Podobno miłość przychodzi zawsze nieproszona, w najmniej spodziewanym momencie. I jeszcze było takie powiedzenie, że "real love doesn't meet you at your best. It meets you in your mess". Jestem żywym przykładem na prawdziwość słów Parka.
Nie mogłam sobie zatem wymarzyć bardziej nieodpowiedniego momentu na przyjmowanie męskich awansów niż ten właśnie. A ponieważ w moim życiu jak coś się wali, to zazwyczaj lawinowo, musi chodzić o zawieruchę w samym środku bajzlu. Czyli nawału pracy, rozpaczliwych prób gromadzenia pieniędzy, robienia kilku rzeczy naraz, prób zmiany pracodawcy i perspektywy wywalenia ściany w mieszkaniu.
Aniu, trochę kulawo (haha) odpowiem pewnie na Twoje pytanie.
Doktora Niedźwiedzia widzę w trzech obszarach.
Pierwszy - lekarz.
Wszystko w nim jest dla mnie zdumieniem. nie nawykłam do takiego podejścia. Widzi mnie jako pacjentkę. Widzi, że nie opłaca się kręcić, bo wczesniej czy później sama dojdę do prawdy i za próby zamydlenia mi oczu zemszczę sie koncertowo.
Informuje mnie skrajnie rzetelnie, ze szczegółami (przytaczanymi tu wielokrotnie), z całym fizjologicznym dobrodziejstwem i przekleństwem. Ale wie też, że najgorsza prawda, najbardziej przerażający szczegół niesie mi więcej ukojenia niż zawoalowane fakty podane w otulinie tzw. etyki zawodowej. Nie ze mną te numery. Moje zaburzenie bierze się stąd, że muszę wiedzieć wszystko ze szczegółami, bo jako dziecko byłam okłamywana. Nie tylko w kwestiach mojego stanu zdrowia. Mnie się nie okłamuje. Po prostu.
Szanuje moją potrzebę samostanowienia. I to, że za chwilę wymyślę, czy się nie konsultować z biodrem w sprawie NASA, jak zajdzie taka potrzeba. Napisał mi, że cieszy go moja postawa, bo nie można się ślepo zgadzać na wszystkie pomysły ortopedów. I wie, że mam świadomość głębokości ingerencji chirurgicznej. I nieodwracalności takiego postępowania na sali operacyjnej.
Potrafi zadzwonić do mnie w środku dnia z pytaniem, co dzisiaj jadłam. I to jest dla mnie bardziej skuteczne niż przypominajka w telefonie, bo tak zasuwam, że czasami zwyczajnie zapomnę o tym, że trzeba jeść. Że człowiek musi jeść, żeby nie umrzeć z osłabienia. A odbiałczenie będzie miało konsekwencje medyczne zarówno dla niego, jak i dla mnie. No, umówmy się: dla mnie gorsze.
Wieczorem wysyła przypomnienie o tym, że mam odpoczywać. Wysypiać się. i regenerować. Wiadomości od niego docierają do mnie w samym środku twórczego szału, kiedy już nikt do mnie nie dzwoni ze swoimi problemami egzystencjalnymi, nowym pomysłem na książkę, propozycją produkcji dokumentu o podziemiu muzycznym Wrocławia lat 90. czy informacją o tym, że galopujący ból stóp ma swoją nazwę i jest to metatarsalgia (mama). I prosi. nie nakazuje. prosi mnie o to, żebym już się położyła. A ja siedzę przy biurku zawalonym milionem kartek z wykrzyknikami, bo ciągle mnie coś goni i lampię się w ekran telefonu z niedowierzaniem.
któregoś razu aż podskoczyłam, bo pisałam raport zerknęłam na wiadomość, zasuwam dalej dane z boxoffice'u, a obok siebie słyszę głos Babci: "miałaś się wysypiać".
Zaczynam się zastanawiać, czy nie maczała palców w tym spotkaniu. tym bardziej, że Dziadek był stolarzem. A doktor Niedźwiedź tak właśnie siebie nazywa.
Drugi - człowiek
Serdeczny, podejrzanie aż sympatyczny. Inteligentny (omatko, matko, twardy zawodnik!). Oddany i lojalny. Pilnuje tajemnic lekarskich z takim oddaniem, że aż mnie swędzi skóra. Nie nakręca konfliktów. powiedziałabym nawet, że jest az nazbyt koncyliacyjny. odpuszcza, jak zaczynam wierzgać, więc zatrzymuję się w tym brykaniu i jak debil rozglądam się, ile niepotrzebnego kurzu podniosłam.
nie udaje. nie kryguje się. Mówi, że jedzie z kuzynem na wesele pić wódkę i to robi. Mało tego: w ubiegły weekend uznał za stosowne zadzwonić do mnie przed północą z wesela po kilku kolejkach i jeszcze mnie pozdrowić. Och, jakiego dostałam dopalania. Na to czekałam. Ach, jakże go zwyzywałam w środku nocy. Jakże, leżąc na łózku, pobrałam energię przez stopy z ziemi, dociskając lewą wewnętrzną piętę. Jak zassałam uda do panewek. jak poczułam w przeponie moc. Jak odpaliłam z warkotem rosomaka. Jak się wytarłam o niego, wywijając nad głową kobiecą godnością i potrzebą szacunku. Oplułam go wściekle ze wszystkich stron. ktoś inny by się nie odezwał za Chiny. usunąłby mój numer telefonu, wypierdolił z kolejki NFZu, wymazał z pamięci.
Po czym następnego dnia, ku mojemu zdziwieniu, pan doktor dzwoni i z drżeniem w głosie uznaje swoją nieprawość i małość. Chce przeprosić. Że to było szczeniackie i on nie wie, jak mógł do tego dopuścić. Na co ja, z miną przechery, myślę sobie: czekaj, ja cię urządzę. Na żywo masz mnie przepraszać. I ściągam go pod swój blok, skoro już i tak kursuje tu ze skierowaniami na densytometrię i inne pierdoły. Wychodzę z bloku powoli, nie spieszę się, pokazę mu, gdzie jest moje centrum w życiu. I poprawiam na rękach skórzane rękawiczki całuski i patrzę na niego z taką ilością pogardy, jaką udało mi się w windzie skumulować. A on staje przede mną w ostatni wrześniowy weekend, wielki jak dąb, w krótkim rękawku, choć jest na to stanowczo za zimno i rozkłada ręce gestem przedszkolaka, który nie ma pojęcia, jak to się stało, że się zakochał w koleżance, a już na pewno nie wie, co go podkusiło, żeby przypiąć jej pinezką do krzesła warkoczyk. Po czym daje mi piękną białą różę gestem tak delikatnym, zupełnie niewspółmiernym do jego gabarytów, a ręce mu drżą i widzę, jak jest przejęty. Nie mogę mu nie wierzyć. Jestem podła, ale nie aż tak. Róża kłuje mnie w palec przez rękawiczkę. Mam cudowny dar wykańczania nawet kaktusów. Stoi w wazonie już tydzień. Wygląda jak włozona do wazonu przed chwilą. Psiakrew.
I jeszcze takie proste rzeczy. jak podanie ręki. Mówi, że owszem, odchudza się, ale ma ochotę na stek i nie zawaha się zaspokoić tej ochoty. Uczy się do egzaminu pilnie, a wtedy wyłącza telefon. Ale zanim to zrobi, dzwoni do mnie i podaje alternatywny numer, gdybym nagle odczuła w środku dnia potrzebę skonsultowania kwestii entezopatii powięzi. Jak kumpel go potrzebuje, nie odmawia mu pomocy. Gada do swojego kota, a ten odpowiada. Przypomina mi się, jak prowadzę monologi w obecności Kropki, aż pies pada znudzony w poprzek łóżka. I wzrusza mnie to nieskończenie. Jak opowiada o zabiegach i pacjentach, cały jest w tym przypadku. Unika w ogóle określenia "przypadek". Pacjent i już. Człowiek. Wraca do zagadnień reanimacji. A kiedy mówi o tym, jakie to trudne: uratować człowieka, zmienia mu się głos. I mówi: "pani Kasiu, nie ma duszy bez ciała". A ja nie wiem, jakie pytanie mu zadać w następnej kolejności.
Trzeci - mężczyzna
- No i jak to się będzie odbywało? Proszę po kolei.
- Tak jak pani lubi. Ze szczegółami.
- Właśnie tego oczekuję.
- Najważniejsze to dobrze ułożyć pacjenta na stole. Sam to robię, dopiero potem idę się myć. Dostaje pani zastrzyk w kręgosłup. Po dwóch minutach mięśnie wiotczeją. Nie czuje pani nic od pasa w dół.
- Nuda, to wiem, miałam już takie znieczulenie.
- Miało być ze szczegółami.
- Dobra, nie przerywam.
- Podchodzę do stołu od lewej strony. Proszę, żeby skrzyżowała pani ręce na piersiach. Potem stosuję niezawodny chwyt, którego nauczył mnie mój mistrz jeszcze w Łodzi.
- Chwyt? Nelsona mi pan założy?
