Ledwo doczołgałam się dziś do przystanku.
Niedźwiedź nie dzwonił od rana.
Obraził się - wczoraj z redakcją Anywhere poszłam do Śródmieścia. Ja nie piłam, bo antybiotyk, ale lubię ich wszystkich i lubię z nimi być. Zresztą, lubię patrzeć, że inni mają normalne życie. Albo po prostu inne od mojego. Śmiałam się, jak chłopcy zorganizowali wyścigi po Hożej na elektrycznej hulajnodze. Kibicowałam im i zazdrościłam - też bym chciała na takiej się przejechać.
Niedźwiedź zadzwonił akurat w momencie, w którym na Poznańskiej darłam się za jednym z fotografów, żeby hamował przed skrzyżowaniem. Było ok. 23. Młoda godzina w sumie. Ale Niedźwiedź dopiero wyszedł ze szpitala. Przykro mi się zrobiło, że jest zmęczony i tyle pracuje. Zapytałam, czy coś jadł i czy może się już położyć. Odburknął coś i życzył z przekąsem dobre zabawy.
Tak, bawiłam się wyśmienicie. Rozmawialiśmy o filmach, książkach i teatrze. O przygodach w Warsie, zatrzaśnięciu się w toalecie na stacji, o podglądaniu ludzi i ciastach z jabłkami. A jak już miałam wychodzić, zagadał do mnie arcyciekawy i szarmancki człowiek, nie odwarknęłam się mu nawet, bo tak mnie redakcja dobrze nastroiła, po czym usłyszałam, że jest... ortopedą.
Wycofałam się rakiem, mam już dosyć takich znajomości. Złapał mnie za rękę:
- Słyszałem, że szukasz ciekawych historii.
- Owszem, wydawca bredzi o mnie takie rzeczy.
- A ja jestem z Krakowa.
- I to ma być ciekawe?
- No nie, ale ja jeszcze piszę wiersze.
Zamrugałam:
- Białe?
Pan Paweł uśmiecha się pod nosem i mówi:
- Heksametrem nawet jak będziesz chciała.
Uznałam to za tani podryw i postanowiłam się zebrać. Był z nim kolega, który utrzymywał, że jest prawnikiem, więc zamachałam ręką raptownie, że i takich znajomości mam dosyć. Potem po drodze wyguglałam, że znam skądś to nazwisko, które wymienił, jak mi się przedstawiał. Na wysokości zakładu wyrabiającego rękawiczki na Hożej oparłam się z wrażenia o ścianę. Prawnik, którego poznałam, orzeka w Trybunale Stanu. I przyjaźni się z ortopedą. No nie, ja naprawdę nie mogę wychodzić dalej niż do biblioteki osiedlowej.
Do przystanku normalnie idę 4 minuty. Wczoraj szłam 20. Dojechałam skrajnie mocno obolała do domu. W nocy prawie mi rozdarło biodro. Śnił mi się śnieg.
Przyszłam do pracy przed południem. Nie dałam rady wcześniej.
Po obiad do mikrofalówki szłam 8 minut. Normalnie zbiegam w 12 sekund.
Słyszę na korytarzu głos Marty z działu reklamy. Nie lubiłam jej, bo miała żelka z logiem Orlenu zamiast mózgu, ale przypomniało mi się, że urodziła dziecko i chciałam jej pogratulować. I w sumie nawet ucieszyłam się na jej widok. Idę, trzymając się pod boki, noga sztywna. Boję się, że ktoś mnie uderzy w korytarzu. Marta to widzi, ale nie komentuje. Na szczęście.
Opowiada szeroko, że dochodzi do siebie po cesarskim cięciu, że córeczka ma już dwa zęby (ej, to może kasować bilet! - zauważyłam bystro i praktycznie), że siada bokiem, raczkuje i opiera się na łokciu jak cesarzowa.
Pogratulowałam raz jeszcze, życzyłam, żeby się zdrowo chowała. Marta na to:
- Weź sobie tego spróbuj. Polecam.
Kraina Lodu. Takie uwagi zanurzają mnie w Krainie Lodu.
Bo dziś jak wchodziłam do firmy, mijał mnie kolega redakcyjny, znany kocmołuch i obibok. Idę wolno, dostawiam nogę na schodach. Przytrzymuje mi drzwi i kląska swoją źle zaszytą wargą:
- No już, poczekam.
Stuk-stuk. Stuk-stuk. To moje kroki.
- Dziękuję - sapię pomiędzy oddechami, pomiędzy stopniami, pomiędzy ukłuciami bólu.
Maciej się niecierpliwi:
- No, już masz ten dzień dobroci dla...
Zawiesza głos. I tu rozlega się rechot. Obrzydliwy, stadionowy, tylko on się tak śmiać potrafi. Weszłam już na górę. Staje przed nim, patrzę mu w oczy i pytam:
- No, dla kogo dzień dobroci?
Patrząc mi w oczy, odpowiada:
- Dla kalek, kurwa.
czwartek, 6 grudnia 2018
środa, 5 grudnia 2018
Hello, Darkness, my old friend
Wrócił na stałe ponad tydzień temu. Absolutnie nikt go nie zapraszał. Podświadomie nie ściągał, nie nawoływał. To takie przyjemne: nauczyć się żyć bez Niego. Ale się nie da. On musi być chociażby jako praca w tle. Czemu jeszcze się łudzę, że zniknie kiedykolwiek całkowicie?
Zaczęło się niepozornie. Pomyślałam: oj, taka pogoda straszliwa, wilgoć nieskończona, całe ciało ogłosiło bunt przeciwko nadejściu jesieni, która podchody robiła i tak stanowczo za długo.
Ale to nie pogoda. To mój Los.
Dalej więc wygrywać mi na kościach psalmy, uciskać stawy krzyżowo-biodrowe. Byłam wtedy akurat u mamy. Pewna, że obecność tam potęguje Ból.
Ale nie. Bo jak dojechałam do Warszawy, noga sztywniała nadal. Cała niedziela w pozycji leżącej. Coraz trudniej mi wstać.
Kiedy dojechałam do Warszawy, miałam ambitny plan dojechać do Ikei, bo walające się wszędzie książki zagrażają mojemu życiu. Dołączył Niedźwiedź. Wniósł mi półki na górę. Kazał się położyć. Pilnował, żebym nie wstawała. Sam oglądał skoki narciarskie w drugim pokoju. Podobało mi się to, że mogę robić, co chcę. A on sobie trwa za ścianą i co jakiś czas sprawdza, czy na pewno leżę. Szkoda, że tylko raz tak było.
W poniedziałek nie poszłam do pracy, bo nie byłam w stanie zejść ze schodów na mojej klatce schodowej. Więc gdzie ja do przemierzania kilometrów po schodach w redakcji. W nagrodę za domniemane lenistwo (ale pracowałam przecież z domu), dostało mi się w redakcji. Po południu noga była tak sztywna, że Natalia na jodze rozłożyła ręce. Nawet asana podwieszana sprawiała mi ból. Trzeba było delikatnie, ostrożnie, nienerwowo. W środę odbiłam jako tako. W czwartek sześciokrotne trakcje na jodze pomogły. Ale w piątek znów mnie złożyło w scyzoryk. Tak samo w sobotę. W niedzielę przyjęłam po raz pierwszy od ponad roku końską dawkę leków przeciwbólowych, żeby zawieźć siebie i mamę na grób Babci. Bo to rocznica. Pierwsza rocznica. Aż trudno uwierzyć.
Ból ma nade mną nieograniczoną władzę. Drze, kłuje, rozpiera, pulsuje, usztywnia. Piecze, ostrzykuje, budzi w nocy po siedem razy. Kiedy zasypiam na boku, budzi mnie za dwie godziny i nie śpię przez Niego kolejne dwie. Bo w tym czasie próbuję położyć się na plecach. Nic nie pomaga: modły do nieistniejącego Boga, przekleństwa, pranajama, wspomnienia z Bałut, wołanie Babuni, wołanie Taty. Przecież ich wszystkich nie ma. Więc jak mogą mi pomóc?
Znasz to, Kasiu. Podjeżdża autobus. Wchodzisz ostatnia. Przyklejasz się do barierki, żeby cię ktoś nie potrącił. Żeby się asekurować w razie hamowania. Raz ci się nie udało ustawić wygodnie. Kiedy 141 zahamowało na Czerniakowskiej, myślałaś, że umrzesz z Bólu. Tylko przez chwilę zrobiło ci się słodko. Pociemniał obraz. Nikt z podróżujących tego nie zauważył. Na szczęście wszyscy mają smartfony.
Nie ma na Ból algorytmu. Nie wiesz, kiedy dopadnie. Czy wtedy, kiedy o milimetr przesunie się femoris względem obrąbka, czy wtedy, kiedy więzadło źle przytrzyma staw krzyżowo-biodrowy. Twoje życie to pasmo niespodzianek. Bolesnych.
A zatem od samego Bólu gorszy jest tylko strach przed Nim. Kiedy wychodzisz ze śmieciami i zastanawiasz się, czy zaboli cię. kiedy będziesz mijać bez przy klatce, czy kiedy będziesz rotować miednicę przy skręcie, czy wtedy, kiedy będziesz otwierać zamkiem magnetycznym drzwi od śmietnika. Może się zdarzyć, że w każdym z tych momentów. Bo ciągłość bólu wzdłuż czworogłowych wiązek mięśni masz gwarantowany.
Albo dziś. Jak Ty, Bólu, umiesz ludźmi upokarzać.
Kontrola biletów. Wchodzi zawsze dwóch kanarów. W szale sprawdzają, kogo mogą złowić. Podaję kartę miejską. To niełatwe, bo muszę ją wyciągnąć z torby i przy tym się trzymać. Kiedy weszłam do autobusu, były wolne miejsca. Ale na tych podwójnych siedzeniach ludzie wybierają siadanie od zewnątrz. Bo tak im wygodniej. Noga boli mnie tak bardzo, że nie dam rady przedzierać się na miejsce wewnętrzne, zginać sztywnej nogi, trzymać się jednocześnie, żeby nie upaść. Na ludzi nie działa przepraszający wzrok. Zresztą, uczę się nie przepraszać, że choruję. Stoję więc na złączeniu przegubów.
Podchodzi kanar o twarzy sprasowanego buraka cukrowego. Pika skaner. "Legitymacja" - rzęzi kanar bez "proszę". Znów wyciągam. Kanar patrzy.
- Ile ma pani lat?
- To nie ma znaczenia, ile mam lat.
- A ja ci mówię, że ma.
- Nie przypominam sobie, żebym z panem przechodziła na ty.
- No się pytam, ile masz lat, bo mi legitkę pokazujesz.
Cały autobus na Sielcach już patrzy.
- To nie jest legitymacja studencka, tylko osoby niepełnosprawnej. Niepełnosprawność nie ma wieku.
- To się okaże. Wysiadaj.
Utykam, oburzona. Trzęsą mi się ręce. Projektuję sobie, że zabiję go w stylu Hannibala Lectera. Na krwi tego chama przyrządzę neapolitański deser. I wyleję go do kanalizacji. W całości.
Nie tylko patrzy na mnie teraz cały autobus. Patrzą również ludzie na przystanku. Emeryci i emerytki, matki z dziećmi w wózkach, które do tego momentu miały wyjebane na cały świat, ale wreszcie jest temat. Poniosą go do piaskownic, przedszkoli, do teściowych, sióstr, kosmetyczek, w świat. Kaleka jedzie bez biletu.
Burak cukrowy w towarzystwie kolegi sadzeniaka oglądają moja legitymację. Burak do sadzeniaka:
- Zeskanujemy ją.
Słabo mi się robi z wściekłości:
- Proszę pana, mam orzeczoną niepełnosprawność w stopniu drugim. Upoważnia mnie do korzystania z ulgowych biletów.
Burak nie słyszy. Bawi się skanerem i do sadzeniaka:
- Paczsz, i tera tu ten kod skanujesz i ci się wyświetla, że ona... (podnosi okulary - starczowzroczność)... ma umiarkowany.
Gdybym mogła, ty podły gadzie, ty pryszczata jaszczurko, ty chamie śmierdzący nieprzetrwawioną wódką i zakąską, która ci uwięzła pomiędzy dolną dwójką a trójką, boś zębów umyć nie raczył, wyjechałabym ci w mordę nogą. Ale nie mogę. Bo moja noga obumiera. Zanika w niej ukrwienie. Nie jest odżywiana. Z trudem poruszam się po mieszkaniu, a co dopiero do pracy. Ale nie, nie zaszczycę cię widokiem moich łez. Los cię ukaże. Nie wiem jeszcze, jak. Ale wiem, że ukaże boleśnie.
Patrzę na niego:
- Wyedukował pan już siebie i kolegę wystarczająco?
- Nie wyglądasz, że ci coś jest.
- Nie mam zamiaru dyskutować z panem na temat widoczności choroby.
- A co ci jest?
Mam zamiar naprawdę rzucić się na niego z pazurami. Zamiast tego mówię:
- Spondyloarthritis ankylopoetica.
- Tym się zarazić można?
Mrużę oczy:
- Już pana zaraziłam. Umrze pan w męczarniach.
Pospiesznie oddaje mi kartę. I spierdala. Sadzeniak mało się nie przeżegnał. Postanawiam i na nim się zemścić:
- Pana też mam zarazić?
Patrzy na mnie nieco łagodniej niż papka z buraka cukrowego.
- To dziękujemy pani. Wdzenia.
Stoję na przystanku z trzęsącymi się rękami. Chce mi się płakać. I boli mnie. I jeszcze jadę do łagru. Tam, kiedy mówię, że muszę pracować z domu, bo nie mogę zejść po schodach, naczelny przewraca oczami i denerwuje się. A jak przyjeżdża wizytacja z centrali, prezes z biegunką od rana biega po firmie, po czym przyskakuje do mnie na korytarzu i syczy: "schowaj się, bo wstyd". Wstydzi się, że jego pracownik utyka. Swojego chamstwa i prostactwa się nie wstydzi. Chwali się nimi. Jego małość jest obezwładniająca.
Kasia wróciła do pracy o kuli i jest bardzo dzielna. Niestety, ona jest traktowana podobnie. Kiedy obciąga kości śródstopia, przez skórę przebija jej wkręcona blacha z siedmioma bodaj gwoździami. I w związku z absencją Kasi i jej prośbami o pracę z domu kręcą nosem. Więc nie tylko o mnie chodzi. Ale ja w ich przekonaniu w ubiegłym roku nagrabiłam sobie za dwa pokolenia niepełnosprawnych.
Znowu mam podkrążone oczy. Blednę. Chudnę. W poniedziałek pan doktor na Brazylijskiej usunął mi drugą ósemkę, która przed operacją stanowi potencjalne źródło zakażenia. Nastawiłam się na półtoragodzinny zabieg. Zabrałam ze sobą gumowego hipopotama, którego miętoszę zawsze podczas wizyty u dentysty. Nazwałam go Hipo Chondryk. Kiedy zobaczyłam, jak przystojny jest chirurg specjalizujący się w twarzoczaszkach, wcisnęłam Hipo Chondryka głęboko do torby. Sama ekstrakcja trwała nie więcej niż minutę. Zębodół wygląda ładnie. Goi się. Zdjęcie pantomograficzne powiedziało jednak, że z tymi dolnymi ósemkami nie będzie tak łatwo. Wyglądają jak pijane zające. Jedna rośnie w lewo zanadto, druga - w prawo. Pan doktor powiedział, że trzeba będzie ciąć dziąsło. Panie, Niedźwiedź mi chlaśnie biodro. To co mam się bać dwóch szwów na szczęce?
