubrać, bo płuca przeziębi.
Dziadunio sprawdza pod światło, czy Amol jeszcze został, czy nie wypaprałam całego.
Po czym chwyta mnie za rękę i w nią całuje. Mówię, że to niepotrzebne i schylam głowę, żeby pokryć łzy złości, że tak wygląda ludzka starcza samotność. Tak jest z godności odarta, tak pełna bólu i upokorzenia. Chwytam kulę i siatkę z moim dorobkiem zawodowym, którego nikt nie czyta, a naczelny twierdzi, że nazbyt literackiego stylu nie godzi się używać w opowieściach o biznesie.
Kiedy wchodzę do windy, Dziadunio pomyka jeszcze po schodach, widzę jego pochylone plecy, na których odciskają się szelki.
Rękaw śmierdzi mi Amolem.
Dzisiejszy poranek należałoby zaliczyć do jednego z najbardziej przerażających i porażających w mojej historii. Miałam udać się na badania krwi i moczu - bo obiegówka do operacji. Nasikałam do pudełka pod prysznicem, ale nie wiedziałam, że napięcie mięśni ud, jednoczesne ich odwiedzenie i trwanie na ugiętych kolanach przed 20 sekund będzie dyscypliną olimpijską. Kolejną dyscypliną olimpijską jest umycie stóp. Użyłam w tym celu szczotki do pleców, którą na nowe mieszkanie dostałam od Babuni i śmiałam się, że do taki Biskupin w Warszawie. Odechciało mi się śmiać, jak się okazało, że nawet jak stanę na zdrowej nodze, lewej nogi nie jestem w stanie zgiąć inaczej niż w kolanie, stojąc na wprost. Chwała Babci za tę szczotkę.
Za to skarpetki lewej już nie włożyłam. Umarł tym samym mój numer popisowy, kiedy w celu założenia skarpetki na lewą nogę siadałam na łóżku, podwijałam lewą stopę pod prawe kolano i ściskając stopę lewą pomiędzy udem a łydką nogi prawej, regulowałam jej wysokość. Prawą ręką w tym czasie nakładałam na stopę skarpetę. Robię tak od lat, ale jak ktoś to zobaczy po raz pierwszy, ma oczy jak talary. Sorry, dzisiaj nawet tego nie byłam w stanie zrobić.
Kupiłam nowy lek przeciwbólowy, Trosicam, który rozpuszcza się w ustach i popija 240 ml wody. Ale lek działa dopiero po godzinie. A tu pojemnik z moczem trzeba zawieźć na Marokańską (pożegnałam się z ideą jazdy na Koszykową, bo jazda przez Śródmieście w godzinach szczytu to samobójstwo). Kiedy wsiadłam rano do Pandy, byłam mokra z bólu i wysiłku, choć na zewnątrz minus 2 i pada delikatny śnieg. Ale jazda zaczęła się, kiedy musiałam zgiąć nogę do sprzęgła. Przy każdym ruchu wrzeszczałam. Uznałam, że skoro to najbardziej atawistyczna forma wyrażania emocji i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości świata (vide: niemowlęta), i ja mogę. Pomyślałam o Zojce, która też w ten sposób komunikuje, że nie zamawiała kształtowania się jelit tak bolesnego i raptownego. Musiałam drzeć się nieźle, bo na światłach ludzie patrzyli na mnie przez okna. Taki mam zasięg.
W przychodni wzbudziłam sensację. Sami emeryci. Przepuszczają mnie tylko po to, żeby potem próbować na schodach wyprzedzić i przy tym popchnąć (winda nie działała, oczywiście). I te skanujące spojrzenia - część z nich litościwa, część przerażona, część, najbardziej przeze mnie akceptowalna, obojętna. Zerkną i elegancko odwracają wzrok.
Mimo że nie uzyskałam zgody na pracę zdalną, sama sobie jej udzieliłam. Pomalutku poruszam się po mieszkaniu, żeby porządkować różne rzeczy. Jestem załamana, bo co roku wysyłałąm Ani na Wyspy dziesięciokilową paczkę pełną wszelakcih dóbr, które udało mi się zgromadzić: książek, płyt, gazet, słodyczy, dzierganych szalików. W tym roku paczka jest żałośnie mała. A i tak boję się, jakim cudem doniosę ją na pocztę.
Pakuję obrazy od Wojtka, żeby podczas remontu się nie zakurzyły. Pakuję najcenniejsze książki i albumy. Wszystko idzie mi w tempie żółwim. Wiem, że i to odchoruje. Każdy krok.
Ale to jeszcze nic. To wszystko nic. Teraz będzie najlepsze. Wymyśliłam, że wezmę plecak i zejdę do piwnicy, żeby przynieść sobie w nim cieplejsze kozaki. Plecak jest must have osób poruszających się o dwóch kulach (teraz już muszę, Ból mi na jedną kulę nie pozwala). Słyszę, że z góry człapie dziadunio. Jest taki sąsiad, który mieszka piętro wyżej. Nie dosłyszy, ma etapy skrajnie dementywne (kiedyś przyszedł do mnie z zegarkiem i pyta, czy godzina 1 oznacza noc, czy dzień i czy można już obiad; albo pokazuje mi kulki Chocapic i pyta, czy to dla kota, czy dla człowieka). Jego brat mieszka z żoną pode mną. To bardzo dziwne małżeństwo pewnie po 70. Pani jest zadbana i elegancka, ma siostrę całkiem sprawną (zresztą, okazuje się, że nawet siostra mojej Babci lat 98 zakłada skarpetki sama. I chodzi lepiej ode mnie. To o czym my mówimy). Do szału za to doprowadza mnie jej mąż. Kiedyś jechałam windą z Krysią, a pan był uprzejmy zauważyć, że "młoda dziewczyna, blondynka, nie powinna mieć czarnego psa; ja na to, że może mu się będzie nie podobać, jak będę miała chłopaka Murzyna; a jak Krysia dorzuciła: "a może Żyd?", pan sąsiad w okularach jak denka od węgrzyna dostał szału, wrzeszcząc na cała windę, że "Żydy to nie ludzie". Po kilku dniach, kiedy zagadał do mnie w windzie, odwarknęłam: "z antysemitami nie rozmawiam". I nie żałuję. I ten Dziadunio dementywny i samotny jak palec z piętra wyżej to brat tej glisty ludzkiej, która nosi błękitne piankowe klapki damskie i wciska je na skarpety frotte w kolorze spranej i zmechaconej szarości. No dobra, zarzyganej szarości. Brat się nim nie zajmuje. Nieraz słyszałam, jak dobija się do brata, a ten nie otwiera mu drzwi.
Dziadunio miał już wiele odsłon dziwacznych, ale niezmiennie mnie roztkliwia. Dzisiaj jednak przeszedł samego siebie.
Człapię do windy, ma plecach mam pusty plecak, w ręku niosę torbę foliową z kilkunastoma wydaniami gazety, dla której pracuję od 7 lat. Wynoszę je do piwnicy, żeby robić miejsce na książki. Idę o jednej kuli, bo jak z dwoma nieść ciężką siatkę. Nagle słyszę wołanie za mną: "halo, proszę pani, pomocy!".
Odwracam się i zamieram.
Dziadunio pędzi po schodach z szóstego piętra, ma na sobie tylko spodnie na szelkach. W ręce jak oręż dzierży otwartą butelkę Amolu.
Podbiega do mnie z gołą klatą i pokazuje, gdzie go na plecach posmarować. Jestem w kurtce, bo przy wejściu do piwnicy zawiewa. Waham się tylko chwilę. Odkładam kulę i smaruję mu obolały bok. Wystaje mu żebro, jakby było złamane. Może się przewrócił? A może to napięcia mięśniowe od przeciążeń kręgosłupa? Starcze nerwobóle? Smaruję jego cienką jak papier skórę Amolem wylanym na rękę. Dziadunio syczy z bólu i woła Matkę Boską, ale ta nie nadchodzi. Ściągnął szelki, więc spodnie opadły do ziemi, pokazując zwiotczałą skórę na udach i łydkach. Nie słyszy, jak pytam, czy się przewrócił. A w zasadzie: drę się z pytaniem. Pojękuje tylko, że dobrze go smaruję. Wrzeszczę jeszcze głośniej, że skończyłam i że niech leci na górę się ubrać, bo płuca przeziębi.
Dziadunio sprawdza pod światło, czy Amol jeszcze został, czy nie wypaprałam całego.
Po czym chwyta mnie za rękę i w nią całuje. Mówię, że to niepotrzebne i schylam głowę, żeby pokryć łzy złości, że tak wygląda ludzka starcza samotność. Tak jest z godności odarta, tak pełna bólu i upokorzenia. Chwytam kulę i siatkę z moim dorobkiem zawodowym, którego nikt nie czyta, a naczelny twierdzi, że nazbyt literackiego stylu nie godzi się używać w opowieściach o biznesie.
Kiedy wchodzę do windy, Dziadunio pomyka jeszcze po schodach, widzę jego pochylone plecy, na których odciskają się szelki.
Rękaw śmierdzi mi Amolem.
poniedziałek, 10 grudnia 2018
Oh, well
Czyli to miał na myśli pan profesor, kiedy mówił o konieczności niezwłocznej operacji. Czyli to miał na myśli, kiedy mówił o sygnale alarmowym. Pamiętam, jak go zapytałam podczas wizyty za 300 złotych polskich:
- Skoro mam tak wysoki próg bólu, panie profesorze, po czym poznać, że to już czas na operację?
- Będzie pani z bólu łamać zęby.
I dzisiaj obudziłam się po 3 ze szczękościskiem. Przez sen tak mi rozrywało biodro. Od połowy ubiegłego tygodnia tak jest. Jak leżę, jest nawet nieźle. Pod warunkiem, że nie wpadnę na ekstrawagancki pomysł spania na boku. Nie daj boże. Nie pomaga nawet poduszka dla ciężarnych. Jak by ten Ból opisać? Jakby ktoś pilarką Stihla przecinał mi biodro. Ze zdumieniem stwierdzam brak opiłków kostnych na twarzy. Dziś w nocy przez chwilę miałam pomysł, że się zabiję. Pieprzyć to wszystko. Te miłostki, te ciężary, stukot kuli, newsa o Wyborowej, wywiady, rozmowy, publikację u Grynberga. Pieprzyć to. Skoczmy z balkonu. Na głowę. Wtedy na pewno się zabiję. Nie będę warzywem, nie będę dogorywać. Odejdę cicho, w środku nocy, nawet panu Jankowi pod oknem nie zacznę śmierdzieć, bo już niskie temperatury.
I co? Przed oczami stanął mi Konstanty, z którym widziałam się wczoraj. Miał na sobie koszulkę ze znakami Batmana (co za ironia). Po jedzeniu tak słodko wystąpił mu brzuszek. Pogłaskałam go po brzuszku i zapytałam, co tam siedzi. Ale skrót myślowy był za szybki. Dziecko prosto odbiera rzeczywistość. Kostek myślał, że pytam o znaki Batmana. Odpowiedział: "motyle".
Głupia Kasiu. Zadufana w sobie, ufna w domniemaną mądrość. Myślisz, że podszewkę świata zobaczyłaś? Idiotko. Kostek ją widzi, nie ty.
A potem w podzięce za książeczkę złapał mnie za szyję.
I tak się splotły te dwa odczucia: rozrywanie biodra piłą łańcuchową i ramiona dziecka na mojej szyi. Potem pomyślałam o Stasiu, który pasjami czyta prasę publicystyczną. Matyldzie, która po szkole ćwiczy na ciężkich treningach. O Zojce, która ma śpiochy w truskawki. I Heniu, który nosi strój hipopotama, a teraz dopadła go ospa.
No i jak ja mam umrzeć, jak Oni tacy Piękni?