- Nie. Prawą rękę podkładam pod pani lędźwie. Lewą przekładam pod pani lewym udem i chwytam za górę prawego uda. Potem jednym ruchem przy pomocy asysty przekładam panią na prawy bok. A spojenie łonowe stabilizuję na specjalnym siodle. To ma gwarantować odpowiednie ułożenie miednicy. I tak panią zostawiam i idę się myć do operacji. W tym czasie asysta przygotowuje pole operacyjne. Przykrywa panią i zabezpiecza. Odkaża nogę. Anestezjolog monitoruje pani serce i czynności życiowe. Potem przystępujemy do operacji. Resztę juz pani wie. Ale w każdej chwili może pani zapytać.
Ja se myślę: Jeeezu. Przecież będę naga! A ten mi jakieś slalomy pomiędzy nogami będzie robił! Chryste. To jeszcze gorsze niż gastroskopia na pierwszej randce. Ale zaraz, chwila, dlaczego ja o randce myślę?! Przecież to operacja, psiakrew! Oni widzą tysiące nagich bioder. To dla nich znaczy tyle samo, ile dla mnie plik bezpośrednio od autora, bez redakcji i poprawek. Dane rynkowe surowe, ważone. Słuchalność w poszczególnych rejonach kraju. Frekwencja w prime timie. Stopień zaangażowania odbiorcy. No już? Jesteś spokojniejsza? To tylko ręka między nogami. Wielkie mi halo.
Pani Bogna słucha mnie uważnie. Unikam jej wzroku, jak mogę, za wszelką cenę próbuję się pilnować z tym, żeby nie mówić o panu doktorze w samych superlatywach. Nie myśleć o różowym słoniu. Nie myśleć o tym, że ma takie dobre, ciepłe, orzechowe oczy. Rzęsy tak długie, że jestem o nie zazdrosna i nawet zanabyłam olej rycynowy, żeby swoje nim smarować i nie być gorszą od pana doktora. I nie myśleć o tym, że nad czołem włosy mu się tak miękko kręcą. A ja walczę z atawistyczną potrzebą dotknięcia tego kosmyka. Potem na szczęście odzywa się we mnie głos racjonalny, który pyta: "no i po co? Po co masz go dotykać? Ten człowiek ma cię pokroić. A potem amputować twoją kość". Wtedy trzeźwieję i robię się lodowata i niedostępna.
Pani Bogna w końcu zmusza mnie do spojrzenia jej w oczy. "No i co takiego się wydarzyło, pani Kasiu? To taka tragedia, że się w pani zakochał mężczyzna?" W kącikach ust drży jej figlarny uśmiech, a we mnie narasta panika. "Mężczyzna" - dudni we mnie. Chryste. Wiem, co oznacza pytanie Bogny. Teraz zacznie dopytywać. Wkręcać się we mnie, drążyć, utrącać, rozbierać mnie. A ja nie będę wiedziała, co zrobić z oczami, rękami, ciała będę się próbowała pozbyć. Będę zmieniać temat, odkopię w głowie teorię względności, przytoczę pisma de Saussure'a. Wejdę na jedenasty poziom abstrakcji, po czym Bogna pstryknie mnie i powali jednym zdaniem: "ach, to dlatego pani taka promienna i szczęśliwa". A kiedy będę wychodzić od niej, oprze się o framugę drzwi wejściowych i z tajemniczą miną powie: "dobrej zabawy, pani Kasiu".
I wsiądę do samochodu z wypiekami na twarzy, oszalała z dezorientacji, bo przecież na Ghandiego do Łodzi przyjeżdżałam po to, żeby odwlec moment śmierci. Albo żeby odejść jak najbardziej łagodnie. Bezkolizyjnie. Niewidocznie. A teraz śmierć jest taka daleka. Nierealna wręcz.
- Jak panią zobaczyłem w gabinecie, wiedziałem, że już nic nie będzie takie samo.
- No oczywiście, proszę pana, teraz ma pan wreszcie okazje się wykazać wiedzą i kompetencjami. Głupi by się nie cieszył. Proszę pamiętać, że wieszam poprzeczkę wysoko.
- Uwielbiam tę pani niedostępność.
- Proszę się przyzwyczaić.
- Tyle lat na panią czekałem. Wytrzymam do marca.
- Kto panu powiedział, że ja w marcu zdecyduję się na operację? taki jest pan pewny siebie?
- Jestem spokojny o pani decyzyjność. Pani wie, że trzeba operować jak najszybciej dla pani dobra. Jest pani mądrą kobietą i rzadko zdarza się pacjent o takim poziomie samoświadomości.
- No widzi pan, ile ma pan szczęścia? Proszę tego nie zepsuć, bo pan sobie w CV nabruździ.
- Sam nie wierzę w swoje szczęście.
- Czy chce mi pan powiedzieć coś jeszcze? Coś o technice operacji? jakieś zalecenia? Bo mam przez pana znacznie więcej obowiązków niż planowałam i nie mam czasu na czcze pogaduszki.
- Chciałem tylko powiedzieć, że widzę panią jako zdrową, szczęśliwą kobietę. I zrobię wszystko, żeby dać pani tego szczęścia jak najwięcej.
- Wystarczy, że pan naprawi moje biodro. Więcej od pana nie oczekuję.
- Na razie. Liczę na to, że to się zmieni. Będe o panią walczył.
Myślę sobie: ejże, na razie za bardzo nie masz możliwości się wykrwawiać, bo konkurentów jakoś nie widać.
Ale mówię:
- No dobrze, panie doktorze, widzę, że ta rozmowa zmierza donikąd. Proszę więc siodłać konie i przygotowywać się do walki o najlepszy model endoprotezy, jaki jest dostępny na rynku. Przypominam również, że zobligował się pan do wstawienia mi endoprotezy na zawsze - nie przewiduję reoperacji ani wymian. Do śmierci. I to będę egzekwować.
- Jestem gotów pani przysiąc przy świadkach, że nie opuszczę pani aż do śmierci.
Zagotowałam się.
- Pan oszalał.
- Zgadza się. Na pani punkcie.
- Zmienię operatora.
- Zrobi pani, co pani będzie chciała. A ja to uszanuję.
- Nawet jak panu każę iść precz?
Cisza. Usłyszałam, co powiedziałam. I ten głos Bogny we mnie: "pani Kasiu, czy to, co pani mówi, jest zgodne z tym, co pani czuje?".
Zaczynają ze mnie spadać pancerne łuski choroby. Zrogowaceń od machania maczetą. Ochraniacze na kolana po czołganiu się przez zasieki.
Przypominają mi sie ostatnie słowa Babci, na miesiąc przed śmiercią. Siedziałam przy jej łóżku w środku nocy. Kropka położyła mi pysk na stopie. Tak bardzo mnie wszystko bolało. Babcia ocknęła się przed 4 rano z majaczenia. Spojrzała na mnie:
- Jesteś, córka? Przyjechałaś?
- Jestem, Babciu, to ja, Kasia, twoja wnuczka. Jestem z tobą.
Głos mi drży. Mama chrapie głośno w drugim pokoju. Pieką mnie oczy ze zmęczenia. Czuję, że śmierć jest tak blisko. Tak bardzo blisko. A ja nie mogę jej powiedzieć: zabierz mnie zamiast Babci. Nie mogę.
- A ty masz męża? - pyta mnie Babcia nagle.
- Nie mam, Babuniu.
- To ty taka samiutka?
I zasypia.
Dźwięczy to pytanie w pokoju. Trzymam Babcię za chłodną rękę. I wiem, że nawet jak odpowiem, Babcia już odpowiedzi nie usłyszy. Nie zrozumie. Teraz Babcia jest moim głosem wewnętrznym. Płaczę, bo nie wyobrażam sobie życia bez Niej. Bez Jej opieki. Widzenia mnie. "ubieraj się ciepło. Nerki zaziębisz, latasz tylko jak wariat, szalika nie zawiążesz. I odżywiaj się, bo ty chorowite dziecko jesteś. Wrażliwe. Babcia ci kotlecików narobi. Tylko nie rozdawaj. Już ja cię znam. Ostatnia koszulę być ludziom oddała".
Babcia po godzinie przebudza się. Zupełnie przytomnym głosem mówi do mnie:
- Dziecko, to niedobrze tak samemu. Tobą się musi ktoś opiekować. Przecież ty ani ojca, ani matki nie masz. Ja ci kogoś poślę.
Przykrywam ją lepiej kocem i śmieję się:
- Babciu, mnie dobry lekarz wystarczy do szczęścia. A teraz Babcia śpi. Ja tu będę.
Rozbraja mnie kiczowatość zestawienia tego wspomnienia z rozmową z panem doktorem. Ale co jeśli Babcia naprawdę go wysłała? Ona już nie takie numery robiła. Myślę, że jej osobowość jest w stanie rozsadzić każde życie pozagrobowe, choćby nawet tak piarowo doskonała instytucja jak kościół katolicki misternie je uplotła od strony teoretycznej.
Pan doktor milczy. Ja nie wiem, co powiedzieć. W końcu decyduję się poddać:
- Przepraszam. Panie doktorze, to dla mnie trudne. Żeby nie powiedzieć: niemożliwe. Zaufałam panu jako lekarzowi. Potrzebuję pana pomocy. Sam pan powiedział, że już teraz moja operacja będzie dla Pana potwornym stresem.