Dostałam ząb na pamiątkę (proszsz: ząb można, a kości nie). Korzeń wygląda jak zmiażdżony. Jakby oddziaływały na niego nieznane siły. Czasami mam wrażenie, że takie imadło miażdży moje kości. Może nawet w zębach to odczuwam?
I teraz love story, które blednie i powszednieje jak wszystko na tym świecie.
Bycie w relacji z lekarzem to jak bycie w relacji ze stacją kosmiczną. Kiedy ona nadaje sygnał, należy go odebrać natychmiast, niezwłocznie. W przeciwnym wypadku wysyła sygnały alarmowe, w panice. Snuje wizje na temat tego, że baza została porwana, wysadzona w powietrze, a w najgorszym wypadku: uprowadzona przez inny sputnik. Sytuacja zmienia się natomiast, kiedy baza próbuje wysłać sygnał do sondy lekarskiej. Wówczas należy uzbroić się w cierpliwość. Może się okazać, że sonda jest w trakcie operacji miednicy. Albo rzepki. Albo trzyma podważki podczas operacji biodra. Niech nas wówczas nie dziwi brak responsywności. Należy cierpliwie czekać, aż czas się wypełni. Może się zdarzyć, że sputnik uzna za stosowne zadzwonić o 1:28 do bazy. I należy wówczas głosem skowronka odebrać, ucieszyć się, zdać relację z przebiegu dnia i olać fakt, że się zostało wybudzonym ze snu głębokiego.
Tak się stało na przykłąd wczoraj, bo po ekstrakcji zęba Eugenia jednak miewa swoje fochy - po 22 byłam już trupem i położyłam się spać. Ponieważ Niedźwiedź znów jest przeziębiony i w związku z tym cały świat jest temu winien i powinien spieszyć mu z pomocą, również padł. Wcześniej ode mnie, bo po 18. Nie wysyłałam mu więc żadnych wiadomości, bo po co - skoro śpi, to niech śpi. Uznał za stosowne obudzić mnie telefonem w środku nocy, twierdząc, jakoby był "w panice, że nie piszę do niego".
Co to, kurwa, jest: czy ja mam naprawdę o każdej porze dnia i nocy dawać mu znać, jak wyglądają moje życiowe czynności?!
Niestety, obawiam się, że moje wieloletnie przebywanie z samą sobą poskutkuje i w tym przypadku katastrofą. Nie umiem być parą, partnerką. Nie umiem uparcie trwać w nicnierobieniu. Nie umiem siedzieć bezczynnie i patrzeć w ekran telewizora, szczególnie, jeśli widze na ekranie tak puste i miałkie zjawisko jak Comedy Central. Nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas. Po co mu ja obok w takim razie? Gapić się bezmyślnie w telewizor można wszak bez udziału osób trzecich. Kobiety tym bardziej.
Ale byłam dzielna. Starałam się. Czekałam, aż Niedźwiedź pozdaje te swoje egzaminy. Czekałam, aż wyrobi w tygodniu plan operacji. I po cichu liczyłam na to, że jak przyjdą weekendy, mimo mrozów będzie można pójść razem do kina, na wystawę, do teatru. O Boże, chociaż posiedzieć ze sobą i pogadać, a nie wisieć tylko na telefonie. Nie, nic z tego.
Owszem, Niedźwiedź potrafi objawić się o 7 rano w sobotę w przedpokoju, lustrując bacznie mogą piżamę z napisem "Sleep is for the weak" zalaną koncertowo pastą do zębów, ale jedyne, na co ma ochotę, to leżenie na kanapie. I już nawet nie skakanie po kanałach. On po prostu scala się z Comedy Central. Albo w porze poobiedniej z kanałem dokumentalnym.
Ja wszystko rozumiem: zmęczenie, przeoranie, wypalenie, resztki przeziębienia (ale do internisty dać się osłuchać to nie pójdzie). Ale nie wyobrażam sobie, że można do tego stopnia marnotrawić czas i przyjmować postawę abnegata. Liczyłam, że może chociaż któryś weekend spędzimy na rozmawianiu - o czymkolwiek: głupim szefie, beznadziejnym systemie zdrowotnym, gromadzeniu książek, szklanych sufitach, globalnym ociepleniu, akcji Wisła. A tu nic. Przegrywam z siłą szklanego ekranu.
I jakąś... obscenicznością codzienności. Te kruche momenty romantyzmu prysły gdzieś prędziutko, zanim zaistniały. Świetliki tak mają. Albo jętki. Jeszcze dobrze nie zaistnieją, a już giną. Kiedy mówię, że mnie boli (dzień dobroci z okazji mojego bólem złożenia trwał tylko kilka godzin), pyta mnie, dość niegrzecznie: "no i co? wypełniłaś kartę do zabiegu operacyjnego? Jeszcze nie? No to co ja mam ci powiedzieć?". No w sumie.
Przypomina mi się brat mojej mamy, który wydzwaniał do mnie po śmierci Babci:
- No i co? Kiedy pogrzeb? JESZCZE nie załatwiłaś?!
Tym większe jest moje smutne zdumienie, że nie dalej jak w ubiegłym tygodniu po dyżurze odebrał mnie z pracy. Moja radość nie miała granic, bo bolało mnie wtedy bardzo, miałam ciężką torbę. Jedziemy gdzieś pod Piaseczno. Przez głowę przemknęło mi, że może jednak zamorduje mnie gdzieś w lesie pod Magdalenką i wszystkie bóle mi przejdą wreszcie. Zajeżdżamy do salonu Nissana. Oczy mam jak talerze. Ludzie już chcą zamykać, ale jest jeszcze godzina.
Wsiadam do Juke'a. Niedźwiedź podnosi mi fotel. Jestem zachwycona, bo w nowych samochodach nawet manualne skrzynie biegów wyglądają inaczej. I sprzęgło wciska się tylko w zasadzie przy użyciu nogi od kolana w dół. Czyli tego samochodu mogłabym używać już trzy miesiące po operacji. Siedzenie ma wygodne. Prawie trzy razy mocniejszy niż w Pandzie silnik. Wygodną kierownicę. Jest wysoki, nie musiałabym się z niego wydłubywać jak z Pandy, kiedy boli. Tylko cenę ma nieosiągalną dla mnie. No ale kto biednemu zabroni siedzieć w Nissanie Juke'u? Siedzę i sobie wyobrażam, że trąbię na, dajmy na to, takiego sadzeniaka.
Niedźwiedź podchodzi od strony pasażera, stoi na zewnątrz samochodu, opiera się o drzwi i zagląda przez okno.
- Podoba ci się?
- No pewnie, że mi się podoba. Większość nowych samochodów mi się podoba.
W domyśle: chyba że są BMW w kolorze butelkowej zieleni, bo takim jeździł Michał, to wtedy nie. Oraz nie są Fiatem Multipla, bo to najbrzydsze samochody świata. Albo nie są Volvem mojego szefa, bo na jego widok jest mi niedobrze.
- Siedzenie, sprzęgło - odpowiada?
- Tak, bardzo mi wygodnie.
- Ale ja bym ci jednak polecał automatyczną skrzynię biegów, będzie najwygodniej.
- Też tak myślę, ale i na tę bym nie narzekała.
- A kolor ci się podoba?
- Kolor nie ma dla mnie znaczenia. Ten co prawda jest żółty, więc będą do niego pakować wszystkie owady, ale w sumie mógłby być każdy, No, oprócz zielonego.
- To kupujemy?
Obruszam się:
- Jeśli już, to ja kupuję. Nie widzę powodów, żebyś ty miał kupować samochód. Jestem ci wdzięczna za pomoc i radę, ale to mój wydatek.
I wtedy Niedźwiedź wyziera z gawra:
- To już narzeczonej nie można samochodu kupić?
Zamarłam. Ręce zsuwają mi się po kierownicy. Zaschło mi w ustach. Widzę, że Niedźwiedź pilnie przygląda się mojej twarzy. I w swoim stylu:
- Coś źle powiedziałem?
Nie, niczego złego nie powiedziałeś.
Zadałeś pytanie.
To klasyczne pytanie z supozycją. Pytanie z tezą. Pytanie-groźba. Pytanie z niespodzianką. Każda normalna dziewczyna teraz by wyskoczyła z samochodu, zapiszczała, rzuciła ci się na szyję, zaczęła się do ciebie łasić, przytulać, obcałowywać cię, a potem oddałaby ci się na tylnym siedzeniu samochodu, wśród puszek po Tigerze i opakowaniach po Big Maku. I mówiłaby do ciebie: "mój misiaczku" albo "tygrysku".
Czuję, jak włosy jeżą mi się na głowie. Nie wiadomo, dlaczego, ale chce mi się płakać. Czuję zapach frezji. Michał mi je dawał, jak coś przeskrobał. Potem spinają mi się naprężacze nad kolanami, co oznacza: "uciekaj!".
Ostatnio powiedziałam Bognie, że jak Niedźwiedź pocałował mnie w zagłębienie w szyi, gdzie można wyczuć tętno, pomyślałam o śmierci. Bognę to zastanowiło. Bo podobno kobiety po przeżyciu traumy związanej z przemocą fizyczną nie myślą o śmierci.
No, to znowu namieszam w podręcznikach.
Cóż, bo to raz w życiu byłam rozczarowana? No nie, to nie nowość. Tylko tak mi żal, że to nastąpiło tak szybko. Owo rozczarowanie. Bo już tak pewnie się poczuł. Widzi, że mu ufam. Że pozwalam się całować. Czasem. Że jak przyjechał rano, to zrobiłam mu śniadanie.
"Pani Kasiu, świat musi być dla pani niezwykły - to może być dla świata za trudne" - powiedziała mi Bogna onegdaj, a ja zapisałam to ścieralnym pisakiem na płytkach w kuchni. Śmiałam się z tego zdania. Ale jest w nim głęboka prawda. Mam potrzebę widzenia w świecie niezwykłości. Domniemanej najczęściej.
Ale z drugiej strony: to nie chodzi o to, że ubarwiam rzeczywistość. Widzę ją trochę w jaśniejszych barwach, wyostrzam focus. Mam tak od dziecka, nic na to nie poradzę - dzięki tej umiejętności przetrwałam. Widzę, że Niedźwiedź ma dobre serce, ale widzę też, że nie chce mu się go mieć. Że woli wybierać drogę po linii najmniejszego oporu. Zgodnie ze sztuką i poleceniami podręczników psychologii powiedziałam jasno i wyraźnie, że inaczej wyobrażałam sobie wspólnie spędzany czas. Że skoro tu jestem, to może by mnie zauważył? Że może wyjdziemy gdzieś, choćby na spacer? Albo pojedziemy dokądś? Przejedziemy się? Skoro tak lubi jazdę samochodem? Bo ja właśnie znalazłam stronę internetową z fajnymi trasami po Polsce, żeby nie jeździć wokół Warszawy bez sensu. Że niech wybaczy, ale ja tak nie umiem i nie chcę: leżenie w łóżku kojarzy mi się z chorowaniem.
- Ale ja jestem zmęczony, a jedyne, czego chcę, to oglądać telewizję, o niczym nie myśleć, mieć wszystko w dupie. Rób sobie swoje rzeczy.
Myślę sobie: ok, to nie będę zawłaszczać jego przestrzeni, pójdę do sklepu po coś do jedzenia. Wyszłam, kiedy wszedł do łazienki. Wcześniej powiedziałam, dokąd idę.
Idę mroźnym osiedlem powolutku, bo boli mnie okrutnie. Zanim doszłam do sklepu, dzwoni::
- Gdzie ty jesteś?!
- Poszłam do sklepu, przecież ci mówiłam.
- Ale ja nie wiedziałem, że już wyszłaś.
- No przykro mi, nie będę krzyczeć na cały blok, że wychodzę.
Szum flashbacku.
- Gdzie ty, kurwa, jesteś?
- Wyszłam na wykład przecież.
- Jaki, kurwa, wykład, jak ja śniadania nie jadłem?!
- Mówiłam ci, że mamy przełożony wykład.
- To ja mam bez śniadania siedzieć?! KURWA?!!!
"No dobrze, pani Kasiu, pan Artur to nie to samo, co pan Michał, to są inni ludzie, inni mężczyźni."
No ok, może oni są inni, ale widać ja wciąż ta sama.
Kiedy te wszystkie śmieszne drobiazgi spisałam, to wszystko wydaje się śmieszne. Te zarzewia konfliktów, domniemanych katastrof. Te małe drzazgunie rzeczywistości. Tylko że przez te drobiazgi: śniadanie, obiad, skrzynię biegów, zamówienie pieczątki - sączy się życie. Sączy się codzienność. To przez te szczeliny istnienia wpływa w nas świat. Mycie talerzy, obcinanie paznokci, "zabrałeś pojemniki na jedzenie? Dlaczego nie zabrałeś? Dobrze, rozumiem, że zapomniałeś, ale to jedyna rzecz, o którą cię prosiłam. O nic więcej nie prosiłam".
I te okruchy, drobiazgi, pierogi z serem, za mała porcja ciasta, niskie ciśnienie, deszcz na betonie, radio za głośno, gdzie jest pilot - to wszystko wydaje mi się tak nieskończenie ciężkie. Nie do udźwignięcia. Takie mdłe, bez poloru, bez polotu, takie ciężkie kurzem oczywistości. Niestarania. Bo właśnie mam wrażenie, że jak tylko Niedźwiedź poczuł, że łajba nie buja, osiadł. Poczuł się pewnie. "Mam ją" - pomyślał. I przestał o mnie zabiegać. przestał mnie zaskakiwać. Po co, skoro już mnie ma.
Nie dam rady. Nie utrzymam tego. Nie zajmę się mieszkaniem, domem, obiadem, zakupami, zamówieniem pieczątki, wypraniem fartucha, uprasowaniem koszuli, jeśli on będzie robił, jak Michał: leżał przed telewizorem. Będą dni, że to ja będę potrzebowała pomocy.
I tu mam flashback. Leżę z potworną gorączką, mam zapalenie oskrzeli, jest 5.15, miałam jechać z Michałem na konferencję naukową do Warszawy. Ale nie mam siły nawet dojść do łazienki. Proszę go o wodę, ale mi nie przynosi. Syczy tylko: "miałaś mi koszulę uprasować, jadę z odczytem. Ty też miałaś jechać i, kurwa, co?"
I kurwa nic. Zostałam w łóżku, zwlokłam się tylko, żeby wyprowadzić Kropkę. Zobaczył mnie na trawniku sąsiad, złapał się za głowę, jak wyglądam. Zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk i baterię leków. Jeszcze tego samego dnia Michał zadzwonił pijany z Warszawy, bo dobrze się bawił na imprezie z nowo poznanymi kolegami: "no i co, kurwo, żałujesz, że nie pojechałaś?"