W piątek miałam pierwsze podejście do lekarza POZ. Pudło. O 9 wszystkie 300 numerków przebrały emerytki. Wyprzedzają mnie jak dzikusy, kiedy przechodzę przez przejście. Widzą, że jestem o kuli. Ale jeszcze celowo potrącą. Tak im spieszno. Dzisiaj jedna bezpardonowo pojechała: "może mnie pani przepuścić? Bo serialu nie obejrzę".
Gdyby nie to, że Ból pozbawia mnie już smaku i zapachu, roześmiałabym się w głos i jeszcze o ten serial wypytała. Ale w zamian za to chciałam ją wyzwać od starych ropuch. Nie wolno mi. Przecież to mogłaby być moja Babcia. Oczywiście moja Babcia by nikogo o coś tak kompromitującego nie poprosiła. Co najwyżej użyła fortelu. Ale nie przepuściłam jędzy.
W pracy naczelny przewraca oczami, że idę z kulą i proszę go o umożliwienie pracy z domu.
- No nie wiem, nie wiem, muszę zapytać, czy prezes się zgadza.
- Na co się zgadza?! Jeśli zaświadczenie o niepełnosprawności mu nie wystarczy, ani zaświadczenie od lekarza specjalisty, że biodro ma odpoczywać, to na co on ma się zgadzać? Przecież nie buduję obwodnicy przez środek firmy!
- NO ale praca z domu - wiesz, my tu na takie ustępstwa nie idziemy.
- No tak, oczywiście, szczególnie, że kolega M. od dwóch tygodni pracuje z domku nad jeziorem, który kupili jego rodzice. Całe wakacje pracował z komputerem na kolanach i na tarasie, sącząc piwo, a ja umierałam tu w upale w redakcji. On nie ma zaleceń lekarskich, żeby pracować z domu. A ja mam. Podobnie koleżanka A.: jak jej syn ma katar, to może pracować z domu. Czyli nie pracować. Pozostali dziennikarze też nie mają problemu z tym, żeby pracować z domu. Tylko ja nie mam pozwolenia. Dlaczego?
- No tak, ale wiesz, ty jesteś inna.
Nie wytrzymałam:
- A ty nie masz ani serca, ani jaj.
I poszłam do lekarza POZ po plik skierowań, żeby wypełnić obiegówkę do operacji. Pan doktor jest majorem w rezerwie i godzina ustalona w recepcji jest autentycznie godziną umowną. Czekałam ponad godzinę. Ma na imię Krzysztof, jest ładnie ostrzyżony i nosi jeszcze znamiona dawnej urody. Ale nie patrzy w oczy., To typ, który ma wyjebane. Poprosiłam go o skierowanie na badania krwi. Niechże ja zobaczę, czy padnie rekord OB, czy nie. I czy CRP skończę telemarkiem, czy nie. Serce mi wali, bo przed wejściem do gabinetu zobaczyłam to:
Czyli poradnia pokazuje mi faka. A na badania przed operacją powinien mnie skierować nie kto inny, tylko Otwock. W osobie Sami-Wiecie-Kogo. Zresztą, Sami-Wiecie-Kto sam mi o tym powiedział:
- W zasadzie to my powinniśmy ci to zorganizować. No ale wiesz, jak jest.
Niby wiem, ale wolałabym nie wiedzieć.
Ale próbuję u majora w rezerwie: że zdaję sobie sprawę, że etyka i tak dalej, że może można to jakoś obejść, a że jeśli nie, to może by mi coś podpowiedział?
W międzyczasie proszę o nowy lek przeciwbólowy dla niepoznaki, żeby go zagadać. Jednym palcem pisze na klawiaturze, więc w rezultacie wypisanie recepty trwa prawie 11 minut.
Nakręciłam go na badania krwi. I receptę dostałam. Ale na skierowanie do lekarza specjalisty się nie zgodził: "no może ja jeszcze będę za to pani płacił? Taki majętny nie jestem".
Kiedy drukarka wypluwa receptę, dowiaduję się, że mam na imię Helena Bednarska i początek mojego peselu zaczyna się od 241220.
Pokazuję panu doktorowi, że chyba coś nie tak. A ten w ryk:
- No widzisz, co zrobiłaś? Zamieniacie się miejscami i majstrujecie przy tych wizytach i ja teraz od początku muszę pisać i anulować całą wizytę. Przez ciebie!
Ugryzłam się w język, żeby mu czegoś nie odpalić. Jeszcze nie teraz.
Pisze od początku, jednym palcem. Patrzę w tym czasie przez brudne okno. Przypomina mi się, jak rano zmarzłam i zmokłam. Jak mnie bolały knykcie od kuli.
Kiedy już wszystko wypełnił i podał mi z łaską dwie nędzne karteczki, zemściłam się:
- Skoro pan się już tak myli i komputer pana nie słucha, to może czas młodym miejsce zrobić?
Nic nie powiedział. Nawet twarz mu nie drgnęła. Mruknął tylko:
- Otwock ma pani te badania zlecić.
Wyszłam z Koszykowej, idę na tramwaj na Chałubińskiego. Na pasach na zielonym prawie zabija mnie czarna Honda. Toczka w toczkę jak ta Niedźwiedzia.
"Nie powstałam
z prochu,
nie obrócę się
w proch.
Nie zstąpiłam
z nieba
i nie wrócę do nieba.
Jestem sama niebem
tak jak szklisty strop.
Jestem sama ziemią
tak jak rodna gleba.
Nie uciekłam
znikąd
i nie wrócę
tam.
Oprócz samej siebie nie znam innej dali.
W wzdętym płucu wiatru
i w zwapnieniu skał
muszę
siebie
tutaj
rozproszoną
znaleźć."
Zuzanna Ginczanka - Wyjaśnienie na marginesie, 1936
- Skoro mam tak wysoki próg bólu, panie profesorze, po czym poznać, że to już czas na operację?
- Będzie pani z bólu łamać zęby.
I dzisiaj obudziłam się po 3 ze szczękościskiem. Przez sen tak mi rozrywało biodro. Od połowy ubiegłego tygodnia tak jest. Jak leżę, jest nawet nieźle. Pod warunkiem, że nie wpadnę na ekstrawagancki pomysł spania na boku. Nie daj boże. Nie pomaga nawet poduszka dla ciężarnych. Jak by ten Ból opisać? Jakby ktoś pilarką Stihla przecinał mi biodro. Ze zdumieniem stwierdzam brak opiłków kostnych na twarzy. Dziś w nocy przez chwilę miałam pomysł, że się zabiję. Pieprzyć to wszystko. Te miłostki, te ciężary, stukot kuli, newsa o Wyborowej, wywiady, rozmowy, publikację u Grynberga. Pieprzyć to. Skoczmy z balkonu. Na głowę. Wtedy na pewno się zabiję. Nie będę warzywem, nie będę dogorywać. Odejdę cicho, w środku nocy, nawet panu Jankowi pod oknem nie zacznę śmierdzieć, bo już niskie temperatury.
I co? Przed oczami stanął mi Konstanty, z którym widziałam się wczoraj. Miał na sobie koszulkę ze znakami Batmana (co za ironia). Po jedzeniu tak słodko wystąpił mu brzuszek. Pogłaskałam go po brzuszku i zapytałam, co tam siedzi. Ale skrót myślowy był za szybki. Dziecko prosto odbiera rzeczywistość. Kostek myślał, że pytam o znaki Batmana. Odpowiedział: "motyle".
Głupia Kasiu. Zadufana w sobie, ufna w domniemaną mądrość. Myślisz, że podszewkę świata zobaczyłaś? Idiotko. Kostek ją widzi, nie ty.
A potem w podzięce za książeczkę złapał mnie za szyję.
I tak się splotły te dwa odczucia: rozrywanie biodra piłą łańcuchową i ramiona dziecka na mojej szyi. Potem pomyślałam o Stasiu, który pasjami czyta prasę publicystyczną. Matyldzie, która po szkole ćwiczy na ciężkich treningach. O Zojce, która ma śpiochy w truskawki. I Heniu, który nosi strój hipopotama, a teraz dopadła go ospa.
No i jak ja mam umrzeć, jak Oni tacy Piękni?
W piątek miałam pierwsze podejście do lekarza POZ. Pudło. O 9 wszystkie 300 numerków przebrały emerytki. Wyprzedzają mnie jak dzikusy, kiedy przechodzę przez przejście. Widzą, że jestem o kuli. Ale jeszcze celowo potrącą. Tak im spieszno. Dzisiaj jedna bezpardonowo pojechała: "może mnie pani przepuścić? Bo serialu nie obejrzę".
Gdyby nie to, że Ból pozbawia mnie już smaku i zapachu, roześmiałabym się w głos i jeszcze o ten serial wypytała. Ale w zamian za to chciałam ją wyzwać od starych ropuch. Nie wolno mi. Przecież to mogłaby być moja Babcia. Oczywiście moja Babcia by nikogo o coś tak kompromitującego nie poprosiła. Co najwyżej użyła fortelu. Ale nie przepuściłam jędzy.
W pracy naczelny przewraca oczami, że idę z kulą i proszę go o umożliwienie pracy z domu.
- No nie wiem, nie wiem, muszę zapytać, czy prezes się zgadza.
- Na co się zgadza?! Jeśli zaświadczenie o niepełnosprawności mu nie wystarczy, ani zaświadczenie od lekarza specjalisty, że biodro ma odpoczywać, to na co on ma się zgadzać? Przecież nie buduję obwodnicy przez środek firmy!
- NO ale praca z domu - wiesz, my tu na takie ustępstwa nie idziemy.
- No tak, oczywiście, szczególnie, że kolega M. od dwóch tygodni pracuje z domku nad jeziorem, który kupili jego rodzice. Całe wakacje pracował z komputerem na kolanach i na tarasie, sącząc piwo, a ja umierałam tu w upale w redakcji. On nie ma zaleceń lekarskich, żeby pracować z domu. A ja mam. Podobnie koleżanka A.: jak jej syn ma katar, to może pracować z domu. Czyli nie pracować. Pozostali dziennikarze też nie mają problemu z tym, żeby pracować z domu. Tylko ja nie mam pozwolenia. Dlaczego?
- No tak, ale wiesz, ty jesteś inna.
Nie wytrzymałam:
- A ty nie masz ani serca, ani jaj.
I poszłam do lekarza POZ po plik skierowań, żeby wypełnić obiegówkę do operacji. Pan doktor jest majorem w rezerwie i godzina ustalona w recepcji jest autentycznie godziną umowną. Czekałam ponad godzinę. Ma na imię Krzysztof, jest ładnie ostrzyżony i nosi jeszcze znamiona dawnej urody. Ale nie patrzy w oczy., To typ, który ma wyjebane. Poprosiłam go o skierowanie na badania krwi. Niechże ja zobaczę, czy padnie rekord OB, czy nie. I czy CRP skończę telemarkiem, czy nie. Serce mi wali, bo przed wejściem do gabinetu zobaczyłam to:
Czyli poradnia pokazuje mi faka. A na badania przed operacją powinien mnie skierować nie kto inny, tylko Otwock. W osobie Sami-Wiecie-Kogo. Zresztą, Sami-Wiecie-Kto sam mi o tym powiedział:
- W zasadzie to my powinniśmy ci to zorganizować. No ale wiesz, jak jest.
Niby wiem, ale wolałabym nie wiedzieć.
Ale próbuję u majora w rezerwie: że zdaję sobie sprawę, że etyka i tak dalej, że może można to jakoś obejść, a że jeśli nie, to może by mi coś podpowiedział?
W międzyczasie proszę o nowy lek przeciwbólowy dla niepoznaki, żeby go zagadać. Jednym palcem pisze na klawiaturze, więc w rezultacie wypisanie recepty trwa prawie 11 minut.