- I ja panią przepraszam. Zagalopowałem się. I dziękuję Pani za szczerość. A przy okazji przepraszam za moją ułańską fantazję. Nic na to nie poradzę, żyję już trochę na świecie, a takiego zamieszania w głowie sobie nie przypominam. Chciałbym, żeby pani wiedziała, że to, co pani mówię, jest skrajnie nieetyczne. mnie nie wolno tego robić. Nie wolno mi wykorzystywać sytuacji zależności. Więc jeśli pani uzna, że to dla pani niekomfortowe, zrozumiem, jeśli pani zrezygnuje z mojego warsztatu. W zamian oferuję, że zadbam o najlepszy z możliwych dla pani zespołów operatorów.
- Już to słyszałam.
- Wiem, nudzę panią. Ale chciałbym, żeby się pani nie bała.
W międzyczasie zalewa mnie fala czułości. Dlaczego ja dla niego jestem taka złośliwa i lodowata? Przecież on na to nie zasługuje. Widzę jego samotność, jego zaangażowanie. Ten czepek w śnieżynki. Kaloszki czerwone, w których operuje. Te samotne przejażdżki po Polsce. To, że tak bardzo tęskni za tatą, jak ja. I jak go operowali jako chłopca. Tak jak mnie. Na to samo. Czujność jego oczu, śledząca moje gesty. Wsłuchiwanie się w każde słowo. Szacunek w ich doborze. Szacunek do mnie! Żadnego seksizmu. Zanim zdążyłam się na niego wściec, już ucina pretekst do wścieku: "Widzę pani strach i to jest bardzo dobry objaw. To naturalne, że się pani boi. To inwazyjna operacja."
Dwukrotnie ściska mi rękę. Ma silne, ciepłe dłonie. I takie delikatne jednocześnie. "operujemy zazwyczaj w dwóch parach rękawiczek. Ja operuję w jednej, żeby lepiej czuć."
Powyższa próba zestawienia nasuwa mi takie wnioski: trzy przestrzenie, na których widziałam Doktora Niedźwiedzia, pierwotnie widziałam odrębnie. I żadna z nich mnie nie przerażała. Nie złapałam momentu, w którym trzy przestrzenie zaczęły się zazębiać i przenikać - i to również mnie nie przeraziło. Przyjęłam również to, że nie wiadomo kiedy zobaczyłam go jako mężczyznę. Kątem oka, ale zawsze. I to też mnie nie przeraziło.
Ogółem obraz tego człowieka jako zjawiska mnie nie przeraża.
I to jest dopiero przerażające.
Wiem, że Ty to zrozumiałaś, Aniu.
piątek, 5 października 2018
poniedziałek, 1 października 2018
Jak nie staw, to serce
- Pani Katarzyno, sprawy się komplikują.
- Nie, proszę mi nie mówić, że minister zdrowia wie o moim uczestnictwie we wszystkich możliwych demonstracjach antyrządowych. I za endoprotezę będę musiała zapłacić sama.
- Niestety, to nie o ministra zdrowia chodzi.
- A, producent endoprotez jest w konflikcie z Trumpem i zbankrutował. Nie będzie dla mnie endoprotezy, tak?
- Tu też nie o biznes chodzi.
- To co? Anestezjolog zastrajkował? Boi się o zastawkę?
- O anestezjologa też nie idzie.
- To ja już nie wiem. Na czym te komplikacje mają polegać?
- Nie wiem, czy będę w stanie przeciąć pani skórę.
Myślę sobie: no nieźle. To się nazywają problemy pierwszego świata ortopedów. Trochę ze złością, trochę z ironią mówię mu:
- O, proszę pana, zdaje się, że podstawy wiedzy panu umknęły w wyniku przygotowań do egzaminu z ortopedii dziecięcej. Pan nie tylko ma za zadanie przeciąć skórę, ale mięśnie, powięzi, a potem kość. Powiedziałabym nawet, że jej część amputować. Odciąć piłą mechaniczną. Potem między innymi użyć frezarki w panewce. A pan dochodzi do wniosku, że przecięcie skóry to dla pana problem? To może Pan jednak powinien zająć się florystyką? - strzykam na niego jadem wynikłym z dezorientacji.
Słyszę jego śmieszne sapanie po drugiej stronie. Próbuje coś powiedzić, ma trzy podejścia. Za czwartym razem, głosem dziecka, które się tłumaczy, mówi:
- To jest nieetyczne. Dlatego.
Słabną mi kolana:
- Ratowanie zdrowia pacjenta jest dla pana nieetyczne? A co to ja jestem: Hannibal Lecter?! Przecież to pan mnie na tę operację gorąco namawiał!
- I będę to robił nadal.
- To ja już nic nie rozumiem.
- Myślę, że wszystko pani rozumie. Nie wiem, czy to panią uspokoi, ale mnie też trudno przyjąć to, że zakochałem się w pani jak wariat.
- Nie, proszę mi nie mówić, że minister zdrowia wie o moim uczestnictwie we wszystkich możliwych demonstracjach antyrządowych. I za endoprotezę będę musiała zapłacić sama.
- Niestety, to nie o ministra zdrowia chodzi.
- A, producent endoprotez jest w konflikcie z Trumpem i zbankrutował. Nie będzie dla mnie endoprotezy, tak?
- Tu też nie o biznes chodzi.
- To co? Anestezjolog zastrajkował? Boi się o zastawkę?
- O anestezjologa też nie idzie.
- To ja już nie wiem. Na czym te komplikacje mają polegać?
- Nie wiem, czy będę w stanie przeciąć pani skórę.
Myślę sobie: no nieźle. To się nazywają problemy pierwszego świata ortopedów. Trochę ze złością, trochę z ironią mówię mu:
- O, proszę pana, zdaje się, że podstawy wiedzy panu umknęły w wyniku przygotowań do egzaminu z ortopedii dziecięcej. Pan nie tylko ma za zadanie przeciąć skórę, ale mięśnie, powięzi, a potem kość. Powiedziałabym nawet, że jej część amputować. Odciąć piłą mechaniczną. Potem między innymi użyć frezarki w panewce. A pan dochodzi do wniosku, że przecięcie skóry to dla pana problem? To może Pan jednak powinien zająć się florystyką? - strzykam na niego jadem wynikłym z dezorientacji.
Słyszę jego śmieszne sapanie po drugiej stronie. Próbuje coś powiedzić, ma trzy podejścia. Za czwartym razem, głosem dziecka, które się tłumaczy, mówi:
- To jest nieetyczne. Dlatego.
Słabną mi kolana:
- Ratowanie zdrowia pacjenta jest dla pana nieetyczne? A co to ja jestem: Hannibal Lecter?! Przecież to pan mnie na tę operację gorąco namawiał!
- I będę to robił nadal.
- To ja już nic nie rozumiem.
- Myślę, że wszystko pani rozumie. Nie wiem, czy to panią uspokoi, ale mnie też trudno przyjąć to, że zakochałem się w pani jak wariat.
środa, 19 września 2018
Sen
- Pani mi się śniła.
- Kiedy?!
- Dwie doby po wizycie.
- Cię się panu śniło?
- Że operowałem Pani biodro.
- To musiał być koszmar.
- Przeciwnie. To był dobry sen. Najpierw śniła mi się pani w sali operacyjnej. Słyszałem tylko pani głos w polu operacyjnym. Bo pacjent pola nie widzi. Zasłonięty jest specjalną przesłoną. To się nazywa "zaszmacie" fachowo.
- Obrzydliwie fachowy derywat.
- I pani się tak rozgadala, że pokazałem asyście gest dekapitacji.
- Czyli powalić pacjenta.
- Tak, bo pani tak ciekawie opowiadała, że nie mogłem się skoncentrować na przecięciu powięzi.
- I co? Przeżyłam?
- Oczywiście. Potem o kulach pani przyszła po wypis i była wściekła, że tyle musi czekać.
- Ja się nigdy nie dopominam o wypis. I nie wściekam na lekarzy. Chyba że mnie zmuszą.
- A potem pani płakała.
- Czyli jednak się nie udało.
- Nic z tego.
- Wie pan, nieudana operacja to przynajmniej połowa udanej sekcji.
- Nie, śniło mi się, że pani płakała z radości, że już nie boli.
Milczę, bo mam ściśnięte gardło.
- Pan wie, że w snach jest większość na odwrót?
- Nie wiem. Wiem tylko, że ja też płakałem z radości, jak się obudziłem.
- Kiedy?!
- Dwie doby po wizycie.
- Cię się panu śniło?
- Że operowałem Pani biodro.
- To musiał być koszmar.
- Przeciwnie. To był dobry sen. Najpierw śniła mi się pani w sali operacyjnej. Słyszałem tylko pani głos w polu operacyjnym. Bo pacjent pola nie widzi. Zasłonięty jest specjalną przesłoną. To się nazywa "zaszmacie" fachowo.
- Obrzydliwie fachowy derywat.