Albo jestem taką marudą i taką niewdzięczną francą, albo jestem tak straszliwie poraniona. Wymarzyłam sobie, że jednak będę kiedyś widziana i dostrzegana. Że będę szanowana. Bo udowodnił mi, że można. I kiedy mówię: "fiat, tak, jestem gotowa", on mi mówi, że jego zadowala tylko leżenie na kanapie. Cały dzień. Że on niczego więcej nie chce. A jeśli ja chcę, to bardzo proszę, ale mam sobie to zapewnić sama. Bo on, jak widać, leży. i nie ma zamiaru się ruszać.
Jakby nie było żadnego "tydzień wcześniej" i Nissana Juke'a.
Ani żadnych podchodów romantycznych.
Ani nocnych flirtów.
Ani zarzekań i deklaracji. Stwarzania poczucia bezpieczeństwa i troski.
A w zamian za to - co mam? Najwyżsżą Izbę Kontroli. Bezduszną Instytucję, w której trzeba odbić kartę zegarową. Wtedy szef jest zadowolony. Nie odchodzić dalej niż na długość sznurka. Informować, dokąd i po co się idzie oraz o której wróci.
Na wczorajszej sesji zdjęciowej gościł piesek wydawcy. To ona, Gala. Podobno jest głucha jak pień. Reaguje tylko na zapach jedzenia, ewentualnie szelest kanapki. Wtedy nagle słyszy.
W przerwach pomiędzy aktywnością w kuchni rozpłaszcza się na płytkach.
Taka radosna egzystencja naszych braci mniejszych.
Czy ja też tak będę? Żebrać o uwagę?
Zaczęło się niepozornie. Pomyślałam: oj, taka pogoda straszliwa, wilgoć nieskończona, całe ciało ogłosiło bunt przeciwko nadejściu jesieni, która podchody robiła i tak stanowczo za długo.
Ale to nie pogoda. To mój Los.
Dalej więc wygrywać mi na kościach psalmy, uciskać stawy krzyżowo-biodrowe. Byłam wtedy akurat u mamy. Pewna, że obecność tam potęguje Ból.
Ale nie. Bo jak dojechałam do Warszawy, noga sztywniała nadal. Cała niedziela w pozycji leżącej. Coraz trudniej mi wstać.
Kiedy dojechałam do Warszawy, miałam ambitny plan dojechać do Ikei, bo walające się wszędzie książki zagrażają mojemu życiu. Dołączył Niedźwiedź. Wniósł mi półki na górę. Kazał się położyć. Pilnował, żebym nie wstawała. Sam oglądał skoki narciarskie w drugim pokoju. Podobało mi się to, że mogę robić, co chcę. A on sobie trwa za ścianą i co jakiś czas sprawdza, czy na pewno leżę. Szkoda, że tylko raz tak było.
W poniedziałek nie poszłam do pracy, bo nie byłam w stanie zejść ze schodów na mojej klatce schodowej. Więc gdzie ja do przemierzania kilometrów po schodach w redakcji. W nagrodę za domniemane lenistwo (ale pracowałam przecież z domu), dostało mi się w redakcji. Po południu noga była tak sztywna, że Natalia na jodze rozłożyła ręce. Nawet asana podwieszana sprawiała mi ból. Trzeba było delikatnie, ostrożnie, nienerwowo. W środę odbiłam jako tako. W czwartek sześciokrotne trakcje na jodze pomogły. Ale w piątek znów mnie złożyło w scyzoryk. Tak samo w sobotę. W niedzielę przyjęłam po raz pierwszy od ponad roku końską dawkę leków przeciwbólowych, żeby zawieźć siebie i mamę na grób Babci. Bo to rocznica. Pierwsza rocznica. Aż trudno uwierzyć.
Ból ma nade mną nieograniczoną władzę. Drze, kłuje, rozpiera, pulsuje, usztywnia. Piecze, ostrzykuje, budzi w nocy po siedem razy. Kiedy zasypiam na boku, budzi mnie za dwie godziny i nie śpię przez Niego kolejne dwie. Bo w tym czasie próbuję położyć się na plecach. Nic nie pomaga: modły do nieistniejącego Boga, przekleństwa, pranajama, wspomnienia z Bałut, wołanie Babuni, wołanie Taty. Przecież ich wszystkich nie ma. Więc jak mogą mi pomóc?
Znasz to, Kasiu. Podjeżdża autobus. Wchodzisz ostatnia. Przyklejasz się do barierki, żeby cię ktoś nie potrącił. Żeby się asekurować w razie hamowania. Raz ci się nie udało ustawić wygodnie. Kiedy 141 zahamowało na Czerniakowskiej, myślałaś, że umrzesz z Bólu. Tylko przez chwilę zrobiło ci się słodko. Pociemniał obraz. Nikt z podróżujących tego nie zauważył. Na szczęście wszyscy mają smartfony.
Nie ma na Ból algorytmu. Nie wiesz, kiedy dopadnie. Czy wtedy, kiedy o milimetr przesunie się femoris względem obrąbka, czy wtedy, kiedy więzadło źle przytrzyma staw krzyżowo-biodrowy. Twoje życie to pasmo niespodzianek. Bolesnych.
A zatem od samego Bólu gorszy jest tylko strach przed Nim. Kiedy wychodzisz ze śmieciami i zastanawiasz się, czy zaboli cię. kiedy będziesz mijać bez przy klatce, czy kiedy będziesz rotować miednicę przy skręcie, czy wtedy, kiedy będziesz otwierać zamkiem magnetycznym drzwi od śmietnika. Może się zdarzyć, że w każdym z tych momentów. Bo ciągłość bólu wzdłuż czworogłowych wiązek mięśni masz gwarantowany.
Albo dziś. Jak Ty, Bólu, umiesz ludźmi upokarzać.
Kontrola biletów. Wchodzi zawsze dwóch kanarów. W szale sprawdzają, kogo mogą złowić. Podaję kartę miejską. To niełatwe, bo muszę ją wyciągnąć z torby i przy tym się trzymać. Kiedy weszłam do autobusu, były wolne miejsca. Ale na tych podwójnych siedzeniach ludzie wybierają siadanie od zewnątrz. Bo tak im wygodniej. Noga boli mnie tak bardzo, że nie dam rady przedzierać się na miejsce wewnętrzne, zginać sztywnej nogi, trzymać się jednocześnie, żeby nie upaść. Na ludzi nie działa przepraszający wzrok. Zresztą, uczę się nie przepraszać, że choruję. Stoję więc na złączeniu przegubów.
Podchodzi kanar o twarzy sprasowanego buraka cukrowego. Pika skaner. "Legitymacja" - rzęzi kanar bez "proszę". Znów wyciągam. Kanar patrzy.
- Ile ma pani lat?
- To nie ma znaczenia, ile mam lat.
- A ja ci mówię, że ma.
- Nie przypominam sobie, żebym z panem przechodziła na ty.
- No się pytam, ile masz lat, bo mi legitkę pokazujesz.
Cały autobus na Sielcach już patrzy.
- To nie jest legitymacja studencka, tylko osoby niepełnosprawnej. Niepełnosprawność nie ma wieku.
- To się okaże. Wysiadaj.
Utykam, oburzona. Trzęsą mi się ręce. Projektuję sobie, że zabiję go w stylu Hannibala Lectera. Na krwi tego chama przyrządzę neapolitański deser. I wyleję go do kanalizacji. W całości.
Nie tylko patrzy na mnie teraz cały autobus. Patrzą również ludzie na przystanku. Emeryci i emerytki, matki z dziećmi w wózkach, które do tego momentu miały wyjebane na cały świat, ale wreszcie jest temat. Poniosą go do piaskownic, przedszkoli, do teściowych, sióstr, kosmetyczek, w świat. Kaleka jedzie bez biletu.
Burak cukrowy w towarzystwie kolegi sadzeniaka oglądają moja legitymację. Burak do sadzeniaka:
- Zeskanujemy ją.
Słabo mi się robi z wściekłości:
- Proszę pana, mam orzeczoną niepełnosprawność w stopniu drugim. Upoważnia mnie do korzystania z ulgowych biletów.
Burak nie słyszy. Bawi się skanerem i do sadzeniaka:
- Paczsz, i tera tu ten kod skanujesz i ci się wyświetla, że ona... (podnosi okulary - starczowzroczność)... ma umiarkowany.
Gdybym mogła, ty podły gadzie, ty pryszczata jaszczurko, ty chamie śmierdzący nieprzetrwawioną wódką i zakąską, która ci uwięzła pomiędzy dolną dwójką a trójką, boś zębów umyć nie raczył, wyjechałabym ci w mordę nogą. Ale nie mogę. Bo moja noga obumiera. Zanika w niej ukrwienie. Nie jest odżywiana. Z trudem poruszam się po mieszkaniu, a co dopiero do pracy. Ale nie, nie zaszczycę cię widokiem moich łez. Los cię ukaże. Nie wiem jeszcze, jak. Ale wiem, że ukaże boleśnie.
Patrzę na niego:
- Wyedukował pan już siebie i kolegę wystarczająco?
- Nie wyglądasz, że ci coś jest.
- Nie mam zamiaru dyskutować z panem na temat widoczności choroby.
- A co ci jest?
Mam zamiar naprawdę rzucić się na niego z pazurami. Zamiast tego mówię:
- Spondyloarthritis ankylopoetica.
- Tym się zarazić można?
Mrużę oczy:
- Już pana zaraziłam. Umrze pan w męczarniach.
Pospiesznie oddaje mi kartę. I spierdala. Sadzeniak mało się nie przeżegnał. Postanawiam i na nim się zemścić:
- Pana też mam zarazić?
Patrzy na mnie nieco łagodniej niż papka z buraka cukrowego.
- To dziękujemy pani. Wdzenia.
Stoję na przystanku z trzęsącymi się rękami. Chce mi się płakać. I boli mnie. I jeszcze jadę do łagru. Tam, kiedy mówię, że muszę pracować z domu, bo nie mogę zejść po schodach, naczelny przewraca oczami i denerwuje się. A jak przyjeżdża wizytacja z centrali, prezes z biegunką od rana biega po firmie, po czym przyskakuje do mnie na korytarzu i syczy: "schowaj się, bo wstyd". Wstydzi się, że jego pracownik utyka. Swojego chamstwa i prostactwa się nie wstydzi. Chwali się nimi. Jego małość jest obezwładniająca.
Kasia wróciła do pracy o kuli i jest bardzo dzielna. Niestety, ona jest traktowana podobnie. Kiedy obciąga kości śródstopia, przez skórę przebija jej wkręcona blacha z siedmioma bodaj gwoździami. I w związku z absencją Kasi i jej prośbami o pracę z domu kręcą nosem. Więc nie tylko o mnie chodzi. Ale ja w ich przekonaniu w ubiegłym roku nagrabiłam sobie za dwa pokolenia niepełnosprawnych.
Znowu mam podkrążone oczy. Blednę. Chudnę. W poniedziałek pan doktor na Brazylijskiej usunął mi drugą ósemkę, która przed operacją stanowi potencjalne źródło zakażenia. Nastawiłam się na półtoragodzinny zabieg. Zabrałam ze sobą gumowego hipopotama, którego miętoszę zawsze podczas wizyty u dentysty. Nazwałam go Hipo Chondryk. Kiedy zobaczyłam, jak przystojny jest chirurg specjalizujący się w twarzoczaszkach, wcisnęłam Hipo Chondryka głęboko do torby. Sama ekstrakcja trwała nie więcej niż minutę. Zębodół wygląda ładnie. Goi się. Zdjęcie pantomograficzne powiedziało jednak, że z tymi dolnymi ósemkami nie będzie tak łatwo. Wyglądają jak pijane zające. Jedna rośnie w lewo zanadto, druga - w prawo. Pan doktor powiedział, że trzeba będzie ciąć dziąsło. Panie, Niedźwiedź mi chlaśnie biodro. To co mam się bać dwóch szwów na szczęce?
Dostałam ząb na pamiątkę (proszsz: ząb można, a kości nie). Korzeń wygląda jak zmiażdżony. Jakby oddziaływały na niego nieznane siły. Czasami mam wrażenie, że takie imadło miażdży moje kości. Może nawet w zębach to odczuwam?
I teraz love story, które blednie i powszednieje jak wszystko na tym świecie.
Bycie w relacji z lekarzem to jak bycie w relacji ze stacją kosmiczną. Kiedy ona nadaje sygnał, należy go odebrać natychmiast, niezwłocznie. W przeciwnym wypadku wysyła sygnały alarmowe, w panice. Snuje wizje na temat tego, że baza została porwana, wysadzona w powietrze, a w najgorszym wypadku: uprowadzona przez inny sputnik. Sytuacja zmienia się natomiast, kiedy baza próbuje wysłać sygnał do sondy lekarskiej. Wówczas należy uzbroić się w cierpliwość. Może się okazać, że sonda jest w trakcie operacji miednicy. Albo rzepki. Albo trzyma podważki podczas operacji biodra. Niech nas wówczas nie dziwi brak responsywności. Należy cierpliwie czekać, aż czas się wypełni. Może się zdarzyć, że sputnik uzna za stosowne zadzwonić o 1:28 do bazy. I należy wówczas głosem skowronka odebrać, ucieszyć się, zdać relację z przebiegu dnia i olać fakt, że się zostało wybudzonym ze snu głębokiego.
Tak się stało na przykłąd wczoraj, bo po ekstrakcji zęba Eugenia jednak miewa swoje fochy - po 22 byłam już trupem i położyłam się spać. Ponieważ Niedźwiedź znów jest przeziębiony i w związku z tym cały świat jest temu winien i powinien spieszyć mu z pomocą, również padł. Wcześniej ode mnie, bo po 18. Nie wysyłałam mu więc żadnych wiadomości, bo po co - skoro śpi, to niech śpi. Uznał za stosowne obudzić mnie telefonem w środku nocy, twierdząc, jakoby był "w panice, że nie piszę do niego".
Co to, kurwa, jest: czy ja mam naprawdę o każdej porze dnia i nocy dawać mu znać, jak wyglądają moje życiowe czynności?!
Niestety, obawiam się, że moje wieloletnie przebywanie z samą sobą poskutkuje i w tym przypadku katastrofą. Nie umiem być parą, partnerką. Nie umiem uparcie trwać w nicnierobieniu. Nie umiem siedzieć bezczynnie i patrzeć w ekran telewizora, szczególnie, jeśli widze na ekranie tak puste i miałkie zjawisko jak Comedy Central. Nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas. Po co mu ja obok w takim razie? Gapić się bezmyślnie w telewizor można wszak bez udziału osób trzecich. Kobiety tym bardziej.
Ale byłam dzielna. Starałam się. Czekałam, aż Niedźwiedź pozdaje te swoje egzaminy. Czekałam, aż wyrobi w tygodniu plan operacji. I po cichu liczyłam na to, że jak przyjdą weekendy, mimo mrozów będzie można pójść razem do kina, na wystawę, do teatru. O Boże, chociaż posiedzieć ze sobą i pogadać, a nie wisieć tylko na telefonie. Nie, nic z tego.