Nakręciłam go na badania krwi. I receptę dostałam. Ale na skierowanie do lekarza specjalisty się nie zgodził: "no może ja jeszcze będę za to pani płacił? Taki majętny nie jestem".
Kiedy drukarka wypluwa receptę, dowiaduję się, że mam na imię Helena Bednarska i początek mojego peselu zaczyna się od 241220.
Pokazuję panu doktorowi, że chyba coś nie tak. A ten w ryk:
- No widzisz, co zrobiłaś? Zamieniacie się miejscami i majstrujecie przy tych wizytach i ja teraz od początku muszę pisać i anulować całą wizytę. Przez ciebie!
Ugryzłam się w język, żeby mu czegoś nie odpalić. Jeszcze nie teraz.
Pisze od początku, jednym palcem. Patrzę w tym czasie przez brudne okno. Przypomina mi się, jak rano zmarzłam i zmokłam. Jak mnie bolały knykcie od kuli.
Kiedy już wszystko wypełnił i podał mi z łaską dwie nędzne karteczki, zemściłam się:
- Skoro pan się już tak myli i komputer pana nie słucha, to może czas młodym miejsce zrobić?
Nic nie powiedział. Nawet twarz mu nie drgnęła. Mruknął tylko:
- Otwock ma pani te badania zlecić.
Wyszłam z Koszykowej, idę na tramwaj na Chałubińskiego. Na pasach na zielonym prawie zabija mnie czarna Honda. Toczka w toczkę jak ta Niedźwiedzia.
"Nie powstałam
z prochu,
nie obrócę się
w proch.
Nie zstąpiłam
z nieba
i nie wrócę do nieba.
Jestem sama niebem
tak jak szklisty strop.
Jestem sama ziemią
tak jak rodna gleba.
Nie uciekłam
znikąd
i nie wrócę
tam.
Oprócz samej siebie nie znam innej dali.
W wzdętym płucu wiatru
i w zwapnieniu skał
muszę
siebie
tutaj
rozproszoną
znaleźć."
Zuzanna Ginczanka - Wyjaśnienie na marginesie, 1936
czwartek, 6 grudnia 2018
List-opad(ł)
Ledwo doczołgałam się dziś do przystanku.
Niedźwiedź nie dzwonił od rana.
Obraził się - wczoraj z redakcją Anywhere poszłam do Śródmieścia. Ja nie piłam, bo antybiotyk, ale lubię ich wszystkich i lubię z nimi być. Zresztą, lubię patrzeć, że inni mają normalne życie. Albo po prostu inne od mojego. Śmiałam się, jak chłopcy zorganizowali wyścigi po Hożej na elektrycznej hulajnodze. Kibicowałam im i zazdrościłam - też bym chciała na takiej się przejechać.
Niedźwiedź zadzwonił akurat w momencie, w którym na Poznańskiej darłam się za jednym z fotografów, żeby hamował przed skrzyżowaniem. Było ok. 23. Młoda godzina w sumie. Ale Niedźwiedź dopiero wyszedł ze szpitala. Przykro mi się zrobiło, że jest zmęczony i tyle pracuje. Zapytałam, czy coś jadł i czy może się już położyć. Odburknął coś i życzył z przekąsem dobre zabawy.
Tak, bawiłam się wyśmienicie. Rozmawialiśmy o filmach, książkach i teatrze. O przygodach w Warsie, zatrzaśnięciu się w toalecie na stacji, o podglądaniu ludzi i ciastach z jabłkami. A jak już miałam wychodzić, zagadał do mnie arcyciekawy i szarmancki człowiek, nie odwarknęłam się mu nawet, bo tak mnie redakcja dobrze nastroiła, po czym usłyszałam, że jest... ortopedą.
Wycofałam się rakiem, mam już dosyć takich znajomości. Złapał mnie za rękę:
- Słyszałem, że szukasz ciekawych historii.
- Owszem, wydawca bredzi o mnie takie rzeczy.
- A ja jestem z Krakowa.
- I to ma być ciekawe?
- No nie, ale ja jeszcze piszę wiersze.
Zamrugałam:
- Białe?
Pan Paweł uśmiecha się pod nosem i mówi:
- Heksametrem nawet jak będziesz chciała.
Uznałam to za tani podryw i postanowiłam się zebrać. Był z nim kolega, który utrzymywał, że jest prawnikiem, więc zamachałam ręką raptownie, że i takich znajomości mam dosyć. Potem po drodze wyguglałam, że znam skądś to nazwisko, które wymienił, jak mi się przedstawiał. Na wysokości zakładu wyrabiającego rękawiczki na Hożej oparłam się z wrażenia o ścianę. Prawnik, którego poznałam, orzeka w Trybunale Stanu. I przyjaźni się z ortopedą. No nie, ja naprawdę nie mogę wychodzić dalej niż do biblioteki osiedlowej.
Do przystanku normalnie idę 4 minuty. Wczoraj szłam 20. Dojechałam skrajnie mocno obolała do domu. W nocy prawie mi rozdarło biodro. Śnił mi się śnieg.
Przyszłam do pracy przed południem. Nie dałam rady wcześniej.
Po obiad do mikrofalówki szłam 8 minut. Normalnie zbiegam w 12 sekund.
Słyszę na korytarzu głos Marty z działu reklamy. Nie lubiłam jej, bo miała żelka z logiem Orlenu zamiast mózgu, ale przypomniało mi się, że urodziła dziecko i chciałam jej pogratulować. I w sumie nawet ucieszyłam się na jej widok. Idę, trzymając się pod boki, noga sztywna. Boję się, że ktoś mnie uderzy w korytarzu. Marta to widzi, ale nie komentuje. Na szczęście.
Opowiada szeroko, że dochodzi do siebie po cesarskim cięciu, że córeczka ma już dwa zęby (ej, to może kasować bilet! - zauważyłam bystro i praktycznie), że siada bokiem, raczkuje i opiera się na łokciu jak cesarzowa.
Pogratulowałam raz jeszcze, życzyłam, żeby się zdrowo chowała. Marta na to:
- Weź sobie tego spróbuj. Polecam.
Kraina Lodu. Takie uwagi zanurzają mnie w Krainie Lodu.
Bo dziś jak wchodziłam do firmy, mijał mnie kolega redakcyjny, znany kocmołuch i obibok. Idę wolno, dostawiam nogę na schodach. Przytrzymuje mi drzwi i kląska swoją źle zaszytą wargą:
- No już, poczekam.
Stuk-stuk. Stuk-stuk. To moje kroki.
- Dziękuję - sapię pomiędzy oddechami, pomiędzy stopniami, pomiędzy ukłuciami bólu.
Maciej się niecierpliwi:
- No, już masz ten dzień dobroci dla...
Zawiesza głos. I tu rozlega się rechot. Obrzydliwy, stadionowy, tylko on się tak śmiać potrafi. Weszłam już na górę. Staje przed nim, patrzę mu w oczy i pytam:
- No, dla kogo dzień dobroci?
Patrząc mi w oczy, odpowiada:
- Dla kalek, kurwa.
Niedźwiedź nie dzwonił od rana.
Obraził się - wczoraj z redakcją Anywhere poszłam do Śródmieścia. Ja nie piłam, bo antybiotyk, ale lubię ich wszystkich i lubię z nimi być. Zresztą, lubię patrzeć, że inni mają normalne życie. Albo po prostu inne od mojego. Śmiałam się, jak chłopcy zorganizowali wyścigi po Hożej na elektrycznej hulajnodze. Kibicowałam im i zazdrościłam - też bym chciała na takiej się przejechać.
Niedźwiedź zadzwonił akurat w momencie, w którym na Poznańskiej darłam się za jednym z fotografów, żeby hamował przed skrzyżowaniem. Było ok. 23. Młoda godzina w sumie. Ale Niedźwiedź dopiero wyszedł ze szpitala. Przykro mi się zrobiło, że jest zmęczony i tyle pracuje. Zapytałam, czy coś jadł i czy może się już położyć. Odburknął coś i życzył z przekąsem dobre zabawy.
Tak, bawiłam się wyśmienicie. Rozmawialiśmy o filmach, książkach i teatrze. O przygodach w Warsie, zatrzaśnięciu się w toalecie na stacji, o podglądaniu ludzi i ciastach z jabłkami. A jak już miałam wychodzić, zagadał do mnie arcyciekawy i szarmancki człowiek, nie odwarknęłam się mu nawet, bo tak mnie redakcja dobrze nastroiła, po czym usłyszałam, że jest... ortopedą.
Wycofałam się rakiem, mam już dosyć takich znajomości. Złapał mnie za rękę:
- Słyszałem, że szukasz ciekawych historii.
- Owszem, wydawca bredzi o mnie takie rzeczy.
- A ja jestem z Krakowa.
- I to ma być ciekawe?
- No nie, ale ja jeszcze piszę wiersze.
Zamrugałam:
- Białe?
Pan Paweł uśmiecha się pod nosem i mówi:
- Heksametrem nawet jak będziesz chciała.
Uznałam to za tani podryw i postanowiłam się zebrać. Był z nim kolega, który utrzymywał, że jest prawnikiem, więc zamachałam ręką raptownie, że i takich znajomości mam dosyć. Potem po drodze wyguglałam, że znam skądś to nazwisko, które wymienił, jak mi się przedstawiał. Na wysokości zakładu wyrabiającego rękawiczki na Hożej oparłam się z wrażenia o ścianę. Prawnik, którego poznałam, orzeka w Trybunale Stanu. I przyjaźni się z ortopedą. No nie, ja naprawdę nie mogę wychodzić dalej niż do biblioteki osiedlowej.
Do przystanku normalnie idę 4 minuty. Wczoraj szłam 20. Dojechałam skrajnie mocno obolała do domu. W nocy prawie mi rozdarło biodro. Śnił mi się śnieg.
Przyszłam do pracy przed południem. Nie dałam rady wcześniej.
Po obiad do mikrofalówki szłam 8 minut. Normalnie zbiegam w 12 sekund.
Słyszę na korytarzu głos Marty z działu reklamy. Nie lubiłam jej, bo miała żelka z logiem Orlenu zamiast mózgu, ale przypomniało mi się, że urodziła dziecko i chciałam jej pogratulować. I w sumie nawet ucieszyłam się na jej widok. Idę, trzymając się pod boki, noga sztywna. Boję się, że ktoś mnie uderzy w korytarzu. Marta to widzi, ale nie komentuje. Na szczęście.
Opowiada szeroko, że dochodzi do siebie po cesarskim cięciu, że córeczka ma już dwa zęby (ej, to może kasować bilet! - zauważyłam bystro i praktycznie), że siada bokiem, raczkuje i opiera się na łokciu jak cesarzowa.
Pogratulowałam raz jeszcze, życzyłam, żeby się zdrowo chowała. Marta na to:
- Weź sobie tego spróbuj. Polecam.
Kraina Lodu. Takie uwagi zanurzają mnie w Krainie Lodu.
Bo dziś jak wchodziłam do firmy, mijał mnie kolega redakcyjny, znany kocmołuch i obibok. Idę wolno, dostawiam nogę na schodach. Przytrzymuje mi drzwi i kląska swoją źle zaszytą wargą:
- No już, poczekam.
Stuk-stuk. Stuk-stuk. To moje kroki.
- Dziękuję - sapię pomiędzy oddechami, pomiędzy stopniami, pomiędzy ukłuciami bólu.
Maciej się niecierpliwi:
- No, już masz ten dzień dobroci dla...
Zawiesza głos. I tu rozlega się rechot. Obrzydliwy, stadionowy, tylko on się tak śmiać potrafi. Weszłam już na górę. Staje przed nim, patrzę mu w oczy i pytam:
- No, dla kogo dzień dobroci?