- I pani się tak rozgadala, że pokazałem asyście gest dekapitacji.
- Czyli powalić pacjenta.
- Tak, bo pani tak ciekawie opowiadała, że nie mogłem się skoncentrować na przecięciu powięzi.
- I co? Przeżyłam?
- Oczywiście. Potem o kulach pani przyszła po wypis i była wściekła, że tyle musi czekać.
- Ja się nigdy nie dopominam o wypis. I nie wściekam na lekarzy. Chyba że mnie zmuszą.
- A potem pani płakała.
- Czyli jednak się nie udało.
- Nic z tego.
- Wie pan, nieudana operacja to przynajmniej połowa udanej sekcji.
- Nie, śniło mi się, że pani płakała z radości, że już nie boli.
Milczę, bo mam ściśnięte gardło.
- Pan wie, że w snach jest większość na odwrót?
- Nie wiem. Wiem tylko, że ja też płakałem z radości, jak się obudziłem.
sobota, 15 września 2018
Zła kość
Doktor Niedźwiedź dzwoni teraz od rana. To znaczy w weekendy. A może dopiero dzisiaj ustanowił taki rytuał. I przedwczoraj. Po siódmej rano. Żeby zapytać, czy możemy zacząć dzień razem.
A dziś przez godzinę mówił mi po kolei, jak wygląda operacja wszczepienia endoprotezy. Jestem mu za to tak samo wdzięczna, jak i wściekła na niego, że niestety ma rację. Z operacją nie można czekać. Dziś wyraźnie mówi mi o tym kolano lewe, trzaskając i hucząc groźnie, podnosząc ostrzegawczo swoją temperaturę i wrażliwość na dotyk.
Pan doktor pyta, jak mija dzień. Jak się czuję.
"Wchodzę od strony nadkrętarzowej. Ze względu na to, że u pani jest problem ze zniszczeniem panewki i fragmentu miednicy cięcie będzie niestety bardziej rozległe, szersze, muszę wejść na pośladek. Poza tym pani jednak jest już po czterech operacjach biodra. Tkanka bliznowata jest potężna, trzeba będzie zdecydować, którą usunąć. Leży pani na prawym boku. Asysta układa panią pod odpowiednim kątem. Palpacyjnie wyczuwam strop krętarza, który w tym ułożeniu ma celować w sufit. Nacinam trzy pary mięśni. Rotatory tak, jak pani pokazałem na zdjęciu. Odsuwam tkankę tłuszczową, kolejne mięśnie pod skórą się rozwarstwia, bo nie można ich przeciąć. W tym celu używamy haków. Centymetr po centymetrze rozcinam powięź aż do kości"
I tu moja świadomość powiedziała: nie, Kasiu, nie słucham już teraz, mam dosyć, wypchaj się z tymi swoimi ciągotami medycznymi, idę się zastanawiać, czy Heidegger nosi niebieską bieliznę.
Zaciskałam pięści na mojej piżamie z Ciasteczkowym Potworem. Ocknęłam się na to:
"... do pochewki stawu przez wbicie. To najbardziej oszczędzający kość sposób umieszczenia tam trzpienia. Ważna jest też dbałość o pressfit. Dwie śluby wkręca się w strop miednicy, dzięki temu panewka się nie rotuje. Potem się czyści panewkę frezarką, zaślepia przy pomocy wkładki z kołnierzem pod odpowiednim kątem. Potem zabieram się za trzon kości udowej. Trzeba zobaczyć, jak jest szyjka przycięta, zrobić wejście do środka uda od strony odciętej szyjki, powoli raszpla po raszpli zwiększać rozwarcie, żeby trzpień umieścić w niej w całości. Ostatnią raszplę zostawia się w udzie, mierzy się, jak wygląda szyja, jak głowa, jak wygląda antewersja, czy to jest dobrze, jakie jest przyparcie, jakie ruchy, ile maksymalnie można zrobić ruchu, żeby nie było zwichnięcia tego biodra. Staramy się wyrównać długość nóg. Kiedyś jedna pacjentka mnie za to ochrzaniła, bo jej zrównałem nogi i okazało się, że ma całą garderobę do wymiany. Najważniejsza jest stabilność biodra. Żeby się nie zwichało samo z siebie. W drugiej kolejności - długość. Jeśli się udaje, to staramy się to robić tak, żeby było i jedno, i drugie. Potem się zamyka. A, i jeszcze dren. I tyle. Już po operacji. WIęcej gadałem niż było roboty. I tak. Czy pani płacze?"
Oczywiście, że się panu nie przyznam. Ale jasne jest, że płaczę. To taka drastyczna i inwazyjna operacja. Wbijanie młotem trzpienia w kość. Kręcenie frezarką w panewce. Opiłki kostne, porozrywane naczynia krwionośne, naciągnięte mięśnie, podrażnione nerwy, szarpnięty Achilles. I wrzask, Eugenii wrzask, że ktoś śmiał ingerować. Że uśpił, spałował, żeby przechytrzyć, Och, jak ona się zemści. Jak ona będzie gryzła. Jak będzie tupać obcasami. Nieprzespane noce. Krzyk. Mdłości. Żebranie o Atossę. Odmowa podania Atossy. Żebranie o Imovane. Odmowa Imovane. Wenflon źle wkłuty. Poczucie, że ktoś wysysa mózg, kiedy usuwany jest z rany dren. "Zegnij kolano, mówię. Zegnij, powiedziałem".
- Czy to prawda, że kość udowa jest tak długa, że stanowi 26 proc. długości ciała człowieka?
- To na pewno najdłuższa kość w ciele. Tak, nie wykluczam, że właśnie tak jest.
- A głowa kości udowej?
- Jest jak piłka pingpongowa. Takiej wielkości i taka okrągła. W pani zdrowym biodrze pewnie taka jest. Nie wiem, bo nie widziałem zdjęcia prawego biodra. A w chorym jest większa.
- Naprawdę? Mimo że skrojona artroskopowo i sponiewierana tymi torbielami?
- Tak. Bo jest zmieniona chorobowo. Przerośnięta. Z nadbudowaną kością. Złą kością. Z wytartą chrząstką. Że tak powiem.
Zła kość. Psiakość.
"Zła kość". Niegrzeczna. Kiedy u Babci zaczęła galopować demencja, w przebłyskach świadomości karciła się jak małe dzieci. "Babcia jest dzisiaj niegrzeczna" - mówiła wysokim, dziecięcym głosem. Tak mnie to rozczulało. Chciałam ją wtedy przytulić i powiedzieć: "Babuniu, to nie Twoja wina, że osłonki mielinowe połączeń nerwowych w Twoim mózgu zanikają. To nie Twoja wina, że koagulacja białek postępuje tak szybko. Ja Cię kocham taką, jaka jesteś, nawet jak mylisz mnie z listonoszem. Babuniu, pójdziemy razem, ja Cię przeprowadzę. Tak jak Ty uczyłaś mnie chodzić, tak ja odprowadzę Cię na drugą stronę".
Istotą pani choroby nie jest, moim zdaniem, ZZSK, tylko przebyte złuszczenie biodra.
- To pan to oddziela?
- Tak. Zdecydowanie to oddzielam. Choć trzeba przyznać, że ZZSK może pogłębić tę chorobę. Uważam, że w pani przypadku za lewe biodro odpowiada przebyte złuszczenie. Takie jest moje zdanie.
- Pan też zachorował. Dociekał pan kiedykolwiek przyczyn tej choroby? Bo powiedzenie, że etiopatologia jest nieznana zupełnie mnie nie satysfakcjonuje.
- Kiedyś czytałem o tym, ale też mnie to nie przekonało. Nie ma na ten temat jednej przekonującej teorii. Chodzi o osłabienie chrząstki wzrostowej. Tak, jakby jakaś nieznana siła hamowała ten wzrost. Kluczowy jest wiek. Wiek dojrzewania. Potrzeba niezależności. Ile miała pani lat?
- 12.
- To ja byłem o rok starszy, zdałem akurat do siódmej klasy. W wakacje byłem operowany.
Nieznana siła. Potrzeba niezależności. Potrzeba ucieczki.
- Co mogę zrobić, żeby panu ułatwić operację? Wzmocnić mięśnie? Zgubić tkankę tłuszczową?
- Pozytywnie myśleć. I rehabilitować się. Ale pani to robi. Pozytywne myślenie bardzo dużo daje. Moje doświadczenie o tym mówi.
I taki mam dziś dzień, że co chwilę płaczę. Witek z Alą chcą u mnie nocować. Nie mam ochoty na nikogo patrzeć. Ale przecież nie mogę im odmówić. Witek to mój kumpel z podstawówki. Nic mnie nie cieszy. Roboty mam tyle, że nie wiem, w co mam ręce włożyć. I co z tego, że robię? Zleceniodawcy nie płacą w terminie. W przyszłym tygodniu jadę na festiwal w Gdyni. Tak się na to na początku cieszyłam, teraz w ogóle siebie tam nie widzę.