Owszem, Niedźwiedź potrafi objawić się o 7 rano w sobotę w przedpokoju, lustrując bacznie mogą piżamę z napisem "Sleep is for the weak" zalaną koncertowo pastą do zębów, ale jedyne, na co ma ochotę, to leżenie na kanapie. I już nawet nie skakanie po kanałach. On po prostu scala się z Comedy Central. Albo w porze poobiedniej z kanałem dokumentalnym.
Ja wszystko rozumiem: zmęczenie, przeoranie, wypalenie, resztki przeziębienia (ale do internisty dać się osłuchać to nie pójdzie). Ale nie wyobrażam sobie, że można do tego stopnia marnotrawić czas i przyjmować postawę abnegata. Liczyłam, że może chociaż któryś weekend spędzimy na rozmawianiu - o czymkolwiek: głupim szefie, beznadziejnym systemie zdrowotnym, gromadzeniu książek, szklanych sufitach, globalnym ociepleniu, akcji Wisła. A tu nic. Przegrywam z siłą szklanego ekranu.
I jakąś... obscenicznością codzienności. Te kruche momenty romantyzmu prysły gdzieś prędziutko, zanim zaistniały. Świetliki tak mają. Albo jętki. Jeszcze dobrze nie zaistnieją, a już giną. Kiedy mówię, że mnie boli (dzień dobroci z okazji mojego bólem złożenia trwał tylko kilka godzin), pyta mnie, dość niegrzecznie: "no i co? wypełniłaś kartę do zabiegu operacyjnego? Jeszcze nie? No to co ja mam ci powiedzieć?". No w sumie.
Przypomina mi się brat mojej mamy, który wydzwaniał do mnie po śmierci Babci:
- No i co? Kiedy pogrzeb? JESZCZE nie załatwiłaś?!
Tym większe jest moje smutne zdumienie, że nie dalej jak w ubiegłym tygodniu po dyżurze odebrał mnie z pracy. Moja radość nie miała granic, bo bolało mnie wtedy bardzo, miałam ciężką torbę. Jedziemy gdzieś pod Piaseczno. Przez głowę przemknęło mi, że może jednak zamorduje mnie gdzieś w lesie pod Magdalenką i wszystkie bóle mi przejdą wreszcie. Zajeżdżamy do salonu Nissana. Oczy mam jak talerze. Ludzie już chcą zamykać, ale jest jeszcze godzina.
Wsiadam do Juke'a. Niedźwiedź podnosi mi fotel. Jestem zachwycona, bo w nowych samochodach nawet manualne skrzynie biegów wyglądają inaczej. I sprzęgło wciska się tylko w zasadzie przy użyciu nogi od kolana w dół. Czyli tego samochodu mogłabym używać już trzy miesiące po operacji. Siedzenie ma wygodne. Prawie trzy razy mocniejszy niż w Pandzie silnik. Wygodną kierownicę. Jest wysoki, nie musiałabym się z niego wydłubywać jak z Pandy, kiedy boli. Tylko cenę ma nieosiągalną dla mnie. No ale kto biednemu zabroni siedzieć w Nissanie Juke'u? Siedzę i sobie wyobrażam, że trąbię na, dajmy na to, takiego sadzeniaka.
Niedźwiedź podchodzi od strony pasażera, stoi na zewnątrz samochodu, opiera się o drzwi i zagląda przez okno.
- Podoba ci się?
- No pewnie, że mi się podoba. Większość nowych samochodów mi się podoba.
W domyśle: chyba że są BMW w kolorze butelkowej zieleni, bo takim jeździł Michał, to wtedy nie. Oraz nie są Fiatem Multipla, bo to najbrzydsze samochody świata. Albo nie są Volvem mojego szefa, bo na jego widok jest mi niedobrze.
- Siedzenie, sprzęgło - odpowiada?
- Tak, bardzo mi wygodnie.
- Ale ja bym ci jednak polecał automatyczną skrzynię biegów, będzie najwygodniej.
- Też tak myślę, ale i na tę bym nie narzekała.
- A kolor ci się podoba?
- Kolor nie ma dla mnie znaczenia. Ten co prawda jest żółty, więc będą do niego pakować wszystkie owady, ale w sumie mógłby być każdy, No, oprócz zielonego.
- To kupujemy?
Obruszam się:
- Jeśli już, to ja kupuję. Nie widzę powodów, żebyś ty miał kupować samochód. Jestem ci wdzięczna za pomoc i radę, ale to mój wydatek.
I wtedy Niedźwiedź wyziera z gawra:
- To już narzeczonej nie można samochodu kupić?
Zamarłam. Ręce zsuwają mi się po kierownicy. Zaschło mi w ustach. Widzę, że Niedźwiedź pilnie przygląda się mojej twarzy. I w swoim stylu:
- Coś źle powiedziałem?
Nie, niczego złego nie powiedziałeś.
Zadałeś pytanie.
To klasyczne pytanie z supozycją. Pytanie z tezą. Pytanie-groźba. Pytanie z niespodzianką. Każda normalna dziewczyna teraz by wyskoczyła z samochodu, zapiszczała, rzuciła ci się na szyję, zaczęła się do ciebie łasić, przytulać, obcałowywać cię, a potem oddałaby ci się na tylnym siedzeniu samochodu, wśród puszek po Tigerze i opakowaniach po Big Maku. I mówiłaby do ciebie: "mój misiaczku" albo "tygrysku".
Czuję, jak włosy jeżą mi się na głowie. Nie wiadomo, dlaczego, ale chce mi się płakać. Czuję zapach frezji. Michał mi je dawał, jak coś przeskrobał. Potem spinają mi się naprężacze nad kolanami, co oznacza: "uciekaj!".
Ostatnio powiedziałam Bognie, że jak Niedźwiedź pocałował mnie w zagłębienie w szyi, gdzie można wyczuć tętno, pomyślałam o śmierci. Bognę to zastanowiło. Bo podobno kobiety po przeżyciu traumy związanej z przemocą fizyczną nie myślą o śmierci.
No, to znowu namieszam w podręcznikach.
Cóż, bo to raz w życiu byłam rozczarowana? No nie, to nie nowość. Tylko tak mi żal, że to nastąpiło tak szybko. Owo rozczarowanie. Bo już tak pewnie się poczuł. Widzi, że mu ufam. Że pozwalam się całować. Czasem. Że jak przyjechał rano, to zrobiłam mu śniadanie.
"Pani Kasiu, świat musi być dla pani niezwykły - to może być dla świata za trudne" - powiedziała mi Bogna onegdaj, a ja zapisałam to ścieralnym pisakiem na płytkach w kuchni. Śmiałam się z tego zdania. Ale jest w nim głęboka prawda. Mam potrzebę widzenia w świecie niezwykłości. Domniemanej najczęściej.
Ale z drugiej strony: to nie chodzi o to, że ubarwiam rzeczywistość. Widzę ją trochę w jaśniejszych barwach, wyostrzam focus. Mam tak od dziecka, nic na to nie poradzę - dzięki tej umiejętności przetrwałam. Widzę, że Niedźwiedź ma dobre serce, ale widzę też, że nie chce mu się go mieć. Że woli wybierać drogę po linii najmniejszego oporu. Zgodnie ze sztuką i poleceniami podręczników psychologii powiedziałam jasno i wyraźnie, że inaczej wyobrażałam sobie wspólnie spędzany czas. Że skoro tu jestem, to może by mnie zauważył? Że może wyjdziemy gdzieś, choćby na spacer? Albo pojedziemy dokądś? Przejedziemy się? Skoro tak lubi jazdę samochodem? Bo ja właśnie znalazłam stronę internetową z fajnymi trasami po Polsce, żeby nie jeździć wokół Warszawy bez sensu. Że niech wybaczy, ale ja tak nie umiem i nie chcę: leżenie w łóżku kojarzy mi się z chorowaniem.
- Ale ja jestem zmęczony, a jedyne, czego chcę, to oglądać telewizję, o niczym nie myśleć, mieć wszystko w dupie. Rób sobie swoje rzeczy.
Myślę sobie: ok, to nie będę zawłaszczać jego przestrzeni, pójdę do sklepu po coś do jedzenia. Wyszłam, kiedy wszedł do łazienki. Wcześniej powiedziałam, dokąd idę.
Idę mroźnym osiedlem powolutku, bo boli mnie okrutnie. Zanim doszłam do sklepu, dzwoni::
- Gdzie ty jesteś?!
- Poszłam do sklepu, przecież ci mówiłam.
- Ale ja nie wiedziałem, że już wyszłaś.
- No przykro mi, nie będę krzyczeć na cały blok, że wychodzę.
Szum flashbacku.
- Gdzie ty, kurwa, jesteś?
- Wyszłam na wykład przecież.
- Jaki, kurwa, wykład, jak ja śniadania nie jadłem?!
- Mówiłam ci, że mamy przełożony wykład.
- To ja mam bez śniadania siedzieć?! KURWA?!!!
"No dobrze, pani Kasiu, pan Artur to nie to samo, co pan Michał, to są inni ludzie, inni mężczyźni."
No ok, może oni są inni, ale widać ja wciąż ta sama.
Kiedy te wszystkie śmieszne drobiazgi spisałam, to wszystko wydaje się śmieszne. Te zarzewia konfliktów, domniemanych katastrof. Te małe drzazgunie rzeczywistości. Tylko że przez te drobiazgi: śniadanie, obiad, skrzynię biegów, zamówienie pieczątki - sączy się życie. Sączy się codzienność. To przez te szczeliny istnienia wpływa w nas świat. Mycie talerzy, obcinanie paznokci, "zabrałeś pojemniki na jedzenie? Dlaczego nie zabrałeś? Dobrze, rozumiem, że zapomniałeś, ale to jedyna rzecz, o którą cię prosiłam. O nic więcej nie prosiłam".
I te okruchy, drobiazgi, pierogi z serem, za mała porcja ciasta, niskie ciśnienie, deszcz na betonie, radio za głośno, gdzie jest pilot - to wszystko wydaje mi się tak nieskończenie ciężkie. Nie do udźwignięcia. Takie mdłe, bez poloru, bez polotu, takie ciężkie kurzem oczywistości. Niestarania. Bo właśnie mam wrażenie, że jak tylko Niedźwiedź poczuł, że łajba nie buja, osiadł. Poczuł się pewnie. "Mam ją" - pomyślał. I przestał o mnie zabiegać. przestał mnie zaskakiwać. Po co, skoro już mnie ma.
Nie dam rady. Nie utrzymam tego. Nie zajmę się mieszkaniem, domem, obiadem, zakupami, zamówieniem pieczątki, wypraniem fartucha, uprasowaniem koszuli, jeśli on będzie robił, jak Michał: leżał przed telewizorem. Będą dni, że to ja będę potrzebowała pomocy.
I tu mam flashback. Leżę z potworną gorączką, mam zapalenie oskrzeli, jest 5.15, miałam jechać z Michałem na konferencję naukową do Warszawy. Ale nie mam siły nawet dojść do łazienki. Proszę go o wodę, ale mi nie przynosi. Syczy tylko: "miałaś mi koszulę uprasować, jadę z odczytem. Ty też miałaś jechać i, kurwa, co?"
I kurwa nic. Zostałam w łóżku, zwlokłam się tylko, żeby wyprowadzić Kropkę. Zobaczył mnie na trawniku sąsiad, złapał się za głowę, jak wyglądam. Zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk i baterię leków. Jeszcze tego samego dnia Michał zadzwonił pijany z Warszawy, bo dobrze się bawił na imprezie z nowo poznanymi kolegami: "no i co, kurwo, żałujesz, że nie pojechałaś?"
Albo jestem taką marudą i taką niewdzięczną francą, albo jestem tak straszliwie poraniona. Wymarzyłam sobie, że jednak będę kiedyś widziana i dostrzegana. Że będę szanowana. Bo udowodnił mi, że można. I kiedy mówię: "fiat, tak, jestem gotowa", on mi mówi, że jego zadowala tylko leżenie na kanapie. Cały dzień. Że on niczego więcej nie chce. A jeśli ja chcę, to bardzo proszę, ale mam sobie to zapewnić sama. Bo on, jak widać, leży. i nie ma zamiaru się ruszać.
Jakby nie było żadnego "tydzień wcześniej" i Nissana Juke'a.
Ani żadnych podchodów romantycznych.
Ani nocnych flirtów.
Ani zarzekań i deklaracji. Stwarzania poczucia bezpieczeństwa i troski.
A w zamian za to - co mam? Najwyżsżą Izbę Kontroli. Bezduszną Instytucję, w której trzeba odbić kartę zegarową. Wtedy szef jest zadowolony. Nie odchodzić dalej niż na długość sznurka. Informować, dokąd i po co się idzie oraz o której wróci.
Na wczorajszej sesji zdjęciowej gościł piesek wydawcy. To ona, Gala. Podobno jest głucha jak pień. Reaguje tylko na zapach jedzenia, ewentualnie szelest kanapki. Wtedy nagle słyszy.
W przerwach pomiędzy aktywnością w kuchni rozpłaszcza się na płytkach.
Taka radosna egzystencja naszych braci mniejszych.
Czy ja też tak będę? Żebrać o uwagę?
wtorek, 13 listopada 2018
Jesteś
Co tam operacje biodra, emocjonalne usztywnienia, mamy histerie i zanieczyszczeenie powietrza.
Dziś o 3.55 na świat wkroczyła Zojka. Córeczka Natalii, z którą poznałyśmy się na Spartańskiej, kiedy leżałam tam po raz pierwszy. To 54 centymetry piękna o wadze 3,5 kilograma. Nastanie Zojki jest dla mnie dowodem na to, że żadna choroba nie jest w stanie pokonać Życia. Że żadne mroczne proroctwa o uciążliwości ciała nie są w stanie rozpleniania się tego Życia powstrzymać. Że zwycięży tylko to, co jasne i czyste, pędzące ku światłu, dalekie od dusznych gabinetów, zakurzonych archiwów i sztywnych ustaleń nadętych, międzynarodowych komisji. Mamy będą mamami zawsze, bo dzieci biorą się z miłości. I tylko z miłości.
Pomyślałam o Zojce, kiedy stałam na przystanku w oczekiwaniu na najbardziej beznadziejny autobus świata - 131. Jest już zdecydowanie chłodniej, Miałam na sobie wełniany płaszcz, czapkę krasnala i czytałam na czytniku inspirującą i pełną nadziei "Biografię raka", chociaż tytuł brzmi jak wyrok. Tyle w tej książce wiary w ludzkość i jej możliwości. W jej niezłomność, wytrwałość i wielkość. Że pokonamy samych siebie. Co niejednokrotnie udowodnilismy.
Czytałam o jakimś starożytnym lekarzu, który sporządzał notatki z informacjami szczegółowymi, bezcennymi z punktu widzenia współczesnej medycyny. Skąd on brał taką biegłość w opisie? Takie umiejętności analizy? Skąd w nim taki pęd do świata i życia? Odwieczny.