Patrząc mi w oczy, odpowiada:
- Dla kalek, kurwa.
środa, 5 grudnia 2018
Hello, Darkness, my old friend
Wrócił na stałe ponad tydzień temu. Absolutnie nikt go nie zapraszał. Podświadomie nie ściągał, nie nawoływał. To takie przyjemne: nauczyć się żyć bez Niego. Ale się nie da. On musi być chociażby jako praca w tle. Czemu jeszcze się łudzę, że zniknie kiedykolwiek całkowicie?
Zaczęło się niepozornie. Pomyślałam: oj, taka pogoda straszliwa, wilgoć nieskończona, całe ciało ogłosiło bunt przeciwko nadejściu jesieni, która podchody robiła i tak stanowczo za długo.
Ale to nie pogoda. To mój Los.
Dalej więc wygrywać mi na kościach psalmy, uciskać stawy krzyżowo-biodrowe. Byłam wtedy akurat u mamy. Pewna, że obecność tam potęguje Ból.
Ale nie. Bo jak dojechałam do Warszawy, noga sztywniała nadal. Cała niedziela w pozycji leżącej. Coraz trudniej mi wstać.
Kiedy dojechałam do Warszawy, miałam ambitny plan dojechać do Ikei, bo walające się wszędzie książki zagrażają mojemu życiu. Dołączył Niedźwiedź. Wniósł mi półki na górę. Kazał się położyć. Pilnował, żebym nie wstawała. Sam oglądał skoki narciarskie w drugim pokoju. Podobało mi się to, że mogę robić, co chcę. A on sobie trwa za ścianą i co jakiś czas sprawdza, czy na pewno leżę. Szkoda, że tylko raz tak było.
W poniedziałek nie poszłam do pracy, bo nie byłam w stanie zejść ze schodów na mojej klatce schodowej. Więc gdzie ja do przemierzania kilometrów po schodach w redakcji. W nagrodę za domniemane lenistwo (ale pracowałam przecież z domu), dostało mi się w redakcji. Po południu noga była tak sztywna, że Natalia na jodze rozłożyła ręce. Nawet asana podwieszana sprawiała mi ból. Trzeba było delikatnie, ostrożnie, nienerwowo. W środę odbiłam jako tako. W czwartek sześciokrotne trakcje na jodze pomogły. Ale w piątek znów mnie złożyło w scyzoryk. Tak samo w sobotę. W niedzielę przyjęłam po raz pierwszy od ponad roku końską dawkę leków przeciwbólowych, żeby zawieźć siebie i mamę na grób Babci. Bo to rocznica. Pierwsza rocznica. Aż trudno uwierzyć.
Ból ma nade mną nieograniczoną władzę. Drze, kłuje, rozpiera, pulsuje, usztywnia. Piecze, ostrzykuje, budzi w nocy po siedem razy. Kiedy zasypiam na boku, budzi mnie za dwie godziny i nie śpię przez Niego kolejne dwie. Bo w tym czasie próbuję położyć się na plecach. Nic nie pomaga: modły do nieistniejącego Boga, przekleństwa, pranajama, wspomnienia z Bałut, wołanie Babuni, wołanie Taty. Przecież ich wszystkich nie ma. Więc jak mogą mi pomóc?
Znasz to, Kasiu. Podjeżdża autobus. Wchodzisz ostatnia. Przyklejasz się do barierki, żeby cię ktoś nie potrącił. Żeby się asekurować w razie hamowania. Raz ci się nie udało ustawić wygodnie. Kiedy 141 zahamowało na Czerniakowskiej, myślałaś, że umrzesz z Bólu. Tylko przez chwilę zrobiło ci się słodko. Pociemniał obraz. Nikt z podróżujących tego nie zauważył. Na szczęście wszyscy mają smartfony.
Nie ma na Ból algorytmu. Nie wiesz, kiedy dopadnie. Czy wtedy, kiedy o milimetr przesunie się femoris względem obrąbka, czy wtedy, kiedy więzadło źle przytrzyma staw krzyżowo-biodrowy. Twoje życie to pasmo niespodzianek. Bolesnych.
A zatem od samego Bólu gorszy jest tylko strach przed Nim. Kiedy wychodzisz ze śmieciami i zastanawiasz się, czy zaboli cię. kiedy będziesz mijać bez przy klatce, czy kiedy będziesz rotować miednicę przy skręcie, czy wtedy, kiedy będziesz otwierać zamkiem magnetycznym drzwi od śmietnika. Może się zdarzyć, że w każdym z tych momentów. Bo ciągłość bólu wzdłuż czworogłowych wiązek mięśni masz gwarantowany.
Albo dziś. Jak Ty, Bólu, umiesz ludźmi upokarzać.
Kontrola biletów. Wchodzi zawsze dwóch kanarów. W szale sprawdzają, kogo mogą złowić. Podaję kartę miejską. To niełatwe, bo muszę ją wyciągnąć z torby i przy tym się trzymać. Kiedy weszłam do autobusu, były wolne miejsca. Ale na tych podwójnych siedzeniach ludzie wybierają siadanie od zewnątrz. Bo tak im wygodniej. Noga boli mnie tak bardzo, że nie dam rady przedzierać się na miejsce wewnętrzne, zginać sztywnej nogi, trzymać się jednocześnie, żeby nie upaść. Na ludzi nie działa przepraszający wzrok. Zresztą, uczę się nie przepraszać, że choruję. Stoję więc na złączeniu przegubów.
Podchodzi kanar o twarzy sprasowanego buraka cukrowego. Pika skaner. "Legitymacja" - rzęzi kanar bez "proszę". Znów wyciągam. Kanar patrzy.
- Ile ma pani lat?
- To nie ma znaczenia, ile mam lat.
- A ja ci mówię, że ma.
- Nie przypominam sobie, żebym z panem przechodziła na ty.
- No się pytam, ile masz lat, bo mi legitkę pokazujesz.
Cały autobus na Sielcach już patrzy.
- To nie jest legitymacja studencka, tylko osoby niepełnosprawnej. Niepełnosprawność nie ma wieku.
- To się okaże. Wysiadaj.
Utykam, oburzona. Trzęsą mi się ręce. Projektuję sobie, że zabiję go w stylu Hannibala Lectera. Na krwi tego chama przyrządzę neapolitański deser. I wyleję go do kanalizacji. W całości.
Nie tylko patrzy na mnie teraz cały autobus. Patrzą również ludzie na przystanku. Emeryci i emerytki, matki z dziećmi w wózkach, które do tego momentu miały wyjebane na cały świat, ale wreszcie jest temat. Poniosą go do piaskownic, przedszkoli, do teściowych, sióstr, kosmetyczek, w świat. Kaleka jedzie bez biletu.
Burak cukrowy w towarzystwie kolegi sadzeniaka oglądają moja legitymację. Burak do sadzeniaka:
- Zeskanujemy ją.
Słabo mi się robi z wściekłości:
- Proszę pana, mam orzeczoną niepełnosprawność w stopniu drugim. Upoważnia mnie do korzystania z ulgowych biletów.
Burak nie słyszy. Bawi się skanerem i do sadzeniaka:
- Paczsz, i tera tu ten kod skanujesz i ci się wyświetla, że ona... (podnosi okulary - starczowzroczność)... ma umiarkowany.
Gdybym mogła, ty podły gadzie, ty pryszczata jaszczurko, ty chamie śmierdzący nieprzetrwawioną wódką i zakąską, która ci uwięzła pomiędzy dolną dwójką a trójką, boś zębów umyć nie raczył, wyjechałabym ci w mordę nogą. Ale nie mogę. Bo moja noga obumiera. Zanika w niej ukrwienie. Nie jest odżywiana. Z trudem poruszam się po mieszkaniu, a co dopiero do pracy. Ale nie, nie zaszczycę cię widokiem moich łez. Los cię ukaże. Nie wiem jeszcze, jak. Ale wiem, że ukaże boleśnie.
Patrzę na niego:
- Wyedukował pan już siebie i kolegę wystarczająco?
- Nie wyglądasz, że ci coś jest.
- Nie mam zamiaru dyskutować z panem na temat widoczności choroby.
- A co ci jest?
Mam zamiar naprawdę rzucić się na niego z pazurami. Zamiast tego mówię:
- Spondyloarthritis ankylopoetica.
- Tym się zarazić można?
Mrużę oczy:
- Już pana zaraziłam. Umrze pan w męczarniach.
Pospiesznie oddaje mi kartę. I spierdala. Sadzeniak mało się nie przeżegnał. Postanawiam i na nim się zemścić:
- Pana też mam zarazić?
Patrzy na mnie nieco łagodniej niż papka z buraka cukrowego.
- To dziękujemy pani. Wdzenia.
Stoję na przystanku z trzęsącymi się rękami. Chce mi się płakać. I boli mnie. I jeszcze jadę do łagru. Tam, kiedy mówię, że muszę pracować z domu, bo nie mogę zejść po schodach, naczelny przewraca oczami i denerwuje się. A jak przyjeżdża wizytacja z centrali, prezes z biegunką od rana biega po firmie, po czym przyskakuje do mnie na korytarzu i syczy: "schowaj się, bo wstyd". Wstydzi się, że jego pracownik utyka. Swojego chamstwa i prostactwa się nie wstydzi. Chwali się nimi. Jego małość jest obezwładniająca.
Kasia wróciła do pracy o kuli i jest bardzo dzielna. Niestety, ona jest traktowana podobnie. Kiedy obciąga kości śródstopia, przez skórę przebija jej wkręcona blacha z siedmioma bodaj gwoździami. I w związku z absencją Kasi i jej prośbami o pracę z domu kręcą nosem. Więc nie tylko o mnie chodzi. Ale ja w ich przekonaniu w ubiegłym roku nagrabiłam sobie za dwa pokolenia niepełnosprawnych.
Znowu mam podkrążone oczy. Blednę. Chudnę. W poniedziałek pan doktor na Brazylijskiej usunął mi drugą ósemkę, która przed operacją stanowi potencjalne źródło zakażenia. Nastawiłam się na półtoragodzinny zabieg. Zabrałam ze sobą gumowego hipopotama, którego miętoszę zawsze podczas wizyty u dentysty. Nazwałam go Hipo Chondryk. Kiedy zobaczyłam, jak przystojny jest chirurg specjalizujący się w twarzoczaszkach, wcisnęłam Hipo Chondryka głęboko do torby. Sama ekstrakcja trwała nie więcej niż minutę. Zębodół wygląda ładnie. Goi się. Zdjęcie pantomograficzne powiedziało jednak, że z tymi dolnymi ósemkami nie będzie tak łatwo. Wyglądają jak pijane zające. Jedna rośnie w lewo zanadto, druga - w prawo. Pan doktor powiedział, że trzeba będzie ciąć dziąsło. Panie, Niedźwiedź mi chlaśnie biodro. To co mam się bać dwóch szwów na szczęce?
Dostałam ząb na pamiątkę (proszsz: ząb można, a kości nie). Korzeń wygląda jak zmiażdżony. Jakby oddziaływały na niego nieznane siły. Czasami mam wrażenie, że takie imadło miażdży moje kości. Może nawet w zębach to odczuwam?
I teraz love story, które blednie i powszednieje jak wszystko na tym świecie.
Bycie w relacji z lekarzem to jak bycie w relacji ze stacją kosmiczną. Kiedy ona nadaje sygnał, należy go odebrać natychmiast, niezwłocznie. W przeciwnym wypadku wysyła sygnały alarmowe, w panice. Snuje wizje na temat tego, że baza została porwana, wysadzona w powietrze, a w najgorszym wypadku: uprowadzona przez inny sputnik. Sytuacja zmienia się natomiast, kiedy baza próbuje wysłać sygnał do sondy lekarskiej. Wówczas należy uzbroić się w cierpliwość. Może się okazać, że sonda jest w trakcie operacji miednicy. Albo rzepki. Albo trzyma podważki podczas operacji biodra. Niech nas wówczas nie dziwi brak responsywności. Należy cierpliwie czekać, aż czas się wypełni. Może się zdarzyć, że sputnik uzna za stosowne zadzwonić o 1:28 do bazy. I należy wówczas głosem skowronka odebrać, ucieszyć się, zdać relację z przebiegu dnia i olać fakt, że się zostało wybudzonym ze snu głębokiego.