Lodówka pusta. Anita w Anghiari. Piotr w jej mieszkaniu, ale w swoim świecie. Toot w Krakowie. Afgańska w Maroku, potem leci do Stanów. Ania na Wyspach. Iwona postanowiła przy każdej możliwej okazji upokarzać mnie, bo nie jestem i nie będę matką. Moja mama dużo gorzej się czuje, miała jakiś incydent ze strzałem wysokiego ciśnienia. Nurza się teraz w określeniu z karty w przychodni: "skok wysokiego ciśnienia z silną komponentą emocjonalną". Z lubością syczy przez zęby: "mnie się nie wolno denerwować". Więc o operacji jej powiedzieć nie mogę. Zresztą, i tak uzna, że to ona cierpi bardziej. Tu się nie ma co licytować. Nie będę dokładać swojej cegiełki do komponenty emocjonalnej.
W internecie zamówiłam poduszkę-rogal dla ciężarnych (haha). Jej celem jest odciążanie biodra w nocy. Rozpakowałam ją, jest olbrzymia. Zawinęłam się, żeby sprawdzić, czy i jak działa. Rzeczywiście biodro na niej odczuwa ulgę. Przytuliła mnie.
I jak po przytulenie poczułam, zaczęłam dziś tak strasznie, tak rozpaczliwie płakać. Jak dziecko. Ze strachu. Przerażenia. Bezsilności. Samotności. Z powodu jesieni. Z powodu zmęczenia. Braku wakacji. Końca sezonu na maliny. Braku Taty. Odejścia Babci. Że Kropki nie ma blisko. Że kolano mi stuka, to znaczy, że biodro ma się coraz gorzej. Że nie jestem w stanie przykleić na jodze wewnętrznej pięty do podłoża. Że pracuję ze ślepymi ludźmi, a nowoprzyjęci współpracownicy są jak martwe zombiaki. Że miejsce na książki mi się kończy. Że nie chcę, nie chcę drenu, nie chcę cewnika, nie chcę kolejnych wenflonów, nie chcę basenu, fochów salowej. Nie chcę frezarki w panewce. Trzpienia w kości udowej. Skarg, pretensji, mejli, skaleczonego ego rozmówcy, przepełnionej skrzynki, pytań: "no i co? Mam zacząć studiować te filozofie? Bede najlepszy, bo na studiach z przedmiotu mieem piontke. To chyba dobry jestem, nie?"
Nie chcę relacji, subskrypcji, powiadomień, dźwięków, stukotów, szmerów, zapachów, tęsknot, pestek, szelestów, ciężaru papieru.
Dzisiaj mam taki dzień, że nie chcę żyć.
A dziś przez godzinę mówił mi po kolei, jak wygląda operacja wszczepienia endoprotezy. Jestem mu za to tak samo wdzięczna, jak i wściekła na niego, że niestety ma rację. Z operacją nie można czekać. Dziś wyraźnie mówi mi o tym kolano lewe, trzaskając i hucząc groźnie, podnosząc ostrzegawczo swoją temperaturę i wrażliwość na dotyk.
Pan doktor pyta, jak mija dzień. Jak się czuję.
"Wchodzę od strony nadkrętarzowej. Ze względu na to, że u pani jest problem ze zniszczeniem panewki i fragmentu miednicy cięcie będzie niestety bardziej rozległe, szersze, muszę wejść na pośladek. Poza tym pani jednak jest już po czterech operacjach biodra. Tkanka bliznowata jest potężna, trzeba będzie zdecydować, którą usunąć. Leży pani na prawym boku. Asysta układa panią pod odpowiednim kątem. Palpacyjnie wyczuwam strop krętarza, który w tym ułożeniu ma celować w sufit. Nacinam trzy pary mięśni. Rotatory tak, jak pani pokazałem na zdjęciu. Odsuwam tkankę tłuszczową, kolejne mięśnie pod skórą się rozwarstwia, bo nie można ich przeciąć. W tym celu używamy haków. Centymetr po centymetrze rozcinam powięź aż do kości"
I tu moja świadomość powiedziała: nie, Kasiu, nie słucham już teraz, mam dosyć, wypchaj się z tymi swoimi ciągotami medycznymi, idę się zastanawiać, czy Heidegger nosi niebieską bieliznę.
Zaciskałam pięści na mojej piżamie z Ciasteczkowym Potworem. Ocknęłam się na to:
"... do pochewki stawu przez wbicie. To najbardziej oszczędzający kość sposób umieszczenia tam trzpienia. Ważna jest też dbałość o pressfit. Dwie śluby wkręca się w strop miednicy, dzięki temu panewka się nie rotuje. Potem się czyści panewkę frezarką, zaślepia przy pomocy wkładki z kołnierzem pod odpowiednim kątem. Potem zabieram się za trzon kości udowej. Trzeba zobaczyć, jak jest szyjka przycięta, zrobić wejście do środka uda od strony odciętej szyjki, powoli raszpla po raszpli zwiększać rozwarcie, żeby trzpień umieścić w niej w całości. Ostatnią raszplę zostawia się w udzie, mierzy się, jak wygląda szyja, jak głowa, jak wygląda antewersja, czy to jest dobrze, jakie jest przyparcie, jakie ruchy, ile maksymalnie można zrobić ruchu, żeby nie było zwichnięcia tego biodra. Staramy się wyrównać długość nóg. Kiedyś jedna pacjentka mnie za to ochrzaniła, bo jej zrównałem nogi i okazało się, że ma całą garderobę do wymiany. Najważniejsza jest stabilność biodra. Żeby się nie zwichało samo z siebie. W drugiej kolejności - długość. Jeśli się udaje, to staramy się to robić tak, żeby było i jedno, i drugie. Potem się zamyka. A, i jeszcze dren. I tyle. Już po operacji. WIęcej gadałem niż było roboty. I tak. Czy pani płacze?"
Oczywiście, że się panu nie przyznam. Ale jasne jest, że płaczę. To taka drastyczna i inwazyjna operacja. Wbijanie młotem trzpienia w kość. Kręcenie frezarką w panewce. Opiłki kostne, porozrywane naczynia krwionośne, naciągnięte mięśnie, podrażnione nerwy, szarpnięty Achilles. I wrzask, Eugenii wrzask, że ktoś śmiał ingerować. Że uśpił, spałował, żeby przechytrzyć, Och, jak ona się zemści. Jak ona będzie gryzła. Jak będzie tupać obcasami. Nieprzespane noce. Krzyk. Mdłości. Żebranie o Atossę. Odmowa podania Atossy. Żebranie o Imovane. Odmowa Imovane. Wenflon źle wkłuty. Poczucie, że ktoś wysysa mózg, kiedy usuwany jest z rany dren. "Zegnij kolano, mówię. Zegnij, powiedziałem".
- Czy to prawda, że kość udowa jest tak długa, że stanowi 26 proc. długości ciała człowieka?
- To na pewno najdłuższa kość w ciele. Tak, nie wykluczam, że właśnie tak jest.
- A głowa kości udowej?
- Jest jak piłka pingpongowa. Takiej wielkości i taka okrągła. W pani zdrowym biodrze pewnie taka jest. Nie wiem, bo nie widziałem zdjęcia prawego biodra. A w chorym jest większa.
- Naprawdę? Mimo że skrojona artroskopowo i sponiewierana tymi torbielami?
- Tak. Bo jest zmieniona chorobowo. Przerośnięta. Z nadbudowaną kością. Złą kością. Z wytartą chrząstką. Że tak powiem.
Zła kość. Psiakość.
"Zła kość". Niegrzeczna. Kiedy u Babci zaczęła galopować demencja, w przebłyskach świadomości karciła się jak małe dzieci. "Babcia jest dzisiaj niegrzeczna" - mówiła wysokim, dziecięcym głosem. Tak mnie to rozczulało. Chciałam ją wtedy przytulić i powiedzieć: "Babuniu, to nie Twoja wina, że osłonki mielinowe połączeń nerwowych w Twoim mózgu zanikają. To nie Twoja wina, że koagulacja białek postępuje tak szybko. Ja Cię kocham taką, jaka jesteś, nawet jak mylisz mnie z listonoszem. Babuniu, pójdziemy razem, ja Cię przeprowadzę. Tak jak Ty uczyłaś mnie chodzić, tak ja odprowadzę Cię na drugą stronę".
Istotą pani choroby nie jest, moim zdaniem, ZZSK, tylko przebyte złuszczenie biodra.
- To pan to oddziela?
- Tak. Zdecydowanie to oddzielam. Choć trzeba przyznać, że ZZSK może pogłębić tę chorobę. Uważam, że w pani przypadku za lewe biodro odpowiada przebyte złuszczenie. Takie jest moje zdanie.
- Pan też zachorował. Dociekał pan kiedykolwiek przyczyn tej choroby? Bo powiedzenie, że etiopatologia jest nieznana zupełnie mnie nie satysfakcjonuje.
- Kiedyś czytałem o tym, ale też mnie to nie przekonało. Nie ma na ten temat jednej przekonującej teorii. Chodzi o osłabienie chrząstki wzrostowej. Tak, jakby jakaś nieznana siła hamowała ten wzrost. Kluczowy jest wiek. Wiek dojrzewania. Potrzeba niezależności. Ile miała pani lat?
- 12.