W pewnym momencie zauważyłam na ekranie kroplę. Pomyślałam: ktoś mi pewnie nakichał na czytnik. Potem na okładce zobaczyłam drugą kroplę. Spojrzałam do góry, pewna, że w nowym budynku na Polnej trwają prace wysokościowe. Słońce świeciło światłem ciepłym, słomkowożółtym, nielistopadowym.
Jakiś chłopak obok mnie wyciągnął przed siebie dłoń. Okazało się, że pada deszcz.
Spojrzał na mnie z wyciągniętą ręką i uśmiechnął się.
Też się uśmiechnęłam.
Wiję wianek z cudów.
Dziś o 3.55 na świat wkroczyła Zojka. Córeczka Natalii, z którą poznałyśmy się na Spartańskiej, kiedy leżałam tam po raz pierwszy. To 54 centymetry piękna o wadze 3,5 kilograma. Nastanie Zojki jest dla mnie dowodem na to, że żadna choroba nie jest w stanie pokonać Życia. Że żadne mroczne proroctwa o uciążliwości ciała nie są w stanie rozpleniania się tego Życia powstrzymać. Że zwycięży tylko to, co jasne i czyste, pędzące ku światłu, dalekie od dusznych gabinetów, zakurzonych archiwów i sztywnych ustaleń nadętych, międzynarodowych komisji. Mamy będą mamami zawsze, bo dzieci biorą się z miłości. I tylko z miłości.
Pomyślałam o Zojce, kiedy stałam na przystanku w oczekiwaniu na najbardziej beznadziejny autobus świata - 131. Jest już zdecydowanie chłodniej, Miałam na sobie wełniany płaszcz, czapkę krasnala i czytałam na czytniku inspirującą i pełną nadziei "Biografię raka", chociaż tytuł brzmi jak wyrok. Tyle w tej książce wiary w ludzkość i jej możliwości. W jej niezłomność, wytrwałość i wielkość. Że pokonamy samych siebie. Co niejednokrotnie udowodnilismy.
Czytałam o jakimś starożytnym lekarzu, który sporządzał notatki z informacjami szczegółowymi, bezcennymi z punktu widzenia współczesnej medycyny. Skąd on brał taką biegłość w opisie? Takie umiejętności analizy? Skąd w nim taki pęd do świata i życia? Odwieczny.
W pewnym momencie zauważyłam na ekranie kroplę. Pomyślałam: ktoś mi pewnie nakichał na czytnik. Potem na okładce zobaczyłam drugą kroplę. Spojrzałam do góry, pewna, że w nowym budynku na Polnej trwają prace wysokościowe. Słońce świeciło światłem ciepłym, słomkowożółtym, nielistopadowym.
Jakiś chłopak obok mnie wyciągnął przed siebie dłoń. Okazało się, że pada deszcz.
Spojrzał na mnie z wyciągniętą ręką i uśmiechnął się.
Też się uśmiechnęłam.
Wiję wianek z cudów.
Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
(...)
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
poniedziałek, 12 listopada 2018
Dobra, zmiana
Spędziłam z Doktorem Niedźwiedziem upojną noc. Jej upojność polegała na tym, że do czwartej nad ranem studiowaliśmy razem podręcznik do sekcji zwłok i pan doktor, nieprzytomny ze zmęczenia, odpowiadał na moje najbardziej niedorzeczne pytania. Cierpliwie. Wszystko brał na serio i nawet nie zauważył, że na wiele pytań znam odpowiedź. Tylko muszę oczywiście pójść na udry i udawać idiotkę. Jestem pełna podziwu, że to znosi. I wobec siebie pełna pogardy, że mu to robię. Słaniał się na nogach, kiedy wychodził ode mnie. Wykonał jeden jedyny raptowny gest. Przytrzymał mnie mocno w pasie (jedną ręką obejmuje mnie całą (!). Chyba zauważył w moich oczach strach. Więc pocałował mnie w zagłębienie pomiędzy żuchwą (a nie tam żadną dolną szczęką, nie) i szyją - tam, gdzie wyczuwa się tętno u nieprzytomnego.
- Sucha glizdo, gdzie ty byłaś przez te wszystkie lata mojego życia?
Kiedy zamknęłam za nim drzwi, znów pomyślałam to, co kiedyś mu napisałam: "wyszłam po dżdżu".
***
- To czego wy się tam uczycie na tych zajęciach u Grynberga?
- Uczymy się słuchać. I pisać o tym, co usłyszeliśmy. Wydobywać z ludzi to, co chcą powiedzieć, a nie potrafią.
- O, to może wreszcie zaczniesz mnie słuchać.
- Co to za bierna agresja?! Przecież słucham, zawsze słucham.
- Nie, nie zawsze. Nie chcesz słyszeć tego, co do ciebie mówię. Nie chcesz tego przyjąć. Zależy mi na tym, żeby być choć promilem twojego życia. Wiem, nie przerywaj, wiem, że jesteś niezależna i że ze wszystkim sama sobie poradzisz. Wiem, że wszystko potrafisz zrobić sama. Ale chcę, żebyś wiedziała, że nie musisz. Chcę być ci potrzebny. I chcę ci pomagać. Nie musisz się zarzynać zleceniami. Remont możesz sobie zrobić kiedy indziej. Mam cztery pokoje. Dwóch w ogóle nie używam. Przygotuję dla ciebie pokój po operacji. Zabiorę cię do domu. Będę się tobą opiekował. Wezmę urlop i nie będę się ruszał. Zawiozę cię, gdzie będziesz potrzebowała. Pozwól mi być częścią swojego życia.
Well, rzadko się zdarza, żeby mnie zamurowało. Stanowczość i jednoczesna łagodność w jego głosie sprawiły, że oniemiałam. Nie umiem, nie umiem jeszcze przyjmować tego, co dostaję od losu. Nie umiem więc w konsekwencji słuchać. Nie umiem widzieć człowieka w całości, tak jak mnie mama nie widzi.
Nade wszystko: nie wierzę w swoje szczęście.
Czy on jest taki naprawdę? Czy tylko udaje? A potem będzie jak wszyscy? Do obsługiwania? Znoszenia jego fochów? Cichych dni?
***
Droga A., kimkolwiek jesteś, dziękuję, że czytasz. I Tobie, Aniu, bo wiem, że też śledzisz. I Tobie, Julito, dziękuję.
Nie nadążam za barokowością życia, nie umiem sklasyfikować. Nie wiem, co będzie. Boję się, że przekręcę mechanizm w i w Niedźwiedziu sprężyna odporności pęknie. Ale nie umiem przestać. Całe życie żyłam na krawędzi. Pomiędzy życiem a śmiercią. Wygraną i przegraną. Znów przetwarzam bodaj jakiś schemat.
W kwestii matki jeszcze. w Ubiegłym tygodniu poszłam do kina na film "Suspiria", bo kocham Tildę Swinton w każdej postaci. Żadna to nowość, ale wniosek w filmowej lektury można sprowadzić do jednego: matka to ta, która daje życie i jednocześnie je odbiera. To nie może wróżyć łatwej relacji.
- Sucha glizdo, gdzie ty byłaś przez te wszystkie lata mojego życia?
Kiedy zamknęłam za nim drzwi, znów pomyślałam to, co kiedyś mu napisałam: "wyszłam po dżdżu".
***
- To czego wy się tam uczycie na tych zajęciach u Grynberga?
- Uczymy się słuchać. I pisać o tym, co usłyszeliśmy. Wydobywać z ludzi to, co chcą powiedzieć, a nie potrafią.
- O, to może wreszcie zaczniesz mnie słuchać.
- Co to za bierna agresja?! Przecież słucham, zawsze słucham.
- Nie, nie zawsze. Nie chcesz słyszeć tego, co do ciebie mówię. Nie chcesz tego przyjąć. Zależy mi na tym, żeby być choć promilem twojego życia. Wiem, nie przerywaj, wiem, że jesteś niezależna i że ze wszystkim sama sobie poradzisz. Wiem, że wszystko potrafisz zrobić sama. Ale chcę, żebyś wiedziała, że nie musisz. Chcę być ci potrzebny. I chcę ci pomagać. Nie musisz się zarzynać zleceniami. Remont możesz sobie zrobić kiedy indziej. Mam cztery pokoje. Dwóch w ogóle nie używam. Przygotuję dla ciebie pokój po operacji. Zabiorę cię do domu. Będę się tobą opiekował. Wezmę urlop i nie będę się ruszał. Zawiozę cię, gdzie będziesz potrzebowała. Pozwól mi być częścią swojego życia.
Well, rzadko się zdarza, żeby mnie zamurowało. Stanowczość i jednoczesna łagodność w jego głosie sprawiły, że oniemiałam. Nie umiem, nie umiem jeszcze przyjmować tego, co dostaję od losu. Nie umiem więc w konsekwencji słuchać. Nie umiem widzieć człowieka w całości, tak jak mnie mama nie widzi.
Nade wszystko: nie wierzę w swoje szczęście.
Czy on jest taki naprawdę? Czy tylko udaje? A potem będzie jak wszyscy? Do obsługiwania? Znoszenia jego fochów? Cichych dni?
***
Droga A., kimkolwiek jesteś, dziękuję, że czytasz. I Tobie, Aniu, bo wiem, że też śledzisz. I Tobie, Julito, dziękuję.
Nie nadążam za barokowością życia, nie umiem sklasyfikować. Nie wiem, co będzie. Boję się, że przekręcę mechanizm w i w Niedźwiedziu sprężyna odporności pęknie. Ale nie umiem przestać. Całe życie żyłam na krawędzi. Pomiędzy życiem a śmiercią. Wygraną i przegraną. Znów przetwarzam bodaj jakiś schemat.
W kwestii matki jeszcze. w Ubiegłym tygodniu poszłam do kina na film "Suspiria", bo kocham Tildę Swinton w każdej postaci. Żadna to nowość, ale wniosek w filmowej lektury można sprowadzić do jednego: matka to ta, która daje życie i jednocześnie je odbiera. To nie może wróżyć łatwej relacji.
niedziela, 4 listopada 2018
W galopie
To bez wątpienia przełomowy w moim życiu rok - pod każdym względem. W obszarze chorowania, wartości, tożsamości, relacji, kontaktów i pracy. Bogna powiedziała mi w poniedziałek, że rada by była mnie widzieć teraz nieco częściej, bo wróciły flashbacki - nieustannie znajduję się w sytuacji wyborów, na które nie mam dużo czasu. Jestem więc zmuszona podejmować decyzje na poły intuicyjnie, na poły przy użyciu życiowej mądrości, której, jak już wiadomo, zawsze mi brakuje w decydującym momencie.
Pozostawanie ze sobą w kontakcie to jedno z najtrudniejszych i najbardziej ambitnych wyzwań, jakie postawiło przede mną życie. W zatrzęsieniu codzienności nie sposób to robić, przypomniało mi się, że Bogna kilka lat temu mówiła, że pisanie dziennika to moja naturalna ochrona przed niezwariowaniem. A skoro dzisiejsze niedzielne przedpołudnie spędziłam na rwaniu sobie włosów z głowy, ile to mam roboty i jak bardzo przerobienie tej materii jest niemożliwe, postanowiłam zostawić świat samemu sobie i zgromadzić wydarzenia ostatnich dni, które umykają wraz z pędzącym czasem.