Tak się stało na przykłąd wczoraj, bo po ekstrakcji zęba Eugenia jednak miewa swoje fochy - po 22 byłam już trupem i położyłam się spać. Ponieważ Niedźwiedź znów jest przeziębiony i w związku z tym cały świat jest temu winien i powinien spieszyć mu z pomocą, również padł. Wcześniej ode mnie, bo po 18. Nie wysyłałam mu więc żadnych wiadomości, bo po co - skoro śpi, to niech śpi. Uznał za stosowne obudzić mnie telefonem w środku nocy, twierdząc, jakoby był "w panice, że nie piszę do niego".
Co to, kurwa, jest: czy ja mam naprawdę o każdej porze dnia i nocy dawać mu znać, jak wyglądają moje życiowe czynności?!
Niestety, obawiam się, że moje wieloletnie przebywanie z samą sobą poskutkuje i w tym przypadku katastrofą. Nie umiem być parą, partnerką. Nie umiem uparcie trwać w nicnierobieniu. Nie umiem siedzieć bezczynnie i patrzeć w ekran telewizora, szczególnie, jeśli widze na ekranie tak puste i miałkie zjawisko jak Comedy Central. Nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas. Po co mu ja obok w takim razie? Gapić się bezmyślnie w telewizor można wszak bez udziału osób trzecich. Kobiety tym bardziej.
Ale byłam dzielna. Starałam się. Czekałam, aż Niedźwiedź pozdaje te swoje egzaminy. Czekałam, aż wyrobi w tygodniu plan operacji. I po cichu liczyłam na to, że jak przyjdą weekendy, mimo mrozów będzie można pójść razem do kina, na wystawę, do teatru. O Boże, chociaż posiedzieć ze sobą i pogadać, a nie wisieć tylko na telefonie. Nie, nic z tego.
Owszem, Niedźwiedź potrafi objawić się o 7 rano w sobotę w przedpokoju, lustrując bacznie mogą piżamę z napisem "Sleep is for the weak" zalaną koncertowo pastą do zębów, ale jedyne, na co ma ochotę, to leżenie na kanapie. I już nawet nie skakanie po kanałach. On po prostu scala się z Comedy Central. Albo w porze poobiedniej z kanałem dokumentalnym.
Ja wszystko rozumiem: zmęczenie, przeoranie, wypalenie, resztki przeziębienia (ale do internisty dać się osłuchać to nie pójdzie). Ale nie wyobrażam sobie, że można do tego stopnia marnotrawić czas i przyjmować postawę abnegata. Liczyłam, że może chociaż któryś weekend spędzimy na rozmawianiu - o czymkolwiek: głupim szefie, beznadziejnym systemie zdrowotnym, gromadzeniu książek, szklanych sufitach, globalnym ociepleniu, akcji Wisła. A tu nic. Przegrywam z siłą szklanego ekranu.
I jakąś... obscenicznością codzienności. Te kruche momenty romantyzmu prysły gdzieś prędziutko, zanim zaistniały. Świetliki tak mają. Albo jętki. Jeszcze dobrze nie zaistnieją, a już giną. Kiedy mówię, że mnie boli (dzień dobroci z okazji mojego bólem złożenia trwał tylko kilka godzin), pyta mnie, dość niegrzecznie: "no i co? wypełniłaś kartę do zabiegu operacyjnego? Jeszcze nie? No to co ja mam ci powiedzieć?". No w sumie.
Przypomina mi się brat mojej mamy, który wydzwaniał do mnie po śmierci Babci:
- No i co? Kiedy pogrzeb? JESZCZE nie załatwiłaś?!
Tym większe jest moje smutne zdumienie, że nie dalej jak w ubiegłym tygodniu po dyżurze odebrał mnie z pracy. Moja radość nie miała granic, bo bolało mnie wtedy bardzo, miałam ciężką torbę. Jedziemy gdzieś pod Piaseczno. Przez głowę przemknęło mi, że może jednak zamorduje mnie gdzieś w lesie pod Magdalenką i wszystkie bóle mi przejdą wreszcie. Zajeżdżamy do salonu Nissana. Oczy mam jak talerze. Ludzie już chcą zamykać, ale jest jeszcze godzina.
Wsiadam do Juke'a. Niedźwiedź podnosi mi fotel. Jestem zachwycona, bo w nowych samochodach nawet manualne skrzynie biegów wyglądają inaczej. I sprzęgło wciska się tylko w zasadzie przy użyciu nogi od kolana w dół. Czyli tego samochodu mogłabym używać już trzy miesiące po operacji. Siedzenie ma wygodne. Prawie trzy razy mocniejszy niż w Pandzie silnik. Wygodną kierownicę. Jest wysoki, nie musiałabym się z niego wydłubywać jak z Pandy, kiedy boli. Tylko cenę ma nieosiągalną dla mnie. No ale kto biednemu zabroni siedzieć w Nissanie Juke'u? Siedzę i sobie wyobrażam, że trąbię na, dajmy na to, takiego sadzeniaka.
Niedźwiedź podchodzi od strony pasażera, stoi na zewnątrz samochodu, opiera się o drzwi i zagląda przez okno.
- Podoba ci się?
- No pewnie, że mi się podoba. Większość nowych samochodów mi się podoba.
W domyśle: chyba że są BMW w kolorze butelkowej zieleni, bo takim jeździł Michał, to wtedy nie. Oraz nie są Fiatem Multipla, bo to najbrzydsze samochody świata. Albo nie są Volvem mojego szefa, bo na jego widok jest mi niedobrze.
- Siedzenie, sprzęgło - odpowiada?
- Tak, bardzo mi wygodnie.
- Ale ja bym ci jednak polecał automatyczną skrzynię biegów, będzie najwygodniej.
- Też tak myślę, ale i na tę bym nie narzekała.
- A kolor ci się podoba?
- Kolor nie ma dla mnie znaczenia. Ten co prawda jest żółty, więc będą do niego pakować wszystkie owady, ale w sumie mógłby być każdy, No, oprócz zielonego.
- To kupujemy?
Obruszam się:
- Jeśli już, to ja kupuję. Nie widzę powodów, żebyś ty miał kupować samochód. Jestem ci wdzięczna za pomoc i radę, ale to mój wydatek.
I wtedy Niedźwiedź wyziera z gawra:
- To już narzeczonej nie można samochodu kupić?
Zamarłam. Ręce zsuwają mi się po kierownicy. Zaschło mi w ustach. Widzę, że Niedźwiedź pilnie przygląda się mojej twarzy. I w swoim stylu:
- Coś źle powiedziałem?
Nie, niczego złego nie powiedziałeś.
Zadałeś pytanie.
To klasyczne pytanie z supozycją. Pytanie z tezą. Pytanie-groźba. Pytanie z niespodzianką. Każda normalna dziewczyna teraz by wyskoczyła z samochodu, zapiszczała, rzuciła ci się na szyję, zaczęła się do ciebie łasić, przytulać, obcałowywać cię, a potem oddałaby ci się na tylnym siedzeniu samochodu, wśród puszek po Tigerze i opakowaniach po Big Maku. I mówiłaby do ciebie: "mój misiaczku" albo "tygrysku".
Czuję, jak włosy jeżą mi się na głowie. Nie wiadomo, dlaczego, ale chce mi się płakać. Czuję zapach frezji. Michał mi je dawał, jak coś przeskrobał. Potem spinają mi się naprężacze nad kolanami, co oznacza: "uciekaj!".
Ostatnio powiedziałam Bognie, że jak Niedźwiedź pocałował mnie w zagłębienie w szyi, gdzie można wyczuć tętno, pomyślałam o śmierci. Bognę to zastanowiło. Bo podobno kobiety po przeżyciu traumy związanej z przemocą fizyczną nie myślą o śmierci.
No, to znowu namieszam w podręcznikach.
Cóż, bo to raz w życiu byłam rozczarowana? No nie, to nie nowość. Tylko tak mi żal, że to nastąpiło tak szybko. Owo rozczarowanie. Bo już tak pewnie się poczuł. Widzi, że mu ufam. Że pozwalam się całować. Czasem. Że jak przyjechał rano, to zrobiłam mu śniadanie.
"Pani Kasiu, świat musi być dla pani niezwykły - to może być dla świata za trudne" - powiedziała mi Bogna onegdaj, a ja zapisałam to ścieralnym pisakiem na płytkach w kuchni. Śmiałam się z tego zdania. Ale jest w nim głęboka prawda. Mam potrzebę widzenia w świecie niezwykłości. Domniemanej najczęściej.
Ale z drugiej strony: to nie chodzi o to, że ubarwiam rzeczywistość. Widzę ją trochę w jaśniejszych barwach, wyostrzam focus. Mam tak od dziecka, nic na to nie poradzę - dzięki tej umiejętności przetrwałam. Widzę, że Niedźwiedź ma dobre serce, ale widzę też, że nie chce mu się go mieć. Że woli wybierać drogę po linii najmniejszego oporu. Zgodnie ze sztuką i poleceniami podręczników psychologii powiedziałam jasno i wyraźnie, że inaczej wyobrażałam sobie wspólnie spędzany czas. Że skoro tu jestem, to może by mnie zauważył? Że może wyjdziemy gdzieś, choćby na spacer? Albo pojedziemy dokądś? Przejedziemy się? Skoro tak lubi jazdę samochodem? Bo ja właśnie znalazłam stronę internetową z fajnymi trasami po Polsce, żeby nie jeździć wokół Warszawy bez sensu. Że niech wybaczy, ale ja tak nie umiem i nie chcę: leżenie w łóżku kojarzy mi się z chorowaniem.
- Ale ja jestem zmęczony, a jedyne, czego chcę, to oglądać telewizję, o niczym nie myśleć, mieć wszystko w dupie. Rób sobie swoje rzeczy.
Myślę sobie: ok, to nie będę zawłaszczać jego przestrzeni, pójdę do sklepu po coś do jedzenia. Wyszłam, kiedy wszedł do łazienki. Wcześniej powiedziałam, dokąd idę.
Idę mroźnym osiedlem powolutku, bo boli mnie okrutnie. Zanim doszłam do sklepu, dzwoni::
- Gdzie ty jesteś?!
- Poszłam do sklepu, przecież ci mówiłam.
- Ale ja nie wiedziałem, że już wyszłaś.
- No przykro mi, nie będę krzyczeć na cały blok, że wychodzę.
Szum flashbacku.
- Gdzie ty, kurwa, jesteś?
- Wyszłam na wykład przecież.
- Jaki, kurwa, wykład, jak ja śniadania nie jadłem?!
- Mówiłam ci, że mamy przełożony wykład.
- To ja mam bez śniadania siedzieć?! KURWA?!!!
"No dobrze, pani Kasiu, pan Artur to nie to samo, co pan Michał, to są inni ludzie, inni mężczyźni."
No ok, może oni są inni, ale widać ja wciąż ta sama.
Kiedy te wszystkie śmieszne drobiazgi spisałam, to wszystko wydaje się śmieszne. Te zarzewia konfliktów, domniemanych katastrof. Te małe drzazgunie rzeczywistości. Tylko że przez te drobiazgi: śniadanie, obiad, skrzynię biegów, zamówienie pieczątki - sączy się życie. Sączy się codzienność. To przez te szczeliny istnienia wpływa w nas świat. Mycie talerzy, obcinanie paznokci, "zabrałeś pojemniki na jedzenie? Dlaczego nie zabrałeś? Dobrze, rozumiem, że zapomniałeś, ale to jedyna rzecz, o którą cię prosiłam. O nic więcej nie prosiłam".