- To ja byłem o rok starszy, zdałem akurat do siódmej klasy. W wakacje byłem operowany.
Nieznana siła. Potrzeba niezależności. Potrzeba ucieczki.
- Co mogę zrobić, żeby panu ułatwić operację? Wzmocnić mięśnie? Zgubić tkankę tłuszczową?
- Pozytywnie myśleć. I rehabilitować się. Ale pani to robi. Pozytywne myślenie bardzo dużo daje. Moje doświadczenie o tym mówi.
I taki mam dziś dzień, że co chwilę płaczę. Witek z Alą chcą u mnie nocować. Nie mam ochoty na nikogo patrzeć. Ale przecież nie mogę im odmówić. Witek to mój kumpel z podstawówki. Nic mnie nie cieszy. Roboty mam tyle, że nie wiem, w co mam ręce włożyć. I co z tego, że robię? Zleceniodawcy nie płacą w terminie. W przyszłym tygodniu jadę na festiwal w Gdyni. Tak się na to na początku cieszyłam, teraz w ogóle siebie tam nie widzę.
Lodówka pusta. Anita w Anghiari. Piotr w jej mieszkaniu, ale w swoim świecie. Toot w Krakowie. Afgańska w Maroku, potem leci do Stanów. Ania na Wyspach. Iwona postanowiła przy każdej możliwej okazji upokarzać mnie, bo nie jestem i nie będę matką. Moja mama dużo gorzej się czuje, miała jakiś incydent ze strzałem wysokiego ciśnienia. Nurza się teraz w określeniu z karty w przychodni: "skok wysokiego ciśnienia z silną komponentą emocjonalną". Z lubością syczy przez zęby: "mnie się nie wolno denerwować". Więc o operacji jej powiedzieć nie mogę. Zresztą, i tak uzna, że to ona cierpi bardziej. Tu się nie ma co licytować. Nie będę dokładać swojej cegiełki do komponenty emocjonalnej.
W internecie zamówiłam poduszkę-rogal dla ciężarnych (haha). Jej celem jest odciążanie biodra w nocy. Rozpakowałam ją, jest olbrzymia. Zawinęłam się, żeby sprawdzić, czy i jak działa. Rzeczywiście biodro na niej odczuwa ulgę. Przytuliła mnie.
I jak po przytulenie poczułam, zaczęłam dziś tak strasznie, tak rozpaczliwie płakać. Jak dziecko. Ze strachu. Przerażenia. Bezsilności. Samotności. Z powodu jesieni. Z powodu zmęczenia. Braku wakacji. Końca sezonu na maliny. Braku Taty. Odejścia Babci. Że Kropki nie ma blisko. Że kolano mi stuka, to znaczy, że biodro ma się coraz gorzej. Że nie jestem w stanie przykleić na jodze wewnętrznej pięty do podłoża. Że pracuję ze ślepymi ludźmi, a nowoprzyjęci współpracownicy są jak martwe zombiaki. Że miejsce na książki mi się kończy. Że nie chcę, nie chcę drenu, nie chcę cewnika, nie chcę kolejnych wenflonów, nie chcę basenu, fochów salowej. Nie chcę frezarki w panewce. Trzpienia w kości udowej. Skarg, pretensji, mejli, skaleczonego ego rozmówcy, przepełnionej skrzynki, pytań: "no i co? Mam zacząć studiować te filozofie? Bede najlepszy, bo na studiach z przedmiotu mieem piontke. To chyba dobry jestem, nie?"
Nie chcę relacji, subskrypcji, powiadomień, dźwięków, stukotów, szmerów, zapachów, tęsknot, pestek, szelestów, ciężaru papieru.
Dzisiaj mam taki dzień, że nie chcę żyć.
piątek, 14 września 2018
Sparing ortopedyczny
- Panie doktorze, chciałabym, żeby pan o czymś wiedział.
- Zamieniam się w słuch.
- Pojawiły się we mnie wątpliwości.
- Cudownie.
- Pan dworuje sobie ze mnie, a to jest znacznie więcej niż poważna sprawa. To dla mnie sprawa fundamentalna.
- Pani mnie źle zrozumiała. Dla mnie to, że pacjent ma wątpliwości co do celowości przeprowadzenia zabiegu jest dowodem na to, że jest świadomy swojego ciała, swojej odpowiedzialności i konsekwencji takiego przedsięwzięcia.
- A teraz to się pan podlizuje.
- W żadnym razie. Rzadko zdarza się, żeby pacjenci mieli odwagę o wszystko ze szczegółami wypytać. Tęsknię za tym.
- Wie pan, nie każdy chce wiedzieć, jak to będzie wyglądać i co się będzie z nim działo.
- Ale im bardziej się czuje, tym bardziej się zdrowieje.
Fuck. Jeden do zera dla niego. Nie dam się. Jak to mówi Julia na jodze? Zaprzyj się, poczuj kontakt z ziemią, pobierz z niej energię przez nogi.
- Biorę pod uwagę, że może pan odebrać to jako zawodowy afront, ale chciałabym skonsultować jeszcze mój przypadek z co najmniej jednym specjalistą. Sam pan powiedział, że ortopeda to nie lekarz. Jestem chora na postepującą chorobę reumatyczną. oczywiście nikt nie przewidzi kierunku jej rozwoju, ale zależałoby mi na tym, żeby jeszcze jakiś specjalista, a najchętniej holista, przyjrzał się moim wynikom.
Chwila ciszy. Zastanawiam się, czy mi przyłoży. Doktor Niedźwiedź bierze oddech:
- Proszę pani, to jest dla mnie wyróżnienie. I zaszczytem dla mnie będzie, jeśli pani przypadek skonsultuje jeszcze jakiś specjalista. Sam mogę pani polecić trzech niezależnych. I pani, i ja będziemy się czuli wówczas pewniej. Jeśli, rzecz jasna, zgodzi się pani, żebym to ja operował. Zastrzegam, że nie zawsze zgadzam się z opiniami i decyzjami innych lekarzy, ale za to zawsze ich słucham. Bez względu na to, co pani usłyszy, to pani podejmuje decyzję, nie ja.
Kurwa. Dwa zero. Kasiu, czy łuki stóp podciągnęłaś do góry? Czy przykleiłaś wewnętrzną piętę do podłoża? Co z twoją mocą? Czy mięśnie ud wprasowałaś w kość? Działaj, bo chłop wygrywa.
- Dobrze, tak zrobię, skonsultuję. Cieszę się, że tak pan do tego podchodzi.
- Czuję, że pani ma jeszcze worek pytań i cieszę się na nie.
- Drastycznych, a i owszem.
- Proszę pytać.
- Pan nie bedzie kłamał?
- Nie mam w zwyczaju.
- Ile czasu potrzeba na wyjście ze szpitala?
- To ja decyduję o tym, kiedy wypisuję pacjenta. Ostatnio przetrzymałem jednego dwa tygodnie, bo rana źle się goiła.
- Dlaczego się źle goiła?
- Pacjent był odbiałczony. Przed operacją zrobimy pani dokładny proteinogram, zawsze proszę też o konsultację reumatologiczną.
- Z tym białkiem...
- ... owszem, zmierzam do tego, że przy pani restrykcyjnej diecie wegańskiej może byc problem z niedoborami białka.
- Standardowo pan jak długo trzyma pacjenta na oddziale, jeśli nie ma komplikacji po wszczepieniu protezy.
- Tydzień.
- Co jest najtrudniejsze?
- Zbicie CRP. Po operacji szaleje. Do trzech cyfr dochodzi.
- Co to dla mnie, nie takie rekordy biłam.
- Wiem, ale ja nie bedę kosztem pacjenta bił rekordów. CRP ma się uspokoić. I wyciszyć. Zazwyczaj to tydzień. U pani może to zająć 10 dni. Ale dopóki nie poczuję, że jest pani bezpieczna, będę panią trzymał na oddziale.
- Może sobie pan takie spa dla pacjentów organizować? Ordynator panu nie robi wymówek?
- Robi, ale mnie nie obchodzi, co mówi ordynator. Mnie interesuje stan pacjenta.
- Tak się pan naraża na bycie nielubianym?
- W każdym zawodzie są koszty.
- No to co na drugim miejscu pod względem trudności?
- Czystość. Pole operacyjne musi być skrajnie czyste. Nawet cień wątpliwości co do tego, czy pole operacyjne zostało zainfekowane, to alarm na całym bloku.
- Dlaczego? Sepsa?
- Nie. Zapalenie kości trudno się leczy.
Cholera. Jeden na jeden. Odpowiada na każde pytanie. Nie kryguje się. Nie oplata. Nie kluczy. Nie wije się. Nie kręci włosów na palcu. Kosmita.
- Zamieniam się w słuch.
- Pojawiły się we mnie wątpliwości.
- Cudownie.
- Pan dworuje sobie ze mnie, a to jest znacznie więcej niż poważna sprawa. To dla mnie sprawa fundamentalna.
- Pani mnie źle zrozumiała. Dla mnie to, że pacjent ma wątpliwości co do celowości przeprowadzenia zabiegu jest dowodem na to, że jest świadomy swojego ciała, swojej odpowiedzialności i konsekwencji takiego przedsięwzięcia.