- Doktor Niedźwiedź panikował przed egzaminem specjalizacyjnym przez ostatnich kilka tygodni, czym doprowadzał mnie do szału; do jeszcze większego szału doprowadził mnie tym, że zdał na trzy piątki i trójkę; wyłożył się na pytaniu o raka olbrzymiokomórkowego; Bóg raczy wiedzieć, co to znaczy, ale na chłopski rozum dedukuję, że lepiej taki niż drobnokomórkowy, bo szybciej i bardziej podstępnie ten drugi się rozsiewa; ataki szału uspokoił we mnie wątek o wielkim potencjale narracyjnym - jednym z egzaminatorów Niedźwiedzia był profesor Synder - we własnej osobie; ten sam, który dwadzieścia lat temu uratował moje biodro przed całkowitym zniszczeniem, a potem skierował mnie na artroskopię metodą FAI. Niedźwiedź zdawał w tym samym momencie, w którym dojechałam do Babci na grób, w przeddzień Wszystkich Świętych, spojrzałam na wyblakłą już tabliczkę na krzyżu na grobie i powiedziałam: "Babciu, niech wylosuje dobre pytania"; i wylosował;
- kiedy już się ucieszyłam, że wreszcie teraz po szale egzaminacyjnym będę mogła spędzić z nim trochę czasu i przyjrzeć się, co w nim siedzi oprócz umiejętności łamania młotów, rozłożył się koncertowo na zapalenie oskrzeli; jak znam życie, kiedy już się wyleczy, padnę ja, bo nic w przyrodzie nie ginie; i tak akcję poznawania i oswajania mogę odłożyć na następne wcielenie, w którym, jak wiadomo, planuję być modelką Vogue'a;
- w halloween na świat próbowała przyjść Zojka; Natalia nie chciała, żeby Córka przychodziła do nas w depresyjne święto i wyraźnie dziecko posłuchało sugestii; dobrze, bo zostało mi jeszcze dwadzieścia rządków kocyka;
- Kraków jesienny jest jeszcze bardziej ujmujący niż zapamiętałam z ubiegłego roku i jeszcze bardziej nadaje się do kręcenia tam thrillerów; szkoda tylko, że przez rynek przebiegam, bo delegacja, bo obowiązki, a miasta nic a nic nie mogę posmakować; tylko dla Babci zdążyłam kupić wianuszek na grób, najpiękniejszy od kwiaciarek; bo co ja innego teraz Babci mogę dać;
- moja mama udała się do podologa do Łodzi; dopóki ja ją prowadzałam do podolożek, nic jej się nie paprało i nawet na weselu Kuby zatańczyła; mama w ubiegłym tygodniu oznajmiła mi, że po wizycie w Łodzi ma ranę na stopie głębokości 1 centymetra, która się sączy i za nic zagoić się nie chce; specjalistka, którą mama wybrała do wykonania zabiegu, na żywca wyrwała jej ze stop jakąś podejrzaną narośl i zamiast oddać ją do badania histopatologicznego, podarowała mamie na pamiątkę; a teraz co tydzień wożę mamę na zmiany opatrunków; każda taka wyprawa oznacza dla mnie pięć dodatkowych godzin w samochodzie (z Warszawy jadę do Kutna, z Kutna do Łodzi, z Łodzi do Kutna i z Kutna do Warszawy); a mama wrzeszczy na mnie, że to skandal, że ja mam samochód w Warszawie, a ona musiała z pierwszego zabiegu wrócić do domu taksówką; cóż, jak byłam dzieckiem, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek poskarżyła się, że marznę na przystankach tylko dlatego, że mamie nie chce się zrobić prawa jazdy;
- nauczyłam się robić zupę krem z dyni i miałam wrażenie, że za każdym razem wychodzi mi lepsza; w bezmiarze dumy z samej siebie nagotowałam jej tyle, że samozachwyt szybko mi przeszedł, kiedy wielki gar musiałam jeść sama przez tydzień;
- Wojtek podarował mi przepiękny obraz Łukasza Huculaka, który przedstawia portret Eugenii; malarz przygotował cykl poświęcony czaszkom, ale ta jedna jedyna praca nie tylko do mnie przemówiła, ale niemal zaśpiewała we mnie; Eugenia zawiśnie na jednej z moich ścian, ale dopiero po remoncie; teraz wydobywam Eugenię od czasu do czasu z folii, patrzę jej w puste oczodoły, przyjmuję w siebie jej zapach, po czym pakuję skrzętnie ponownie w folię, żeby zachować zapach chwili i galerii Wojtka;
- z Anitą porozumiewamy się ciągle przez Whatsappa, ale rozmawiamy niemal codziennie: o życiu, o wyposażeniu mieszkań, o tym, że mięso kury z Umbrii jest żółciutkie, nowa publikacja Tomasza Żukowskiego to wielka bomba wrzucona do szamba polskości, że czas sobie sami wymyśliliśmy i że zagadnienie Holocaustu to nic innego jak refleksja o samotności człowieka we wszechświecie; a potem płynnie przechodzimy do rozmów o wyższości primitivo nad białym winem i zanim się zorientujemy, że jeszcze dużo roboty mamy do zrobienia, trzeba się kłaść spać, tak już późno;
- na jodze jestem coraz bardziej elastyczna i cardio zadane mi do ćwiczenia w domu przez Iwonę całkiem nieźle działa, choć wzmaga we mnie apetyt; w tym tygodniu mam u niej terapię manualną; ciekawa jestem, w którym miejscu duszy będzie próbowała mi tym razem zostawić siniak;
- w dyktafonie mam szesnaście godzin różnych nagrań i nie mam kiedy ich spisać, a co dopiero zredagować;
- jeden z reżyserów, z którymi ostatnio robiłam wywiad, w mejlu napisał, że jeszcze tak dobrej redakcji tekstu nie czytał i że jest pod wrażeniem mojego profesjonalizmu; zareagowałam na to tak, jak umiem, czyli płaczem ze wzruszenia; ostudził mnie naczelny, pisząc z pretensjami, że w ostatnim tekście o rynku kawy używam za dużo literackich sformułowań typu "fluktuacja"; i że to w tekstach biznesowych ponoć niedopuszczalne;
- zmęczenie intensywnością i uporczywą obecnością ludzi w moim życiu owocuje marzeniem o zakupie trzech hektarów ziemi, po których mogłabym jeździć bez celu w kółko; na przykład traktorem;
- poznałam nową panią dentystkę, która nie ma tego dziwacznego, podszytego psychopatią wyrazu twarzy na widok mojej otwartej paszczy; zabezpieczyła mi kolejny ząb, bo do operacji muszę dostarczyć zaświadczenie o sanacji zębów; była bardzo miła, rzetelna i profesjonalna oraz nie zadawała mi pytań, kiedy miałam otwarte usta; myślałam sobie na fotelu o tym, czy coś takiego, jak endecja zębów jest możliwe i czy obejmuje odpalenie racy ot, na przykład przy dolnej szóstce; tak dla fanu;
- z zażenowaniem oglądam kolejne posunięcia tfu-polityków i utwierdzam się w przekonaniu, że to wielki pech urodzić się Polakiem;
- wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku włączyłam sobie na Netfliksie serial, "Alienistę"; zachwyt ogarną mnie taki i radość tak przeogromna, że wreszcie mam czas dla siebie, że wreszcie mogę coś dla przyjemności, że wreszcie nie po to, żeby potem zrobić wywiad, że aż zasnęłam w połowie; horroru; to dowód na starzenie się i stres oksydacyjny;
- wróciłam na zajęcia literackie do Grynberga; na ostatnich warsztatach gościem był Paweł Łoziński; zadał mi pytanie, "kim jestem", a ja odpowiedziałam, że dinozaurem; po kilku dniach spotkałam go przy Placu Przymierza na spacerze z jego suczką Lolitą; przyszpilił mnie tymi czujnymi oczami i powiedział: "nie wyglądasz na dinozaura; wyglądasz na kogoś, kto za dużo słucha i za dużo dźwiga"; odpowiedziałam, że ja nie jestem zagadnieniem, a Paweł zaprosił mnie pod swój blok, w którym kręci nowy dokument -umieścił na balkonie kamerę i nagrywa wypowiedzi przechodniów; i pomyśleć, że zobaczył we mnie filmowy oryginał;
- na Zwycięzców królują dynie, kabaczki, gruszki i pachnące jabłka; raz nawet widziałam szare renety; przynajmniej dwa razy w tygodniu temperatury przypominają te wrześniowe, ptaki nie wiedzą, co ze sobą począć, w mieszkaniu fruwają mi muszki owocówki i ogólnie przyroda zwariowała; trudno jej się dziwić - ludzkość już dawno postradała zmysły;
- na wystawach sklepowych pojawiają się pierwsze renifery, mikołaje i świąteczne poblaski; odwracam szybko wzrok i udaję, że święta w tym roku mnie nie dotyczą; przypominam, że w ubiegłym roku, dwa lata temu, a nawet piętnaście też próbowałam to robić; bezskutecznie;
- dziś widzę się ze Stasiem, Helą, Stasiem drugim i Matyldą; dla żadnego z dzieci nie mam żadnego prezentu; teraz udaję, że nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia;
- Doktor Niedźwiedź właśnie napisał mi sms: "kocham Cię i potrzebuję Cię do życia"; byłam podła i odpisałam: "widać, że antybiotyk niezbędny";
- jako że nie miałam pomysłu na kształt tego wpisu, nie mam również pomysłu na zakończenie; myślę o tym, ile mam roboty, płakać mi się chce, więc podjęłam męską decyzję: zdrzemnę się godzinę.
Pozostawanie ze sobą w kontakcie to jedno z najtrudniejszych i najbardziej ambitnych wyzwań, jakie postawiło przede mną życie. W zatrzęsieniu codzienności nie sposób to robić, przypomniało mi się, że Bogna kilka lat temu mówiła, że pisanie dziennika to moja naturalna ochrona przed niezwariowaniem. A skoro dzisiejsze niedzielne przedpołudnie spędziłam na rwaniu sobie włosów z głowy, ile to mam roboty i jak bardzo przerobienie tej materii jest niemożliwe, postanowiłam zostawić świat samemu sobie i zgromadzić wydarzenia ostatnich dni, które umykają wraz z pędzącym czasem.
- Doktor Niedźwiedź panikował przed egzaminem specjalizacyjnym przez ostatnich kilka tygodni, czym doprowadzał mnie do szału; do jeszcze większego szału doprowadził mnie tym, że zdał na trzy piątki i trójkę; wyłożył się na pytaniu o raka olbrzymiokomórkowego; Bóg raczy wiedzieć, co to znaczy, ale na chłopski rozum dedukuję, że lepiej taki niż drobnokomórkowy, bo szybciej i bardziej podstępnie ten drugi się rozsiewa; ataki szału uspokoił we mnie wątek o wielkim potencjale narracyjnym - jednym z egzaminatorów Niedźwiedzia był profesor Synder - we własnej osobie; ten sam, który dwadzieścia lat temu uratował moje biodro przed całkowitym zniszczeniem, a potem skierował mnie na artroskopię metodą FAI. Niedźwiedź zdawał w tym samym momencie, w którym dojechałam do Babci na grób, w przeddzień Wszystkich Świętych, spojrzałam na wyblakłą już tabliczkę na krzyżu na grobie i powiedziałam: "Babciu, niech wylosuje dobre pytania"; i wylosował;
- kiedy już się ucieszyłam, że wreszcie teraz po szale egzaminacyjnym będę mogła spędzić z nim trochę czasu i przyjrzeć się, co w nim siedzi oprócz umiejętności łamania młotów, rozłożył się koncertowo na zapalenie oskrzeli; jak znam życie, kiedy już się wyleczy, padnę ja, bo nic w przyrodzie nie ginie; i tak akcję poznawania i oswajania mogę odłożyć na następne wcielenie, w którym, jak wiadomo, planuję być modelką Vogue'a;
- w halloween na świat próbowała przyjść Zojka; Natalia nie chciała, żeby Córka przychodziła do nas w depresyjne święto i wyraźnie dziecko posłuchało sugestii; dobrze, bo zostało mi jeszcze dwadzieścia rządków kocyka;
- Kraków jesienny jest jeszcze bardziej ujmujący niż zapamiętałam z ubiegłego roku i jeszcze bardziej nadaje się do kręcenia tam thrillerów; szkoda tylko, że przez rynek przebiegam, bo delegacja, bo obowiązki, a miasta nic a nic nie mogę posmakować; tylko dla Babci zdążyłam kupić wianuszek na grób, najpiękniejszy od kwiaciarek; bo co ja innego teraz Babci mogę dać;
- moja mama udała się do podologa do Łodzi; dopóki ja ją prowadzałam do podolożek, nic jej się nie paprało i nawet na weselu Kuby zatańczyła; mama w ubiegłym tygodniu oznajmiła mi, że po wizycie w Łodzi ma ranę na stopie głębokości 1 centymetra, która się sączy i za nic zagoić się nie chce; specjalistka, którą mama wybrała do wykonania zabiegu, na żywca wyrwała jej ze stop jakąś podejrzaną narośl i zamiast oddać ją do badania histopatologicznego, podarowała mamie na pamiątkę; a teraz co tydzień wożę mamę na zmiany opatrunków; każda taka wyprawa oznacza dla mnie pięć dodatkowych godzin w samochodzie (z Warszawy jadę do Kutna, z Kutna do Łodzi, z Łodzi do Kutna i z Kutna do Warszawy); a mama wrzeszczy na mnie, że to skandal, że ja mam samochód w Warszawie, a ona musiała z pierwszego zabiegu wrócić do domu taksówką; cóż, jak byłam dzieckiem, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek poskarżyła się, że marznę na przystankach tylko dlatego, że mamie nie chce się zrobić prawa jazdy;
- nauczyłam się robić zupę krem z dyni i miałam wrażenie, że za każdym razem wychodzi mi lepsza; w bezmiarze dumy z samej siebie nagotowałam jej tyle, że samozachwyt szybko mi przeszedł, kiedy wielki gar musiałam jeść sama przez tydzień;
- Wojtek podarował mi przepiękny obraz Łukasza Huculaka, który przedstawia portret Eugenii; malarz przygotował cykl poświęcony czaszkom, ale ta jedna jedyna praca nie tylko do mnie przemówiła, ale niemal zaśpiewała we mnie; Eugenia zawiśnie na jednej z moich ścian, ale dopiero po remoncie; teraz wydobywam Eugenię od czasu do czasu z folii, patrzę jej w puste oczodoły, przyjmuję w siebie jej zapach, po czym pakuję skrzętnie ponownie w folię, żeby zachować zapach chwili i galerii Wojtka;
- z Anitą porozumiewamy się ciągle przez Whatsappa, ale rozmawiamy niemal codziennie: o życiu, o wyposażeniu mieszkań, o tym, że mięso kury z Umbrii jest żółciutkie, nowa publikacja Tomasza Żukowskiego to wielka bomba wrzucona do szamba polskości, że czas sobie sami wymyśliliśmy i że zagadnienie Holocaustu to nic innego jak refleksja o samotności człowieka we wszechświecie; a potem płynnie przechodzimy do rozmów o wyższości primitivo nad białym winem i zanim się zorientujemy, że jeszcze dużo roboty mamy do zrobienia, trzeba się kłaść spać, tak już późno;
- na jodze jestem coraz bardziej elastyczna i cardio zadane mi do ćwiczenia w domu przez Iwonę całkiem nieźle działa, choć wzmaga we mnie apetyt; w tym tygodniu mam u niej terapię manualną; ciekawa jestem, w którym miejscu duszy będzie próbowała mi tym razem zostawić siniak;
- w dyktafonie mam szesnaście godzin różnych nagrań i nie mam kiedy ich spisać, a co dopiero zredagować;
- jeden z reżyserów, z którymi ostatnio robiłam wywiad, w mejlu napisał, że jeszcze tak dobrej redakcji tekstu nie czytał i że jest pod wrażeniem mojego profesjonalizmu; zareagowałam na to tak, jak umiem, czyli płaczem ze wzruszenia; ostudził mnie naczelny, pisząc z pretensjami, że w ostatnim tekście o rynku kawy używam za dużo literackich sformułowań typu "fluktuacja"; i że to w tekstach biznesowych ponoć niedopuszczalne;
- zmęczenie intensywnością i uporczywą obecnością ludzi w moim życiu owocuje marzeniem o zakupie trzech hektarów ziemi, po których mogłabym jeździć bez celu w kółko; na przykład traktorem;
- poznałam nową panią dentystkę, która nie ma tego dziwacznego, podszytego psychopatią wyrazu twarzy na widok mojej otwartej paszczy; zabezpieczyła mi kolejny ząb, bo do operacji muszę dostarczyć zaświadczenie o sanacji zębów; była bardzo miła, rzetelna i profesjonalna oraz nie zadawała mi pytań, kiedy miałam otwarte usta; myślałam sobie na fotelu o tym, czy coś takiego, jak endecja zębów jest możliwe i czy obejmuje odpalenie racy ot, na przykład przy dolnej szóstce; tak dla fanu;
- z zażenowaniem oglądam kolejne posunięcia tfu-polityków i utwierdzam się w przekonaniu, że to wielki pech urodzić się Polakiem;
- wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku włączyłam sobie na Netfliksie serial, "Alienistę"; zachwyt ogarną mnie taki i radość tak przeogromna, że wreszcie mam czas dla siebie, że wreszcie mogę coś dla przyjemności, że wreszcie nie po to, żeby potem zrobić wywiad, że aż zasnęłam w połowie; horroru; to dowód na starzenie się i stres oksydacyjny;
- wróciłam na zajęcia literackie do Grynberga; na ostatnich warsztatach gościem był Paweł Łoziński; zadał mi pytanie, "kim jestem", a ja odpowiedziałam, że dinozaurem; po kilku dniach spotkałam go przy Placu Przymierza na spacerze z jego suczką Lolitą; przyszpilił mnie tymi czujnymi oczami i powiedział: "nie wyglądasz na dinozaura; wyglądasz na kogoś, kto za dużo słucha i za dużo dźwiga"; odpowiedziałam, że ja nie jestem zagadnieniem, a Paweł zaprosił mnie pod swój blok, w którym kręci nowy dokument -umieścił na balkonie kamerę i nagrywa wypowiedzi przechodniów; i pomyśleć, że zobaczył we mnie filmowy oryginał;
- na Zwycięzców królują dynie, kabaczki, gruszki i pachnące jabłka; raz nawet widziałam szare renety; przynajmniej dwa razy w tygodniu temperatury przypominają te wrześniowe, ptaki nie wiedzą, co ze sobą począć, w mieszkaniu fruwają mi muszki owocówki i ogólnie przyroda zwariowała; trudno jej się dziwić - ludzkość już dawno postradała zmysły;
- na wystawach sklepowych pojawiają się pierwsze renifery, mikołaje i świąteczne poblaski; odwracam szybko wzrok i udaję, że święta w tym roku mnie nie dotyczą; przypominam, że w ubiegłym roku, dwa lata temu, a nawet piętnaście też próbowałam to robić; bezskutecznie;
- dziś widzę się ze Stasiem, Helą, Stasiem drugim i Matyldą; dla żadnego z dzieci nie mam żadnego prezentu; teraz udaję, że nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia;
- Doktor Niedźwiedź właśnie napisał mi sms: "kocham Cię i potrzebuję Cię do życia"; byłam podła i odpisałam: "widać, że antybiotyk niezbędny";
- jako że nie miałam pomysłu na kształt tego wpisu, nie mam również pomysłu na zakończenie; myślę o tym, ile mam roboty, płakać mi się chce, więc podjęłam męską decyzję: zdrzemnę się godzinę.
piątek, 12 października 2018
Jesień na Miączyńskiej
"Ale wie pani, mnie to nawet jakoś specjalnie nie boli. Ręce mi tylko
puchną, ale to od zawsze. Idzie przywyknąć. Przychodzę tu, kiedy tylko
mogę, bo ci ludzie. Takie ciepło od nich idzie. No to przychodzę, bo co
będę w domu siedzieć. A w przychodni to zawsze można posłuchać, jak inne
ludzie żyją. I siadam nieraz tam na trzecim piętrze, bo tyle tych
młodych chodzi. A jakie choroby mają, pani. Człowiek by nie podejrzewał.