I te okruchy, drobiazgi, pierogi z serem, za mała porcja ciasta, niskie ciśnienie, deszcz na betonie, radio za głośno, gdzie jest pilot - to wszystko wydaje mi się tak nieskończenie ciężkie. Nie do udźwignięcia. Takie mdłe, bez poloru, bez polotu, takie ciężkie kurzem oczywistości. Niestarania. Bo właśnie mam wrażenie, że jak tylko Niedźwiedź poczuł, że łajba nie buja, osiadł. Poczuł się pewnie. "Mam ją" - pomyślał. I przestał o mnie zabiegać. przestał mnie zaskakiwać. Po co, skoro już mnie ma.
Nie dam rady. Nie utrzymam tego. Nie zajmę się mieszkaniem, domem, obiadem, zakupami, zamówieniem pieczątki, wypraniem fartucha, uprasowaniem koszuli, jeśli on będzie robił, jak Michał: leżał przed telewizorem. Będą dni, że to ja będę potrzebowała pomocy.
I tu mam flashback. Leżę z potworną gorączką, mam zapalenie oskrzeli, jest 5.15, miałam jechać z Michałem na konferencję naukową do Warszawy. Ale nie mam siły nawet dojść do łazienki. Proszę go o wodę, ale mi nie przynosi. Syczy tylko: "miałaś mi koszulę uprasować, jadę z odczytem. Ty też miałaś jechać i, kurwa, co?"
I kurwa nic. Zostałam w łóżku, zwlokłam się tylko, żeby wyprowadzić Kropkę. Zobaczył mnie na trawniku sąsiad, złapał się za głowę, jak wyglądam. Zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk i baterię leków. Jeszcze tego samego dnia Michał zadzwonił pijany z Warszawy, bo dobrze się bawił na imprezie z nowo poznanymi kolegami: "no i co, kurwo, żałujesz, że nie pojechałaś?"
Albo jestem taką marudą i taką niewdzięczną francą, albo jestem tak straszliwie poraniona. Wymarzyłam sobie, że jednak będę kiedyś widziana i dostrzegana. Że będę szanowana. Bo udowodnił mi, że można. I kiedy mówię: "fiat, tak, jestem gotowa", on mi mówi, że jego zadowala tylko leżenie na kanapie. Cały dzień. Że on niczego więcej nie chce. A jeśli ja chcę, to bardzo proszę, ale mam sobie to zapewnić sama. Bo on, jak widać, leży. i nie ma zamiaru się ruszać.
Jakby nie było żadnego "tydzień wcześniej" i Nissana Juke'a.
Ani żadnych podchodów romantycznych.
Ani nocnych flirtów.
Ani zarzekań i deklaracji. Stwarzania poczucia bezpieczeństwa i troski.
A w zamian za to - co mam? Najwyżsżą Izbę Kontroli. Bezduszną Instytucję, w której trzeba odbić kartę zegarową. Wtedy szef jest zadowolony. Nie odchodzić dalej niż na długość sznurka. Informować, dokąd i po co się idzie oraz o której wróci.
Na wczorajszej sesji zdjęciowej gościł piesek wydawcy. To ona, Gala. Podobno jest głucha jak pień. Reaguje tylko na zapach jedzenia, ewentualnie szelest kanapki. Wtedy nagle słyszy.
W przerwach pomiędzy aktywnością w kuchni rozpłaszcza się na płytkach.
Taka radosna egzystencja naszych braci mniejszych.
Czy ja też tak będę? Żebrać o uwagę?
Zaczęło się niepozornie. Pomyślałam: oj, taka pogoda straszliwa, wilgoć nieskończona, całe ciało ogłosiło bunt przeciwko nadejściu jesieni, która podchody robiła i tak stanowczo za długo.
Ale to nie pogoda. To mój Los.
Dalej więc wygrywać mi na kościach psalmy, uciskać stawy krzyżowo-biodrowe. Byłam wtedy akurat u mamy. Pewna, że obecność tam potęguje Ból.
Ale nie. Bo jak dojechałam do Warszawy, noga sztywniała nadal. Cała niedziela w pozycji leżącej. Coraz trudniej mi wstać.
Kiedy dojechałam do Warszawy, miałam ambitny plan dojechać do Ikei, bo walające się wszędzie książki zagrażają mojemu życiu. Dołączył Niedźwiedź. Wniósł mi półki na górę. Kazał się położyć. Pilnował, żebym nie wstawała. Sam oglądał skoki narciarskie w drugim pokoju. Podobało mi się to, że mogę robić, co chcę. A on sobie trwa za ścianą i co jakiś czas sprawdza, czy na pewno leżę. Szkoda, że tylko raz tak było.
W poniedziałek nie poszłam do pracy, bo nie byłam w stanie zejść ze schodów na mojej klatce schodowej. Więc gdzie ja do przemierzania kilometrów po schodach w redakcji. W nagrodę za domniemane lenistwo (ale pracowałam przecież z domu), dostało mi się w redakcji. Po południu noga była tak sztywna, że Natalia na jodze rozłożyła ręce. Nawet asana podwieszana sprawiała mi ból. Trzeba było delikatnie, ostrożnie, nienerwowo. W środę odbiłam jako tako. W czwartek sześciokrotne trakcje na jodze pomogły. Ale w piątek znów mnie złożyło w scyzoryk. Tak samo w sobotę. W niedzielę przyjęłam po raz pierwszy od ponad roku końską dawkę leków przeciwbólowych, żeby zawieźć siebie i mamę na grób Babci. Bo to rocznica. Pierwsza rocznica. Aż trudno uwierzyć.
Ból ma nade mną nieograniczoną władzę. Drze, kłuje, rozpiera, pulsuje, usztywnia. Piecze, ostrzykuje, budzi w nocy po siedem razy. Kiedy zasypiam na boku, budzi mnie za dwie godziny i nie śpię przez Niego kolejne dwie. Bo w tym czasie próbuję położyć się na plecach. Nic nie pomaga: modły do nieistniejącego Boga, przekleństwa, pranajama, wspomnienia z Bałut, wołanie Babuni, wołanie Taty. Przecież ich wszystkich nie ma. Więc jak mogą mi pomóc?
Znasz to, Kasiu. Podjeżdża autobus. Wchodzisz ostatnia. Przyklejasz się do barierki, żeby cię ktoś nie potrącił. Żeby się asekurować w razie hamowania. Raz ci się nie udało ustawić wygodnie. Kiedy 141 zahamowało na Czerniakowskiej, myślałaś, że umrzesz z Bólu. Tylko przez chwilę zrobiło ci się słodko. Pociemniał obraz. Nikt z podróżujących tego nie zauważył. Na szczęście wszyscy mają smartfony.
Nie ma na Ból algorytmu. Nie wiesz, kiedy dopadnie. Czy wtedy, kiedy o milimetr przesunie się femoris względem obrąbka, czy wtedy, kiedy więzadło źle przytrzyma staw krzyżowo-biodrowy. Twoje życie to pasmo niespodzianek. Bolesnych.
A zatem od samego Bólu gorszy jest tylko strach przed Nim. Kiedy wychodzisz ze śmieciami i zastanawiasz się, czy zaboli cię. kiedy będziesz mijać bez przy klatce, czy kiedy będziesz rotować miednicę przy skręcie, czy wtedy, kiedy będziesz otwierać zamkiem magnetycznym drzwi od śmietnika. Może się zdarzyć, że w każdym z tych momentów. Bo ciągłość bólu wzdłuż czworogłowych wiązek mięśni masz gwarantowany.
Albo dziś. Jak Ty, Bólu, umiesz ludźmi upokarzać.
Kontrola biletów. Wchodzi zawsze dwóch kanarów. W szale sprawdzają, kogo mogą złowić. Podaję kartę miejską. To niełatwe, bo muszę ją wyciągnąć z torby i przy tym się trzymać. Kiedy weszłam do autobusu, były wolne miejsca. Ale na tych podwójnych siedzeniach ludzie wybierają siadanie od zewnątrz. Bo tak im wygodniej. Noga boli mnie tak bardzo, że nie dam rady przedzierać się na miejsce wewnętrzne, zginać sztywnej nogi, trzymać się jednocześnie, żeby nie upaść. Na ludzi nie działa przepraszający wzrok. Zresztą, uczę się nie przepraszać, że choruję. Stoję więc na złączeniu przegubów.
Podchodzi kanar o twarzy sprasowanego buraka cukrowego. Pika skaner. "Legitymacja" - rzęzi kanar bez "proszę". Znów wyciągam. Kanar patrzy.
- Ile ma pani lat?
- To nie ma znaczenia, ile mam lat.
- A ja ci mówię, że ma.
- Nie przypominam sobie, żebym z panem przechodziła na ty.
- No się pytam, ile masz lat, bo mi legitkę pokazujesz.
Cały autobus na Sielcach już patrzy.
- To nie jest legitymacja studencka, tylko osoby niepełnosprawnej. Niepełnosprawność nie ma wieku.
- To się okaże. Wysiadaj.
Utykam, oburzona. Trzęsą mi się ręce. Projektuję sobie, że zabiję go w stylu Hannibala Lectera. Na krwi tego chama przyrządzę neapolitański deser. I wyleję go do kanalizacji. W całości.
Nie tylko patrzy na mnie teraz cały autobus. Patrzą również ludzie na przystanku. Emeryci i emerytki, matki z dziećmi w wózkach, które do tego momentu miały wyjebane na cały świat, ale wreszcie jest temat. Poniosą go do piaskownic, przedszkoli, do teściowych, sióstr, kosmetyczek, w świat. Kaleka jedzie bez biletu.
Burak cukrowy w towarzystwie kolegi sadzeniaka oglądają moja legitymację. Burak do sadzeniaka:
- Zeskanujemy ją.
Słabo mi się robi z wściekłości:
- Proszę pana, mam orzeczoną niepełnosprawność w stopniu drugim. Upoważnia mnie do korzystania z ulgowych biletów.
Burak nie słyszy. Bawi się skanerem i do sadzeniaka:
- Paczsz, i tera tu ten kod skanujesz i ci się wyświetla, że ona... (podnosi okulary - starczowzroczność)... ma umiarkowany.
Gdybym mogła, ty podły gadzie, ty pryszczata jaszczurko, ty chamie śmierdzący nieprzetrwawioną wódką i zakąską, która ci uwięzła pomiędzy dolną dwójką a trójką, boś zębów umyć nie raczył, wyjechałabym ci w mordę nogą. Ale nie mogę. Bo moja noga obumiera. Zanika w niej ukrwienie. Nie jest odżywiana. Z trudem poruszam się po mieszkaniu, a co dopiero do pracy. Ale nie, nie zaszczycę cię widokiem moich łez. Los cię ukaże. Nie wiem jeszcze, jak. Ale wiem, że ukaże boleśnie.
Patrzę na niego:
- Wyedukował pan już siebie i kolegę wystarczająco?
- Nie wyglądasz, że ci coś jest.
- Nie mam zamiaru dyskutować z panem na temat widoczności choroby.
- A co ci jest?
Mam zamiar naprawdę rzucić się na niego z pazurami. Zamiast tego mówię:
- Spondyloarthritis ankylopoetica.
- Tym się zarazić można?
Mrużę oczy:
- Już pana zaraziłam. Umrze pan w męczarniach.
Pospiesznie oddaje mi kartę. I spierdala. Sadzeniak mało się nie przeżegnał. Postanawiam i na nim się zemścić:
- Pana też mam zarazić?