- A teraz to się pan podlizuje.
- W żadnym razie. Rzadko zdarza się, żeby pacjenci mieli odwagę o wszystko ze szczegółami wypytać. Tęsknię za tym.
- Wie pan, nie każdy chce wiedzieć, jak to będzie wyglądać i co się będzie z nim działo.
- Ale im bardziej się czuje, tym bardziej się zdrowieje.
Fuck. Jeden do zera dla niego. Nie dam się. Jak to mówi Julia na jodze? Zaprzyj się, poczuj kontakt z ziemią, pobierz z niej energię przez nogi.
- Biorę pod uwagę, że może pan odebrać to jako zawodowy afront, ale chciałabym skonsultować jeszcze mój przypadek z co najmniej jednym specjalistą. Sam pan powiedział, że ortopeda to nie lekarz. Jestem chora na postepującą chorobę reumatyczną. oczywiście nikt nie przewidzi kierunku jej rozwoju, ale zależałoby mi na tym, żeby jeszcze jakiś specjalista, a najchętniej holista, przyjrzał się moim wynikom.
Chwila ciszy. Zastanawiam się, czy mi przyłoży. Doktor Niedźwiedź bierze oddech:
- Proszę pani, to jest dla mnie wyróżnienie. I zaszczytem dla mnie będzie, jeśli pani przypadek skonsultuje jeszcze jakiś specjalista. Sam mogę pani polecić trzech niezależnych. I pani, i ja będziemy się czuli wówczas pewniej. Jeśli, rzecz jasna, zgodzi się pani, żebym to ja operował. Zastrzegam, że nie zawsze zgadzam się z opiniami i decyzjami innych lekarzy, ale za to zawsze ich słucham. Bez względu na to, co pani usłyszy, to pani podejmuje decyzję, nie ja.
Kurwa. Dwa zero. Kasiu, czy łuki stóp podciągnęłaś do góry? Czy przykleiłaś wewnętrzną piętę do podłoża? Co z twoją mocą? Czy mięśnie ud wprasowałaś w kość? Działaj, bo chłop wygrywa.
- Dobrze, tak zrobię, skonsultuję. Cieszę się, że tak pan do tego podchodzi.
- Czuję, że pani ma jeszcze worek pytań i cieszę się na nie.
- Drastycznych, a i owszem.
- Proszę pytać.
- Pan nie bedzie kłamał?
- Nie mam w zwyczaju.
- Ile czasu potrzeba na wyjście ze szpitala?
- To ja decyduję o tym, kiedy wypisuję pacjenta. Ostatnio przetrzymałem jednego dwa tygodnie, bo rana źle się goiła.
- Dlaczego się źle goiła?
- Pacjent był odbiałczony. Przed operacją zrobimy pani dokładny proteinogram, zawsze proszę też o konsultację reumatologiczną.
- Z tym białkiem...
- ... owszem, zmierzam do tego, że przy pani restrykcyjnej diecie wegańskiej może byc problem z niedoborami białka.
- Standardowo pan jak długo trzyma pacjenta na oddziale, jeśli nie ma komplikacji po wszczepieniu protezy.
- Tydzień.
- Co jest najtrudniejsze?
- Zbicie CRP. Po operacji szaleje. Do trzech cyfr dochodzi.
- Co to dla mnie, nie takie rekordy biłam.
- Wiem, ale ja nie bedę kosztem pacjenta bił rekordów. CRP ma się uspokoić. I wyciszyć. Zazwyczaj to tydzień. U pani może to zająć 10 dni. Ale dopóki nie poczuję, że jest pani bezpieczna, będę panią trzymał na oddziale.
- Może sobie pan takie spa dla pacjentów organizować? Ordynator panu nie robi wymówek?
- Robi, ale mnie nie obchodzi, co mówi ordynator. Mnie interesuje stan pacjenta.
- Tak się pan naraża na bycie nielubianym?
- W każdym zawodzie są koszty.
- No to co na drugim miejscu pod względem trudności?
- Czystość. Pole operacyjne musi być skrajnie czyste. Nawet cień wątpliwości co do tego, czy pole operacyjne zostało zainfekowane, to alarm na całym bloku.
- Dlaczego? Sepsa?
- Nie. Zapalenie kości trudno się leczy.
Cholera. Jeden na jeden. Odpowiada na każde pytanie. Nie kryguje się. Nie oplata. Nie kluczy. Nie wije się. Nie kręci włosów na palcu. Kosmita.
Co z tą duszą
- Pani mnie zapytała o duszę.
- Tak, dawno temu.
- Widzi pani, to nie było proste pytanie. Ale myślałem o nim każdego dnia. I da się to rozpoznać.
- Co się da rozpoznać?
- Kiedy dusza jest, a kiedy jej nie ma.
- To jak jest z tym miewaniem duszy pana zdaniem?
- W ubiegłym tygodniu reanimowałem pacjentkę. Była już stara i zmęczona, a operacja była inwazyjna, niewydolność krążeniowa wysoka. Przed operacją mówiła, że czuje, że to już jej ostatnia przygoda. Kiedy przystępowałem do reanimacji, wiedziałem, że ta dusza jeszcze tam jest. Ale da się wyczuć moment, w którym dalsze działania nie mają sensu. Kiedy się wie, że mamy przed sobą już tylko zwłoki.
- A podczas narkozy? Co się wtedy dzieje z duszą pacjenta?
- Ona ciągle jest. Jak operuję, to ją czuję. Czuję, że operuję człowieka, a nie tylko jego ciało.
- Po czym pan to rozpoznaje?
- Nie umiem pani odpowiedzieć. Nie umiem tego nazwać. Czuję to, po prostu. Jak obecność.
Przed oczami staje mi ciało Babuni. Bezwładne, z rozchylonymi ustami, na dywanie z okruchami bułki. Tam już nie było Babci. Nie było duszy. I stąd drastyczność doświadczenia.
Wczoraj podczas tej rozmowy telefonicznej bardzo płakałam. Bezgłośnie. Spodnie od piżamy miałam mokre od łez. Nie dałam Doktorowi Niedźwiedziowi tego po sobie poznać. Niedoczekanie.
- Tak, dawno temu.
- Widzi pani, to nie było proste pytanie. Ale myślałem o nim każdego dnia. I da się to rozpoznać.
- Co się da rozpoznać?
- Kiedy dusza jest, a kiedy jej nie ma.
- To jak jest z tym miewaniem duszy pana zdaniem?
- W ubiegłym tygodniu reanimowałem pacjentkę. Była już stara i zmęczona, a operacja była inwazyjna, niewydolność krążeniowa wysoka. Przed operacją mówiła, że czuje, że to już jej ostatnia przygoda. Kiedy przystępowałem do reanimacji, wiedziałem, że ta dusza jeszcze tam jest. Ale da się wyczuć moment, w którym dalsze działania nie mają sensu. Kiedy się wie, że mamy przed sobą już tylko zwłoki.
- A podczas narkozy? Co się wtedy dzieje z duszą pacjenta?
- Ona ciągle jest. Jak operuję, to ją czuję. Czuję, że operuję człowieka, a nie tylko jego ciało.
- Po czym pan to rozpoznaje?
- Nie umiem pani odpowiedzieć. Nie umiem tego nazwać. Czuję to, po prostu. Jak obecność.
Przed oczami staje mi ciało Babuni. Bezwładne, z rozchylonymi ustami, na dywanie z okruchami bułki. Tam już nie było Babci. Nie było duszy. I stąd drastyczność doświadczenia.
Wczoraj podczas tej rozmowy telefonicznej bardzo płakałam. Bezgłośnie. Spodnie od piżamy miałam mokre od łez. Nie dałam Doktorowi Niedźwiedziowi tego po sobie poznać. Niedoczekanie.
czwartek, 13 września 2018
Po co są matki
No przecież nie będę płakać. No nie będę. Bo nic światu po moich łzach. Ale czuję w sobie zimną, ziejącą pustkę. Trochę jak lej po bombie, ale wylany idealnie zastygłą cyną. Trochę przypominający pochewkę, którą wszczepia się w obręb panewki, żeby swobodnie mogła się w niej przemieszczać sztuczna głowa kości udowej endoprotezy.
Nie byłam fanką ślubu Iwonki. Ba, nawet przed wejściem do kościoła powiedziałam jej, że w każdej chwili mogę wsadzić ją do Pandy i zabrać, dokąd chce. Byle dalej od Krystiana, któremu nie ufam. Na którego moje aura reaguje warczeniem. I który jest na szczęście na tyle przytomny, że, stłuczony skutecznie cztery razy, przestał się ze mną ścinać. Wiedział, że wygram. Nie musiałam się szczególnie narobić.
Tendencje do zachowań psychopatycznych wykazywał wcześnie, nawet na tydzień przed ślubem się od Iwonki wyprowadził. Ale to nie zaburzyło jej planu usidlenia go. Bo oświadczyła się mu po trzech miesiącach znajomości. Każdy ma w sobie co najmniej cień genu autodestrukcji.