Nieraz to do człowieka niepodobne. Podniesie mi pani ten pieniążek? O,
panią też boli? Nie może być. Dziękuję. Chuchnąć trzeba na szczęście. I
ja do tych lekarzy ciągle chodzę. Jak w instytucie mnie nie chcą, to do
poradni pójdę z bólem w klatce. I oni wtedy się boją. Bo taki lekarz to
popatrzy, wysłucha. A jak mnie zbywa, to ja mu grożę. Że naskarżę. A
pani jak ma? Ale to trzeba, trzeba tam na nich wymuszać. Oni się mają
opiekować. No co pani? Co mnie obchodzą inni? Mną niech się zajmie!
Siedzi tylko, papiery wypełnia, co on ma do roboty? O, a co pani takich
broni? Mało to się pani w życiu naczekała w kolejkach? Oni z pani
pieniędzy tu są. Dla pani. Samochodami jeżdżą. Idzie pani już? Pani
patrzy, znowu upadł".
Badania krwi, punkt pobrań, bliskie spotkania z suwerenem, odcinek 2615.
Niniejszym oficjalnie w Światowy Dzień Reumatyzmu ponownie wywaliło mnie z programu - ustawowe 18 miesięcy dobrostanu wystarczy ustawodawcy, żeby zostawić mnie bez ochrony. W tym roku jednak jest inaczej. Psychicznie czuję się lepiej. Jestem silniejsza. Ponieważ Doktor Majkel wiecznie wrzeszczy, że jeszcze pięć kilo w dół, zaczęłam ćwiczyć cardio. Ja. Cardio. Co to w ubiegłym roku o tej porze wybierałam na wyprzedaży botki wsuwane, bo nie mogłam zasunąć suwaka w butach. Na jodze Natasza mówi, że mam aurę zdrowego człowieka, tylko jeszcze trochę za dużo we mnie smutku. A ja nawet wiem, skąd ten smutek. Ponieważ u autoimmunologicznych wszystko jest odwrotnie, nadmiar zaopiekowania, uwagi i serdeczności ze strony Doktora Niedźwiedzia powoduje u mnie wyrzuty sumienia, wysypki kontaktowe, wścieki lewego stawu krzyżowo-biodrowego i inne fizjologiczne bezeceństwa. Wiem, bez sensu.
Wyniki badań krwi są jednak modelowe, tylko OB nieznacznie daje znać, że ma ochotę na harce. Udaję więc, że to nie moje OB. Kropka ma patent na takie wydarzenia w żyiu. Kiedy na kanapie z koców i poduszek zrobi sobie jurtę mongolską i doprowadzi posłanie do stanu opłakanego, zawsze zwracam jej uwagę. To znaczy mówię: "a kto tu zrobił rozpierduchę?" Mówię głosem karcącym, twardym, na który Kropka najpierw reaguje smutkiem w psich oczach, po czym czymś na kształt focha, a na koniec zaczyna biegać po pokoju i szukać winowajcy. Jest tak zaangażowana w poszukiwania, że natychmiast przechodzi mi złość. Może Eugenia się nie wścieknie? Może mogę liczyć na jej łaskawość?
W oczekiwaniu na wyniki morfologii poperegrynowałam śladami wspomnień na ulicę Miączyńską. Modrzew, przy którym lubiłam się zatrzymywać - niezmiennie piękny. Tylko kolory zmienił. W porównaniu z ubiegłym rokiem sześć razy szybciej pokonuję odległość pomiędzy Instytutem a sklepem spożywczym, w którym mroczny Doktor przyłapał mnie na próbie pożarcia tabliczki czekolady. Po czym sam mnie kawałkiem poczęstował. Pan doktor w Instytucie już nie pracuje, a ja nadal przyjeżdżam na kroplówki.
Doktor Niedźwiedź wysłał mi dzisiaj chyba milion wiadomości z pytaniem, czy wyniki już przyszły. A one szły sześć godzin. Chce wiedzieć, jakie ma instytut wytyczne co do operacji, czy są specyficzne wskazania, czy skierowanie na densytometrię wystawią, jak skoordynować pracę instytutu z działaniami szpitala w Otwocku. A Instytut ma na wszystko wyspane. "Pani Kasiu, my się na endoprotezoplastyce nie znamy". "Densytometria? My skierowania nie wystawiamy". No, może pani wytrzyma bez biologii do marca, ale jeszcze się to nikomu nie udało. Powodzenia" - powiedziane z przekąsem. No i dobrze. Coś mi mówi, że gorzej niż w ubiegłym roku już nie będzie.
Pytam panią doktor, czy naprawdę muszę schudnąć jeszcze 5 kilo i jak, do kurwy, mam to zrobić.
Pani doktor odpowiada: "nie, no bez przesady, pięć to nie, ale tak około trzech może pani zrzucić, to wskazane". Nie no, dzięki, naprawdę, to miażdżąca różnica.
Przekablowałam wszystko Doktorowi Niedźwiedziowi. Bo wydzwaniał jak szalony. Że to chyba poważne, bo oni ciągle o tym chudnięciu, a przecież jak ważę 57 kilogramów, a mierzę 160 centymetrów, to trudno mówić, że to otyłość, że proteinogram w porządku, ale jak teraz znowu zasunę dietę wege, to może być różnie, tym bardziej, że zima, a suplementacja nie działa, że Iwonka pokazała mi ćwiczenia kardio i prawie od nich wyplułam płuca, ale to chyba jednak od tego, że zamówiła kocyk na drutach dla dziecka w kolorze jajecznicy (serio? żółty i czerwony wzmagają apetyt; i agresję; ale - wedle życzenia), że płytki krwi wreszcie w normie, a nie wielkie jak talerze, że park w Instytucie piękny, jesienny, tylko dawno liści nie grabili, a tak w ogóle to już sama nie wiem, co z tym chudnięciem i...
(tu wzięłam oddech, bo musiałam, a Doktor Niedźwiedź sapnął po swojemu:)
- Ja już pani powiedziałem. Wszystkich dietetyków - do pierdla. Natychmiast. Nie można operować glizdy. Krętarz da się pani wyczuć zaraz pod skórą. Dwumilimetrową warstwę tkanki tłuszczowej ma pani może, a ona jest niezbędna, żeby się rana zabliźniła szybko. Pani mnie nie będzie uczyć, jak się zamyka pacjenta.
Zapowietrzyłam się, bo, psiakrew, ma rację - nie będę go uczyć. Nie mam pojęcia, jak to wygląda. Hamuj piętą, Kasiu, bo nos zaczynasz za wysoko zadzierać. Operacje znasz z netu i książek z listy lektur studentów medycyny UW. Nigdy nikomu skóry nie przecięłaś skalpelem. Raptem sobie skórę przy kłębie dłoni - ryzą papieru. No, znaj proporcje.
Wzięłam więc jeszcze oddech, pro forma, może mi coś w ułamku sekundy przyjdzie do głowy, ale pan doktor był szybszy:
- Kocham cię, chuda glizdo.
Badania krwi, punkt pobrań, bliskie spotkania z suwerenem, odcinek 2615.
Niniejszym oficjalnie w Światowy Dzień Reumatyzmu ponownie wywaliło mnie z programu - ustawowe 18 miesięcy dobrostanu wystarczy ustawodawcy, żeby zostawić mnie bez ochrony. W tym roku jednak jest inaczej. Psychicznie czuję się lepiej. Jestem silniejsza. Ponieważ Doktor Majkel wiecznie wrzeszczy, że jeszcze pięć kilo w dół, zaczęłam ćwiczyć cardio. Ja. Cardio. Co to w ubiegłym roku o tej porze wybierałam na wyprzedaży botki wsuwane, bo nie mogłam zasunąć suwaka w butach. Na jodze Natasza mówi, że mam aurę zdrowego człowieka, tylko jeszcze trochę za dużo we mnie smutku. A ja nawet wiem, skąd ten smutek. Ponieważ u autoimmunologicznych wszystko jest odwrotnie, nadmiar zaopiekowania, uwagi i serdeczności ze strony Doktora Niedźwiedzia powoduje u mnie wyrzuty sumienia, wysypki kontaktowe, wścieki lewego stawu krzyżowo-biodrowego i inne fizjologiczne bezeceństwa. Wiem, bez sensu.
Wyniki badań krwi są jednak modelowe, tylko OB nieznacznie daje znać, że ma ochotę na harce. Udaję więc, że to nie moje OB. Kropka ma patent na takie wydarzenia w żyiu. Kiedy na kanapie z koców i poduszek zrobi sobie jurtę mongolską i doprowadzi posłanie do stanu opłakanego, zawsze zwracam jej uwagę. To znaczy mówię: "a kto tu zrobił rozpierduchę?" Mówię głosem karcącym, twardym, na który Kropka najpierw reaguje smutkiem w psich oczach, po czym czymś na kształt focha, a na koniec zaczyna biegać po pokoju i szukać winowajcy. Jest tak zaangażowana w poszukiwania, że natychmiast przechodzi mi złość. Może Eugenia się nie wścieknie? Może mogę liczyć na jej łaskawość?
W oczekiwaniu na wyniki morfologii poperegrynowałam śladami wspomnień na ulicę Miączyńską. Modrzew, przy którym lubiłam się zatrzymywać - niezmiennie piękny. Tylko kolory zmienił. W porównaniu z ubiegłym rokiem sześć razy szybciej pokonuję odległość pomiędzy Instytutem a sklepem spożywczym, w którym mroczny Doktor przyłapał mnie na próbie pożarcia tabliczki czekolady. Po czym sam mnie kawałkiem poczęstował. Pan doktor w Instytucie już nie pracuje, a ja nadal przyjeżdżam na kroplówki.
Doktor Niedźwiedź wysłał mi dzisiaj chyba milion wiadomości z pytaniem, czy wyniki już przyszły. A one szły sześć godzin. Chce wiedzieć, jakie ma instytut wytyczne co do operacji, czy są specyficzne wskazania, czy skierowanie na densytometrię wystawią, jak skoordynować pracę instytutu z działaniami szpitala w Otwocku. A Instytut ma na wszystko wyspane. "Pani Kasiu, my się na endoprotezoplastyce nie znamy". "Densytometria? My skierowania nie wystawiamy". No, może pani wytrzyma bez biologii do marca, ale jeszcze się to nikomu nie udało. Powodzenia" - powiedziane z przekąsem. No i dobrze. Coś mi mówi, że gorzej niż w ubiegłym roku już nie będzie.
Pytam panią doktor, czy naprawdę muszę schudnąć jeszcze 5 kilo i jak, do kurwy, mam to zrobić.
Pani doktor odpowiada: "nie, no bez przesady, pięć to nie, ale tak około trzech może pani zrzucić, to wskazane". Nie no, dzięki, naprawdę, to miażdżąca różnica.
Przekablowałam wszystko Doktorowi Niedźwiedziowi. Bo wydzwaniał jak szalony. Że to chyba poważne, bo oni ciągle o tym chudnięciu, a przecież jak ważę 57 kilogramów, a mierzę 160 centymetrów, to trudno mówić, że to otyłość, że proteinogram w porządku, ale jak teraz znowu zasunę dietę wege, to może być różnie, tym bardziej, że zima, a suplementacja nie działa, że Iwonka pokazała mi ćwiczenia kardio i prawie od nich wyplułam płuca, ale to chyba jednak od tego, że zamówiła kocyk na drutach dla dziecka w kolorze jajecznicy (serio? żółty i czerwony wzmagają apetyt; i agresję; ale - wedle życzenia), że płytki krwi wreszcie w normie, a nie wielkie jak talerze, że park w Instytucie piękny, jesienny, tylko dawno liści nie grabili, a tak w ogóle to już sama nie wiem, co z tym chudnięciem i...
(tu wzięłam oddech, bo musiałam, a Doktor Niedźwiedź sapnął po swojemu:)
- Ja już pani powiedziałem. Wszystkich dietetyków - do pierdla. Natychmiast. Nie można operować glizdy. Krętarz da się pani wyczuć zaraz pod skórą. Dwumilimetrową warstwę tkanki tłuszczowej ma pani może, a ona jest niezbędna, żeby się rana zabliźniła szybko. Pani mnie nie będzie uczyć, jak się zamyka pacjenta.
Zapowietrzyłam się, bo, psiakrew, ma rację - nie będę go uczyć. Nie mam pojęcia, jak to wygląda. Hamuj piętą, Kasiu, bo nos zaczynasz za wysoko zadzierać. Operacje znasz z netu i książek z listy lektur studentów medycyny UW. Nigdy nikomu skóry nie przecięłaś skalpelem. Raptem sobie skórę przy kłębie dłoni - ryzą papieru. No, znaj proporcje.
Wzięłam więc jeszcze oddech, pro forma, może mi coś w ułamku sekundy przyjdzie do głowy, ale pan doktor był szybszy:
- Kocham cię, chuda glizdo.
niedziela, 7 października 2018
Uczulenie na bliskość
- Zapraszam panią na przejażdżkę.
- Pan wybaczy, ale nie mam czasu. Mam inne plany na sobotę.
- Wiem, pani pracuje. Ciągle pani pracuje.
- Pan też, a w przerwach ma się pan podobno uczyć do egzaminu. To ważne.
- To pani jest dla mnie najważniejsza.
- Męczy mnie to już. Chyba ustaliliśmy, że...
- W moje urodziny mi pani tego nie zrobi. Poświęci mi pani choć trochę swojego czasu. Proszę.
Nosz kurwa. Ma urodziny i będzie foszył? Co za narcyz skończony, co za zadufany w sobie szantażysta.
- Nie zabiorę pani dużo czasu. Chciałbym to popołudnie spędzić z panią.
- I pan uważa, że ja pana zachciankę spełnię?
- Myślę, że pani doskonale wie, że to nie jest zachcianka.