Patrzy na mnie nieco łagodniej niż papka z buraka cukrowego.
- To dziękujemy pani. Wdzenia.
Stoję na przystanku z trzęsącymi się rękami. Chce mi się płakać. I boli mnie. I jeszcze jadę do łagru. Tam, kiedy mówię, że muszę pracować z domu, bo nie mogę zejść po schodach, naczelny przewraca oczami i denerwuje się. A jak przyjeżdża wizytacja z centrali, prezes z biegunką od rana biega po firmie, po czym przyskakuje do mnie na korytarzu i syczy: "schowaj się, bo wstyd". Wstydzi się, że jego pracownik utyka. Swojego chamstwa i prostactwa się nie wstydzi. Chwali się nimi. Jego małość jest obezwładniająca.
Kasia wróciła do pracy o kuli i jest bardzo dzielna. Niestety, ona jest traktowana podobnie. Kiedy obciąga kości śródstopia, przez skórę przebija jej wkręcona blacha z siedmioma bodaj gwoździami. I w związku z absencją Kasi i jej prośbami o pracę z domu kręcą nosem. Więc nie tylko o mnie chodzi. Ale ja w ich przekonaniu w ubiegłym roku nagrabiłam sobie za dwa pokolenia niepełnosprawnych.
Znowu mam podkrążone oczy. Blednę. Chudnę. W poniedziałek pan doktor na Brazylijskiej usunął mi drugą ósemkę, która przed operacją stanowi potencjalne źródło zakażenia. Nastawiłam się na półtoragodzinny zabieg. Zabrałam ze sobą gumowego hipopotama, którego miętoszę zawsze podczas wizyty u dentysty. Nazwałam go Hipo Chondryk. Kiedy zobaczyłam, jak przystojny jest chirurg specjalizujący się w twarzoczaszkach, wcisnęłam Hipo Chondryka głęboko do torby. Sama ekstrakcja trwała nie więcej niż minutę. Zębodół wygląda ładnie. Goi się. Zdjęcie pantomograficzne powiedziało jednak, że z tymi dolnymi ósemkami nie będzie tak łatwo. Wyglądają jak pijane zające. Jedna rośnie w lewo zanadto, druga - w prawo. Pan doktor powiedział, że trzeba będzie ciąć dziąsło. Panie, Niedźwiedź mi chlaśnie biodro. To co mam się bać dwóch szwów na szczęce?
Dostałam ząb na pamiątkę (proszsz: ząb można, a kości nie). Korzeń wygląda jak zmiażdżony. Jakby oddziaływały na niego nieznane siły. Czasami mam wrażenie, że takie imadło miażdży moje kości. Może nawet w zębach to odczuwam?
I teraz love story, które blednie i powszednieje jak wszystko na tym świecie.
Bycie w relacji z lekarzem to jak bycie w relacji ze stacją kosmiczną. Kiedy ona nadaje sygnał, należy go odebrać natychmiast, niezwłocznie. W przeciwnym wypadku wysyła sygnały alarmowe, w panice. Snuje wizje na temat tego, że baza została porwana, wysadzona w powietrze, a w najgorszym wypadku: uprowadzona przez inny sputnik. Sytuacja zmienia się natomiast, kiedy baza próbuje wysłać sygnał do sondy lekarskiej. Wówczas należy uzbroić się w cierpliwość. Może się okazać, że sonda jest w trakcie operacji miednicy. Albo rzepki. Albo trzyma podważki podczas operacji biodra. Niech nas wówczas nie dziwi brak responsywności. Należy cierpliwie czekać, aż czas się wypełni. Może się zdarzyć, że sputnik uzna za stosowne zadzwonić o 1:28 do bazy. I należy wówczas głosem skowronka odebrać, ucieszyć się, zdać relację z przebiegu dnia i olać fakt, że się zostało wybudzonym ze snu głębokiego.
Tak się stało na przykłąd wczoraj, bo po ekstrakcji zęba Eugenia jednak miewa swoje fochy - po 22 byłam już trupem i położyłam się spać. Ponieważ Niedźwiedź znów jest przeziębiony i w związku z tym cały świat jest temu winien i powinien spieszyć mu z pomocą, również padł. Wcześniej ode mnie, bo po 18. Nie wysyłałam mu więc żadnych wiadomości, bo po co - skoro śpi, to niech śpi. Uznał za stosowne obudzić mnie telefonem w środku nocy, twierdząc, jakoby był "w panice, że nie piszę do niego".
Co to, kurwa, jest: czy ja mam naprawdę o każdej porze dnia i nocy dawać mu znać, jak wyglądają moje życiowe czynności?!
Niestety, obawiam się, że moje wieloletnie przebywanie z samą sobą poskutkuje i w tym przypadku katastrofą. Nie umiem być parą, partnerką. Nie umiem uparcie trwać w nicnierobieniu. Nie umiem siedzieć bezczynnie i patrzeć w ekran telewizora, szczególnie, jeśli widze na ekranie tak puste i miałkie zjawisko jak Comedy Central. Nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas. Po co mu ja obok w takim razie? Gapić się bezmyślnie w telewizor można wszak bez udziału osób trzecich. Kobiety tym bardziej.
Ale byłam dzielna. Starałam się. Czekałam, aż Niedźwiedź pozdaje te swoje egzaminy. Czekałam, aż wyrobi w tygodniu plan operacji. I po cichu liczyłam na to, że jak przyjdą weekendy, mimo mrozów będzie można pójść razem do kina, na wystawę, do teatru. O Boże, chociaż posiedzieć ze sobą i pogadać, a nie wisieć tylko na telefonie. Nie, nic z tego.
Owszem, Niedźwiedź potrafi objawić się o 7 rano w sobotę w przedpokoju, lustrując bacznie mogą piżamę z napisem "Sleep is for the weak" zalaną koncertowo pastą do zębów, ale jedyne, na co ma ochotę, to leżenie na kanapie. I już nawet nie skakanie po kanałach. On po prostu scala się z Comedy Central. Albo w porze poobiedniej z kanałem dokumentalnym.
Ja wszystko rozumiem: zmęczenie, przeoranie, wypalenie, resztki przeziębienia (ale do internisty dać się osłuchać to nie pójdzie). Ale nie wyobrażam sobie, że można do tego stopnia marnotrawić czas i przyjmować postawę abnegata. Liczyłam, że może chociaż któryś weekend spędzimy na rozmawianiu - o czymkolwiek: głupim szefie, beznadziejnym systemie zdrowotnym, gromadzeniu książek, szklanych sufitach, globalnym ociepleniu, akcji Wisła. A tu nic. Przegrywam z siłą szklanego ekranu.
I jakąś... obscenicznością codzienności. Te kruche momenty romantyzmu prysły gdzieś prędziutko, zanim zaistniały. Świetliki tak mają. Albo jętki. Jeszcze dobrze nie zaistnieją, a już giną. Kiedy mówię, że mnie boli (dzień dobroci z okazji mojego bólem złożenia trwał tylko kilka godzin), pyta mnie, dość niegrzecznie: "no i co? wypełniłaś kartę do zabiegu operacyjnego? Jeszcze nie? No to co ja mam ci powiedzieć?". No w sumie.
Przypomina mi się brat mojej mamy, który wydzwaniał do mnie po śmierci Babci:
- No i co? Kiedy pogrzeb? JESZCZE nie załatwiłaś?!
Tym większe jest moje smutne zdumienie, że nie dalej jak w ubiegłym tygodniu po dyżurze odebrał mnie z pracy. Moja radość nie miała granic, bo bolało mnie wtedy bardzo, miałam ciężką torbę. Jedziemy gdzieś pod Piaseczno. Przez głowę przemknęło mi, że może jednak zamorduje mnie gdzieś w lesie pod Magdalenką i wszystkie bóle mi przejdą wreszcie. Zajeżdżamy do salonu Nissana. Oczy mam jak talerze. Ludzie już chcą zamykać, ale jest jeszcze godzina.
Wsiadam do Juke'a. Niedźwiedź podnosi mi fotel. Jestem zachwycona, bo w nowych samochodach nawet manualne skrzynie biegów wyglądają inaczej. I sprzęgło wciska się tylko w zasadzie przy użyciu nogi od kolana w dół. Czyli tego samochodu mogłabym używać już trzy miesiące po operacji. Siedzenie ma wygodne. Prawie trzy razy mocniejszy niż w Pandzie silnik. Wygodną kierownicę. Jest wysoki, nie musiałabym się z niego wydłubywać jak z Pandy, kiedy boli. Tylko cenę ma nieosiągalną dla mnie. No ale kto biednemu zabroni siedzieć w Nissanie Juke'u? Siedzę i sobie wyobrażam, że trąbię na, dajmy na to, takiego sadzeniaka.
Niedźwiedź podchodzi od strony pasażera, stoi na zewnątrz samochodu, opiera się o drzwi i zagląda przez okno.
- Podoba ci się?
- No pewnie, że mi się podoba. Większość nowych samochodów mi się podoba.
W domyśle: chyba że są BMW w kolorze butelkowej zieleni, bo takim jeździł Michał, to wtedy nie. Oraz nie są Fiatem Multipla, bo to najbrzydsze samochody świata. Albo nie są Volvem mojego szefa, bo na jego widok jest mi niedobrze.
- Siedzenie, sprzęgło - odpowiada?
- Tak, bardzo mi wygodnie.
- Ale ja bym ci jednak polecał automatyczną skrzynię biegów, będzie najwygodniej.
- Też tak myślę, ale i na tę bym nie narzekała.
- A kolor ci się podoba?
- Kolor nie ma dla mnie znaczenia. Ten co prawda jest żółty, więc będą do niego pakować wszystkie owady, ale w sumie mógłby być każdy, No, oprócz zielonego.
- To kupujemy?
Obruszam się:
- Jeśli już, to ja kupuję. Nie widzę powodów, żebyś ty miał kupować samochód. Jestem ci wdzięczna za pomoc i radę, ale to mój wydatek.
I wtedy Niedźwiedź wyziera z gawra:
- To już narzeczonej nie można samochodu kupić?
Zamarłam. Ręce zsuwają mi się po kierownicy. Zaschło mi w ustach. Widzę, że Niedźwiedź pilnie przygląda się mojej twarzy. I w swoim stylu:
- Coś źle powiedziałem?
Nie, niczego złego nie powiedziałeś.
Zadałeś pytanie.
To klasyczne pytanie z supozycją. Pytanie z tezą. Pytanie-groźba. Pytanie z niespodzianką. Każda normalna dziewczyna teraz by wyskoczyła z samochodu, zapiszczała, rzuciła ci się na szyję, zaczęła się do ciebie łasić, przytulać, obcałowywać cię, a potem oddałaby ci się na tylnym siedzeniu samochodu, wśród puszek po Tigerze i opakowaniach po Big Maku. I mówiłaby do ciebie: "mój misiaczku" albo "tygrysku".
Czuję, jak włosy jeżą mi się na głowie. Nie wiadomo, dlaczego, ale chce mi się płakać. Czuję zapach frezji. Michał mi je dawał, jak coś przeskrobał. Potem spinają mi się naprężacze nad kolanami, co oznacza: "uciekaj!".
Ostatnio powiedziałam Bognie, że jak Niedźwiedź pocałował mnie w zagłębienie w szyi, gdzie można wyczuć tętno, pomyślałam o śmierci. Bognę to zastanowiło. Bo podobno kobiety po przeżyciu traumy związanej z przemocą fizyczną nie myślą o śmierci.
No, to znowu namieszam w podręcznikach.
Cóż, bo to raz w życiu byłam rozczarowana? No nie, to nie nowość. Tylko tak mi żal, że to nastąpiło tak szybko. Owo rozczarowanie. Bo już tak pewnie się poczuł. Widzi, że mu ufam. Że pozwalam się całować. Czasem. Że jak przyjechał rano, to zrobiłam mu śniadanie.