Milczę, no bo co mam powiedzieć: wal się? Zastanawiam się jeszcze, ile czasu z dzisiejszej soboty poświęciłam na jakieś bzdury. Na innych. Na działanie na ich zlecenie. Ani minuty dla samej siebie oprócz śniadania. Więc jeśli z nim nie pojadę na przejażdżkę urodzinową, a jestem go w sumie piekielnie ciekawa, znów będę do wynajęcia. Znów ktoś sobie zdecyduje o kształcie mojego czasu.
Przyjechał niemal prosto z przychodni. Przyjął trzydziestu pacjentów. Odessał wodę z czterech barków. Podał siedem blokad. Prawie się pośliniłam, jak o tym opowiadał. Matko, jakie to jest ciekawe. Przyniósł ulgę tylu ludziom. Tak bym chciała kiedyś w pracy zawodowej mieć z czegoś tyle satysfakcji.
Udawałam jednak obrażoną na cały świat. Ale coś we mnie w środku tak pięknie się ucieszyło na jego widok.
Jedziemy i jedziemy. Szamoczę się pomiędzy potrzebą nawrzeszczenia na niego a paniką na widok tego, że znajdujemy się na drodze do Augustowa i w tym tempie za chwilę wylądujemy na Mazurach. Na szczęście odbija w Serocku i podjeżdża ze mną do restauracji rybnej.
- A teraz panią nakarmię. Bo, jak znam życie, pani wypiła dzisiaj na obiad ten swój nędzny koktajl proteinowy na ohydnym mleku roślinnym. Kupiłem nawet jedno na spróbowanie. Kot mnie nawet za to ofuknął. Wszystkich dietetyków powinno się wsadzić do więzienia.
Tyran. No wariat. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak pakuje mi surowe ryby do gardła. Na siłę. Z łuskami, rybim odorem, śluzem, kawałkami lodu. Beksiński by nawet przy tej wizji odpadł.
Stop. Głos Bogny.
"Pani Kasiu, trzy oddechy. Co się dzieje? Jakie wspomnienie pani przetwarza?"
Szukam. Szukam w głowie. Mama? Nie, mama nie zmuszała mnie do jedzenia. Obrażała się tylko, że nie jem. Babcia? "Masz jeść, bo jak była wojna, to człowiek by suchy kamień ugryzł". Ale wtedy i dzięki temu jadłam z przejęciem i wdzięcznością. Stołówka w szkole? O zapachu krupniku?
Nagle mnie oświeca. W tym czasie pan doktor otwiera mi drzwi od strony pasażera i podaje rękę. Musiałam się zmienić na twarzy, bo i pan doktor się zmienił.
- Co się stało, pani Kasiu? Dlaczego pani tak zbladła?
Włosy stają mi dęba na czubku głowy. Czuję w środku zimno. Skóra mi cierpnie ze strachu.
Michał.
Oczywiście, że Michał.
A jednak, jesteś ciągle we mnie. Nie minąłeś, zły śnie. Teraz akurat musiałeś na wierzch wypłynąć?
"Teraz mi obiad zrobisz, kobieto".
Chrzęst otwieranej butelki z wódką. Otwieranego piwa. Szóstego. Dwunastego. Cuchnący oddech. Bełkotliwy ton. Drżąca w kącie pokoju ze strachu Kropka. O Boże.
Czuję, że łzy mi stają w oczach. Matkoboska, nie teraz. Nie tu. Nie pod Serockiem. Nie przy nim. Boże, tylko nie przy nim.
Długo nie czekałam. Przy samochodzie runął na kolana, a ja usłyszałam w sobie odgłos walącej się ściany.
- Pani Kasiu, nie chcę pani do niczego zmuszać. Przepraszam. Nie wiedziałem, że to dla pani taka przykrość. Błagam, nie zniosę, że pani przeze mnie płacze.
Patrzę mu w oczy i nie widzę Michała. To nie jest Michał. "Czy pani go widzi, pani Kasiu? To nie jest pan Michał. To jest zupełnie inny człowiek. Każda relacja to ryzyko. A nasze dorosłe życie polega na podejmowaniu ryzyka".
Pan doktor całuje mnie w rękę:
- Przepraszam. Odwiozę panią do domu.
Nadludzkim wysiłkiem przytrzymuję jego dłoń i wysiadam. Czuję, że za chwilę się przewrócę. Jeśli jeszcze jakiś pseudonaukowiec powie mi, że PTSD mają tylko żołnierze z Afganistanu i Iraku, własnoręcznie zastrzelę.
Po drodze do wejścia podaje mi łokieć. Walczę ze sobą chwilę, ale biorę go pod rękę. Łokieć. Ten łokieć. Siłę z niego wykorzysta, zanim uderzy w trzpień, jeśli będzie mnie operował. Ta ręka, która pomagała mi wyjść z samochodu, przetnie moje powłoki skórne. I będzie obsługiwała piłę elektryczną i frezarkę. A teraz prowadzi mnie do stolika. Ciało z duszą.
Patrzy na mnie czujnie, jak na oddziale intensywnej opieki. Zamawia dla mnie wodę, potem pozwala wybrać sobie rybki. Nie wiem, kiedy, ale zaczynam się z nim dobrze bawić. Potem śmiać. Czuję, że zaróżowiły mi się policzki. Bawią mnie jego żarty, bardzo muszę się pilnować, żeby na twarzy nie było widać, jak mnie jego umiejętności chirurgiczne fascynują.
Z powrotem skręcamy w jakieś boczne drogi, ale łapię się na tym, że się nie boję. Ciemno już, mijamy jakiś tunel. Przez chwilę myślę o tym, że może mnie tu zamordować i zostawić, a dopiero jutro po południu naczelny zacznie po mnie wydzwaniać.
Stajemy pod parkanem cmentarza. Nadal się nie boję. Niczego tak dobrze w życiu nie oswoiłam jak śmierci. Myślę o Babci. Pewnie zaczęłaby tu od razu sprzątać.
Pan doktor pali papierosa. Nie odzywa się. (Wreszcie. Czy ja już dodawałam, że wreszcie poznałam kogoś, kto gada więcej ode mnie?) Ja nie pytam. W końcu zasuwa szybę i odjeżdżamy.
Nie wytrzymuję:
- Dlaczego mnie pan przywiózł pod cmentarz?
Chwilę milczy.
- Chciałem panią tacie przedstawić.
Kiedy zjeżdżamy na główną trasę, zerkam na niego ukradkiem. Ma rozluźnioną, spokojną twarz i szkliste oczy.
Kiedy przywozi mnie pod blok, pozwalam się mu pocałować w czoło.
- Nie przeżyłem tak pięknych urodzin, odkąd skończyłem sześć lat.
Muszę być sprawiedliwa:
- Mnie też było miło, dziękuję.
Odprowadza mnie pod klatkę. W prawej ręce trzymam torebkę, żeby się schować najmocniej, jak to możliwe. Delikatnie podnosi do ust moją lewą dłoń.
W mieszkaniu opieram się o drzwi zasłane magnesami z podróży, naklejkami z demonstracji i przypomnieniami o tym, czego wciąż nie zrobiłam. Przyglądam się lewej dłoni i widzę to:
Już teraz wiem, co znaczy, że choroba autoimmunologiczna jest nieuleczalna.
- Pan wybaczy, ale nie mam czasu. Mam inne plany na sobotę.
- Wiem, pani pracuje. Ciągle pani pracuje.
- Pan też, a w przerwach ma się pan podobno uczyć do egzaminu. To ważne.
- To pani jest dla mnie najważniejsza.
- Męczy mnie to już. Chyba ustaliliśmy, że...
- W moje urodziny mi pani tego nie zrobi. Poświęci mi pani choć trochę swojego czasu. Proszę.
Nosz kurwa. Ma urodziny i będzie foszył? Co za narcyz skończony, co za zadufany w sobie szantażysta.
- Nie zabiorę pani dużo czasu. Chciałbym to popołudnie spędzić z panią.
- I pan uważa, że ja pana zachciankę spełnię?
- Myślę, że pani doskonale wie, że to nie jest zachcianka.
Milczę, no bo co mam powiedzieć: wal się? Zastanawiam się jeszcze, ile czasu z dzisiejszej soboty poświęciłam na jakieś bzdury. Na innych. Na działanie na ich zlecenie. Ani minuty dla samej siebie oprócz śniadania. Więc jeśli z nim nie pojadę na przejażdżkę urodzinową, a jestem go w sumie piekielnie ciekawa, znów będę do wynajęcia. Znów ktoś sobie zdecyduje o kształcie mojego czasu.
Przyjechał niemal prosto z przychodni. Przyjął trzydziestu pacjentów. Odessał wodę z czterech barków. Podał siedem blokad. Prawie się pośliniłam, jak o tym opowiadał. Matko, jakie to jest ciekawe. Przyniósł ulgę tylu ludziom. Tak bym chciała kiedyś w pracy zawodowej mieć z czegoś tyle satysfakcji.
Udawałam jednak obrażoną na cały świat. Ale coś we mnie w środku tak pięknie się ucieszyło na jego widok.
Jedziemy i jedziemy. Szamoczę się pomiędzy potrzebą nawrzeszczenia na niego a paniką na widok tego, że znajdujemy się na drodze do Augustowa i w tym tempie za chwilę wylądujemy na Mazurach. Na szczęście odbija w Serocku i podjeżdża ze mną do restauracji rybnej.
- A teraz panią nakarmię. Bo, jak znam życie, pani wypiła dzisiaj na obiad ten swój nędzny koktajl proteinowy na ohydnym mleku roślinnym. Kupiłem nawet jedno na spróbowanie. Kot mnie nawet za to ofuknął. Wszystkich dietetyków powinno się wsadzić do więzienia.
Tyran. No wariat. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak pakuje mi surowe ryby do gardła. Na siłę. Z łuskami, rybim odorem, śluzem, kawałkami lodu. Beksiński by nawet przy tej wizji odpadł.
Stop. Głos Bogny.
"Pani Kasiu, trzy oddechy. Co się dzieje? Jakie wspomnienie pani przetwarza?"
Szukam. Szukam w głowie. Mama? Nie, mama nie zmuszała mnie do jedzenia. Obrażała się tylko, że nie jem. Babcia? "Masz jeść, bo jak była wojna, to człowiek by suchy kamień ugryzł". Ale wtedy i dzięki temu jadłam z przejęciem i wdzięcznością. Stołówka w szkole? O zapachu krupniku?
Nagle mnie oświeca. W tym czasie pan doktor otwiera mi drzwi od strony pasażera i podaje rękę. Musiałam się zmienić na twarzy, bo i pan doktor się zmienił.
- Co się stało, pani Kasiu? Dlaczego pani tak zbladła?
Włosy stają mi dęba na czubku głowy. Czuję w środku zimno. Skóra mi cierpnie ze strachu.
Michał.
Oczywiście, że Michał.
A jednak, jesteś ciągle we mnie. Nie minąłeś, zły śnie. Teraz akurat musiałeś na wierzch wypłynąć?
"Teraz mi obiad zrobisz, kobieto".
Chrzęst otwieranej butelki z wódką. Otwieranego piwa. Szóstego. Dwunastego. Cuchnący oddech. Bełkotliwy ton. Drżąca w kącie pokoju ze strachu Kropka. O Boże.
Czuję, że łzy mi stają w oczach. Matkoboska, nie teraz. Nie tu. Nie pod Serockiem. Nie przy nim. Boże, tylko nie przy nim.
Długo nie czekałam. Przy samochodzie runął na kolana, a ja usłyszałam w sobie odgłos walącej się ściany.
- Pani Kasiu, nie chcę pani do niczego zmuszać. Przepraszam. Nie wiedziałem, że to dla pani taka przykrość. Błagam, nie zniosę, że pani przeze mnie płacze.
Patrzę mu w oczy i nie widzę Michała. To nie jest Michał. "Czy pani go widzi, pani Kasiu? To nie jest pan Michał. To jest zupełnie inny człowiek. Każda relacja to ryzyko. A nasze dorosłe życie polega na podejmowaniu ryzyka".
Pan doktor całuje mnie w rękę:
- Przepraszam. Odwiozę panią do domu.
Nadludzkim wysiłkiem przytrzymuję jego dłoń i wysiadam. Czuję, że za chwilę się przewrócę. Jeśli jeszcze jakiś pseudonaukowiec powie mi, że PTSD mają tylko żołnierze z Afganistanu i Iraku, własnoręcznie zastrzelę.
Po drodze do wejścia podaje mi łokieć. Walczę ze sobą chwilę, ale biorę go pod rękę. Łokieć. Ten łokieć. Siłę z niego wykorzysta, zanim uderzy w trzpień, jeśli będzie mnie operował. Ta ręka, która pomagała mi wyjść z samochodu, przetnie moje powłoki skórne. I będzie obsługiwała piłę elektryczną i frezarkę. A teraz prowadzi mnie do stolika. Ciało z duszą.
Patrzy na mnie czujnie, jak na oddziale intensywnej opieki. Zamawia dla mnie wodę, potem pozwala wybrać sobie rybki. Nie wiem, kiedy, ale zaczynam się z nim dobrze bawić. Potem śmiać. Czuję, że zaróżowiły mi się policzki. Bawią mnie jego żarty, bardzo muszę się pilnować, żeby na twarzy nie było widać, jak mnie jego umiejętności chirurgiczne fascynują.
Z powrotem skręcamy w jakieś boczne drogi, ale łapię się na tym, że się nie boję. Ciemno już, mijamy jakiś tunel. Przez chwilę myślę o tym, że może mnie tu zamordować i zostawić, a dopiero jutro po południu naczelny zacznie po mnie wydzwaniać.
Stajemy pod parkanem cmentarza. Nadal się nie boję. Niczego tak dobrze w życiu nie oswoiłam jak śmierci. Myślę o Babci. Pewnie zaczęłaby tu od razu sprzątać.
Pan doktor pali papierosa. Nie odzywa się. (Wreszcie. Czy ja już dodawałam, że wreszcie poznałam kogoś, kto gada więcej ode mnie?) Ja nie pytam. W końcu zasuwa szybę i odjeżdżamy.
Nie wytrzymuję:
- Dlaczego mnie pan przywiózł pod cmentarz?
Chwilę milczy.
- Chciałem panią tacie przedstawić.
Kiedy zjeżdżamy na główną trasę, zerkam na niego ukradkiem. Ma rozluźnioną, spokojną twarz i szkliste oczy.
Kiedy przywozi mnie pod blok, pozwalam się mu pocałować w czoło.
- Nie przeżyłem tak pięknych urodzin, odkąd skończyłem sześć lat.
Muszę być sprawiedliwa:
- Mnie też było miło, dziękuję.
Odprowadza mnie pod klatkę. W prawej ręce trzymam torebkę, żeby się schować najmocniej, jak to możliwe. Delikatnie podnosi do ust moją lewą dłoń.
W mieszkaniu opieram się o drzwi zasłane magnesami z podróży, naklejkami z demonstracji i przypomnieniami o tym, czego wciąż nie zrobiłam. Przyglądam się lewej dłoni i widzę to:
Już teraz wiem, co znaczy, że choroba autoimmunologiczna jest nieuleczalna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