"Pani Kasiu, świat musi być dla pani niezwykły - to może być dla świata za trudne" - powiedziała mi Bogna onegdaj, a ja zapisałam to ścieralnym pisakiem na płytkach w kuchni. Śmiałam się z tego zdania. Ale jest w nim głęboka prawda. Mam potrzebę widzenia w świecie niezwykłości. Domniemanej najczęściej.
Ale z drugiej strony: to nie chodzi o to, że ubarwiam rzeczywistość. Widzę ją trochę w jaśniejszych barwach, wyostrzam focus. Mam tak od dziecka, nic na to nie poradzę - dzięki tej umiejętności przetrwałam. Widzę, że Niedźwiedź ma dobre serce, ale widzę też, że nie chce mu się go mieć. Że woli wybierać drogę po linii najmniejszego oporu. Zgodnie ze sztuką i poleceniami podręczników psychologii powiedziałam jasno i wyraźnie, że inaczej wyobrażałam sobie wspólnie spędzany czas. Że skoro tu jestem, to może by mnie zauważył? Że może wyjdziemy gdzieś, choćby na spacer? Albo pojedziemy dokądś? Przejedziemy się? Skoro tak lubi jazdę samochodem? Bo ja właśnie znalazłam stronę internetową z fajnymi trasami po Polsce, żeby nie jeździć wokół Warszawy bez sensu. Że niech wybaczy, ale ja tak nie umiem i nie chcę: leżenie w łóżku kojarzy mi się z chorowaniem.
- Ale ja jestem zmęczony, a jedyne, czego chcę, to oglądać telewizję, o niczym nie myśleć, mieć wszystko w dupie. Rób sobie swoje rzeczy.
Myślę sobie: ok, to nie będę zawłaszczać jego przestrzeni, pójdę do sklepu po coś do jedzenia. Wyszłam, kiedy wszedł do łazienki. Wcześniej powiedziałam, dokąd idę.
Idę mroźnym osiedlem powolutku, bo boli mnie okrutnie. Zanim doszłam do sklepu, dzwoni::
- Gdzie ty jesteś?!
- Poszłam do sklepu, przecież ci mówiłam.
- Ale ja nie wiedziałem, że już wyszłaś.
- No przykro mi, nie będę krzyczeć na cały blok, że wychodzę.
Szum flashbacku.
- Gdzie ty, kurwa, jesteś?
- Wyszłam na wykład przecież.
- Jaki, kurwa, wykład, jak ja śniadania nie jadłem?!
- Mówiłam ci, że mamy przełożony wykład.
- To ja mam bez śniadania siedzieć?! KURWA?!!!
"No dobrze, pani Kasiu, pan Artur to nie to samo, co pan Michał, to są inni ludzie, inni mężczyźni."
No ok, może oni są inni, ale widać ja wciąż ta sama.
Kiedy te wszystkie śmieszne drobiazgi spisałam, to wszystko wydaje się śmieszne. Te zarzewia konfliktów, domniemanych katastrof. Te małe drzazgunie rzeczywistości. Tylko że przez te drobiazgi: śniadanie, obiad, skrzynię biegów, zamówienie pieczątki - sączy się życie. Sączy się codzienność. To przez te szczeliny istnienia wpływa w nas świat. Mycie talerzy, obcinanie paznokci, "zabrałeś pojemniki na jedzenie? Dlaczego nie zabrałeś? Dobrze, rozumiem, że zapomniałeś, ale to jedyna rzecz, o którą cię prosiłam. O nic więcej nie prosiłam".
I te okruchy, drobiazgi, pierogi z serem, za mała porcja ciasta, niskie ciśnienie, deszcz na betonie, radio za głośno, gdzie jest pilot - to wszystko wydaje mi się tak nieskończenie ciężkie. Nie do udźwignięcia. Takie mdłe, bez poloru, bez polotu, takie ciężkie kurzem oczywistości. Niestarania. Bo właśnie mam wrażenie, że jak tylko Niedźwiedź poczuł, że łajba nie buja, osiadł. Poczuł się pewnie. "Mam ją" - pomyślał. I przestał o mnie zabiegać. przestał mnie zaskakiwać. Po co, skoro już mnie ma.
Nie dam rady. Nie utrzymam tego. Nie zajmę się mieszkaniem, domem, obiadem, zakupami, zamówieniem pieczątki, wypraniem fartucha, uprasowaniem koszuli, jeśli on będzie robił, jak Michał: leżał przed telewizorem. Będą dni, że to ja będę potrzebowała pomocy.
I tu mam flashback. Leżę z potworną gorączką, mam zapalenie oskrzeli, jest 5.15, miałam jechać z Michałem na konferencję naukową do Warszawy. Ale nie mam siły nawet dojść do łazienki. Proszę go o wodę, ale mi nie przynosi. Syczy tylko: "miałaś mi koszulę uprasować, jadę z odczytem. Ty też miałaś jechać i, kurwa, co?"
I kurwa nic. Zostałam w łóżku, zwlokłam się tylko, żeby wyprowadzić Kropkę. Zobaczył mnie na trawniku sąsiad, złapał się za głowę, jak wyglądam. Zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk i baterię leków. Jeszcze tego samego dnia Michał zadzwonił pijany z Warszawy, bo dobrze się bawił na imprezie z nowo poznanymi kolegami: "no i co, kurwo, żałujesz, że nie pojechałaś?"
Albo jestem taką marudą i taką niewdzięczną francą, albo jestem tak straszliwie poraniona. Wymarzyłam sobie, że jednak będę kiedyś widziana i dostrzegana. Że będę szanowana. Bo udowodnił mi, że można. I kiedy mówię: "fiat, tak, jestem gotowa", on mi mówi, że jego zadowala tylko leżenie na kanapie. Cały dzień. Że on niczego więcej nie chce. A jeśli ja chcę, to bardzo proszę, ale mam sobie to zapewnić sama. Bo on, jak widać, leży. i nie ma zamiaru się ruszać.
Jakby nie było żadnego "tydzień wcześniej" i Nissana Juke'a.
Ani żadnych podchodów romantycznych.
Ani nocnych flirtów.
Ani zarzekań i deklaracji. Stwarzania poczucia bezpieczeństwa i troski.
A w zamian za to - co mam? Najwyżsżą Izbę Kontroli. Bezduszną Instytucję, w której trzeba odbić kartę zegarową. Wtedy szef jest zadowolony. Nie odchodzić dalej niż na długość sznurka. Informować, dokąd i po co się idzie oraz o której wróci.
Na wczorajszej sesji zdjęciowej gościł piesek wydawcy. To ona, Gala. Podobno jest głucha jak pień. Reaguje tylko na zapach jedzenia, ewentualnie szelest kanapki. Wtedy nagle słyszy.
W przerwach pomiędzy aktywnością w kuchni rozpłaszcza się na płytkach.
Taka radosna egzystencja naszych braci mniejszych.
Czy ja też tak będę? Żebrać o uwagę?
wtorek, 13 listopada 2018
Jesteś
Co tam operacje biodra, emocjonalne usztywnienia, mamy histerie i zanieczyszczeenie powietrza.
Dziś o 3.55 na świat wkroczyła Zojka. Córeczka Natalii, z którą poznałyśmy się na Spartańskiej, kiedy leżałam tam po raz pierwszy. To 54 centymetry piękna o wadze 3,5 kilograma. Nastanie Zojki jest dla mnie dowodem na to, że żadna choroba nie jest w stanie pokonać Życia. Że żadne mroczne proroctwa o uciążliwości ciała nie są w stanie rozpleniania się tego Życia powstrzymać. Że zwycięży tylko to, co jasne i czyste, pędzące ku światłu, dalekie od dusznych gabinetów, zakurzonych archiwów i sztywnych ustaleń nadętych, międzynarodowych komisji. Mamy będą mamami zawsze, bo dzieci biorą się z miłości. I tylko z miłości.
Pomyślałam o Zojce, kiedy stałam na przystanku w oczekiwaniu na najbardziej beznadziejny autobus świata - 131. Jest już zdecydowanie chłodniej, Miałam na sobie wełniany płaszcz, czapkę krasnala i czytałam na czytniku inspirującą i pełną nadziei "Biografię raka", chociaż tytuł brzmi jak wyrok. Tyle w tej książce wiary w ludzkość i jej możliwości. W jej niezłomność, wytrwałość i wielkość. Że pokonamy samych siebie. Co niejednokrotnie udowodnilismy.
Czytałam o jakimś starożytnym lekarzu, który sporządzał notatki z informacjami szczegółowymi, bezcennymi z punktu widzenia współczesnej medycyny. Skąd on brał taką biegłość w opisie? Takie umiejętności analizy? Skąd w nim taki pęd do świata i życia? Odwieczny.
W pewnym momencie zauważyłam na ekranie kroplę. Pomyślałam: ktoś mi pewnie nakichał na czytnik. Potem na okładce zobaczyłam drugą kroplę. Spojrzałam do góry, pewna, że w nowym budynku na Polnej trwają prace wysokościowe. Słońce świeciło światłem ciepłym, słomkowożółtym, nielistopadowym.
Jakiś chłopak obok mnie wyciągnął przed siebie dłoń. Okazało się, że pada deszcz.
Spojrzał na mnie z wyciągniętą ręką i uśmiechnął się.
Też się uśmiechnęłam.
Wiję wianek z cudów.
Dziś o 3.55 na świat wkroczyła Zojka. Córeczka Natalii, z którą poznałyśmy się na Spartańskiej, kiedy leżałam tam po raz pierwszy. To 54 centymetry piękna o wadze 3,5 kilograma. Nastanie Zojki jest dla mnie dowodem na to, że żadna choroba nie jest w stanie pokonać Życia. Że żadne mroczne proroctwa o uciążliwości ciała nie są w stanie rozpleniania się tego Życia powstrzymać. Że zwycięży tylko to, co jasne i czyste, pędzące ku światłu, dalekie od dusznych gabinetów, zakurzonych archiwów i sztywnych ustaleń nadętych, międzynarodowych komisji. Mamy będą mamami zawsze, bo dzieci biorą się z miłości. I tylko z miłości.
Pomyślałam o Zojce, kiedy stałam na przystanku w oczekiwaniu na najbardziej beznadziejny autobus świata - 131. Jest już zdecydowanie chłodniej, Miałam na sobie wełniany płaszcz, czapkę krasnala i czytałam na czytniku inspirującą i pełną nadziei "Biografię raka", chociaż tytuł brzmi jak wyrok. Tyle w tej książce wiary w ludzkość i jej możliwości. W jej niezłomność, wytrwałość i wielkość. Że pokonamy samych siebie. Co niejednokrotnie udowodnilismy.
Czytałam o jakimś starożytnym lekarzu, który sporządzał notatki z informacjami szczegółowymi, bezcennymi z punktu widzenia współczesnej medycyny. Skąd on brał taką biegłość w opisie? Takie umiejętności analizy? Skąd w nim taki pęd do świata i życia? Odwieczny.
W pewnym momencie zauważyłam na ekranie kroplę. Pomyślałam: ktoś mi pewnie nakichał na czytnik. Potem na okładce zobaczyłam drugą kroplę. Spojrzałam do góry, pewna, że w nowym budynku na Polnej trwają prace wysokościowe. Słońce świeciło światłem ciepłym, słomkowożółtym, nielistopadowym.
Jakiś chłopak obok mnie wyciągnął przed siebie dłoń. Okazało się, że pada deszcz.
Spojrzał na mnie z wyciągniętą ręką i uśmiechnął się.
Też się uśmiechnęłam.
Wiję wianek z cudów.
Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
(...)
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