Nic mi do tego przecież. Poprosiła mnie o bycie świadkiem na ślubie pierwszego dnia mojego pobytu w szpitalu w ubiegłym roku - wiem, że zrobiła to też w dobrej wierze, bo myśl o celu miała pozwolić mi przetrwać rzut. I być może to też przytrzymało mnie przy życiu. Za wszystko jestem losowi wdzięczna.
Nawet do pierwszej rocznicy ślubu nie dotrwali. Wyprowadził się kilka tygodni po ślubie. Potem spotykali się tylko na weekendowy seks. Po nim - wrzeszczał, wyzywał, trzaskał drzwiami. A nad ranem wracał się godzić.
Kiedyś z głupia frant zażartowałam pytaniem, czy Iwonka stosuje antykoncepcję. Musiałam mieć minę profesjonalnej kretynki, kiedy odpowiedziała, że oczywiście, że nie.
Krystian znęcał się nad nią psychicznie przez wiele miesięcy. Nękał telefonami. W ciągu jednego wieczoru kilkadziesiąt razy mówił jej, że ją kocha i żeby spróbowali wszystko naprawić. Po czym płynnie przechodził do gróźb. I mówił, że zniszczy jej życie. Że jej nienawidzi. A jak Iwona urodzi dziecko, zabierze je. I Iwonka już go nigdy nie zobaczy. Ani jego, ani dziecka. Obserwowałam, jak włoski na przedramieniu podnoszą mi się z przerażenia. Zupełnie, jakby chodziło o moje dziecko.
Trudno się dziwić takim aberracjom - zanim trafił do domu dziecka, ojciec lał go do nieprzytomności albo wystawiał z dziewiątego piętra na oblodzony parapet, grożąc, że zepchnie. Obcęgami wyciągał z buzi język za kłamstwo. A o reszcie nie chcę nawet wiedzieć. Dość, że oboje rodzice byli uprzejmi sie zapić na śmierć.
Kiedy już nie wiedział, jak ma żonie dokuczyć i jak ma ją dojechać, sugerował, że niejasny jest dla niego status naszej relacji. Mojej i Iwonki. Że ponoć wyglądam mu na lesbijkę. Bo się przytulam. I mówię, że kocham. Bo kocham. Bo dzięki Iwonie chodzę. Dlaczego miałabym ukrywać moją wdzięczność? Co jest złego w przytulaniu i wdzięczności? Dlaczego tak go to razi?
Przypomniałam Iwonce, że na miesiąc przed ślubem, kiedy koczował w gabinecie i zobaczył mnie w legginsach, powiedział w obecności swojej ówczesnej narzeczonej: "gdyby nie Iwonka, to bym się za ciebie zabrał". Zrobiło mi się trochę niedobrze, ale obróciłam to w żart. Trzeba było go wówczas wyrzucić przez okno na Grzybowską. Igor by mnie uniewinnił. Na pewno.
Powiedziałam Iwonce, że przecież może mieć dziecko z każdym. Z kimkolwiek chce. A nawet w bankach spermy można sobie opracować algorytm i zgodnie z nim znaleźć dawcę niego znaleźć dawcę. Dziecko będzie zdrowe, inteligentne i niezaburzone. nieobciążone epigenetyczną skazą strachu i agresji. Że to nie musi być on. Że dziecko sprawi, że będzie z nim już związana na całe życie, czy to się jej podoba, czy nie. Poza tym, jeśli dochodzi do drastycznych sytuacji, że on ją szarpie, że jej grozi, to "dziecko terapeutyczne" będzie najgorszym z możliwych rozwiązań. W rozpaczy, leżąc u Iwonki na leżance, powiedziałam jej kiedyś: "jak poczujesz w sobie nagłą potrzebę posiadania dziecka własnie z tym człowiekiem, który już po ślubie przejrzał twoją korespondencję sprzed czterech lat, którą prowadziłaś ze swoimi byłymi, a teraz wyzywa cię za nią od kurew, pomyśl, jakie będzie miało los wasze dziecko. A jak będziesz miała problem z tym, żeby sobie zwizualizować los tego dziecka, przypomnij sobie mnie u siebie na leżance z czasów, w których modliłam się o śmierć, bo tak mnie bolało. Jestem uosobieniem losów dzieci, których rodzice nie mieli na siebie pomysłu. I nie mieli wystarczającej odpowiedzialności w sobie, żeby podźwignąć decyzję o konsekwencjach powołania na świat nowego człowieka".
W dniu, w którym dowiedziałam sie, że Iwonka jest w ciąży, dowiedziałam się też, że wycofała pozew o rozwód.
Nawet przez pół sekundy nie zwątpiłam w kompetencje zawodowe Iwony. Jestem pełna podziwu wobec jej wiedzy i intuicji. Wobec sprawności. Empatii. Mam pewne zastrzeżenia co do tego, czy powinna zajmować się duszą pacjenta, ale na szczęście ja potrafię się przed jej domorosłymi i wkurwiającymi do granic możliwości radami bronić. Ale nigdy bym nie podejrzewała, że przed czterdziestką kobieta może być życiowo tak nieskończenie durna. Jak może ładować w takie kłopoty i siebie, i dziecko. Dziecko rpzede wszystkim. Jest na wszystko zupełnie ślepa. Porusza się jak po omacku. Jakby jej ktoś odłączył zasilanie od mózgu. Porażające.
Mam w sobie coś na kształt pęknięcia. Bo przecież każde dziecko to Nowy Cud. I niech tych cudów świat ma jak najwięcej. Dokładnie pamiętam, jak zareagowałam na wieść o tym, że na świat mają przyjść Henio, Kostek i Zojka. Prawie oszalałam z radości. Płakałam, śmiałam się, serce mi waliło. A teraz, kiedy Iwona mi o tym powiedziała, poczułam szeroki strumień strachu rozlewający się w moim brzuchu, na wysokości stawów krzyżowo-biodrowych. Poczułam tak silną więź z tym dzieckiem. Z jego losem. Po czym złapałam się za głowę. I powiedziałam na autopilocie: "najlepsze, co możesz zrobić dla siebie i dziecka, to rozwieść się z nim natychmiast". Odpowiedziała, że własnie wycofała pozew, bo sama sobie z dzieckiem nie poradzi. Odpowiedziałam, że przecież już od miesięcy jest sama.
Potem ta akcja z Doktorem Niedźwiedziem. Pisze do mnie codziennie, a jakże. Nie przekraczam twardych granic, choć widzę, jak sprytnie próbuje je przekraczać. Miłe jest to, że nie jest (póki co) nieokrzesanym chamem. Nie prawi mi tanich komplementów. Z jego wiadomości bije niezależność, ale i coś w rodzaju smutku.
Wygląda mi na fajnego, ciekawego cżłowieka. Ale co z tego, skoro jego zadaniem na najbliższe miesiące jest przeciąć moje rotatory, odgiąć je za pomogą haków piątek, przerżnąć kość, wyjąć caput femoris, wbić młotem trzpień w środek kości i zamontować ruchomy mechanizm w panewce, po czym zaszyć i modlić się, żeby mnie jakiś skrzep nie zabił. Albo żeby zastawka była uprzejma wytrzymać.
W tym tygodniu Iwonka trafiła do szpitala. Podobno zemdlała w domu i dostała drgawek. Pojechali z Krystianem na SOR. Zrobili jej rezonans głowy. Ja się pytam: jak to jest możliwe, że wysportowana, biegająca maratony, zakładająca sobie nogę na głowę, zwrotna, filigranowa kobieta potyka się we własnym domu i pada jak długa, po czym dostaje drgawek? No dobrze, takie przypadki pewnie są, ale mój wyczulony na narracje dziwaczne nos mówi, że coś tu śmierdzi. nie zapytałam, czy zrobiła obdukcję. A dlaczego nie zapytałam? Bo rozmowa z Iwonką przebiegała tak, że nie byłam w stanie tego przewidzieć. No tego akurat się nie spodziewałam.
Mówi teraz głosem głębokiem, miękkiem jak kaczy puch; od czasu do czasu wydaje z siebie puszysty gdak; podkreśla, że leniuchuje, a Krystian gotuje jej ziemniaczki; i że pani doktor mówiła, że zupki najlepsze teraz, ale ona nie wie, jak to będzie, bo od zapachu marchewki jest jej niedobrze; i zapowiedziała dziewczynom w pracy, że kategorycznie zabrania robić kawę w gabinecie, bo zapach ją drażni, a ona już od kilku tygodni nie pije (czyli można, czyli inni też mogą) i sobie zapachu kawy w swoim otoczeniu nie życzy; po czem powiedziała mi: "Kasiu, nie używaj, proszę, żadnych balsamów do ciała ani wód toaletowych, bo mi jest od tego zapachu niedobrze. Wiesz, jak kobietya jest w ciąży, to takie rzeczy mają prawo ją drażnić".
Poczułam, jak jajniki zwijają mi się w finezyjny kształt fakju. Oddychaj, ona ma do tego prawo, może Cię o to poprosić, Kleina wrzucisz sobie do torebki co najwyżej.
No ale że na drugie mam złośliwość, nie dałam rady się powstrzymać i z przekąsem zapytałam: "och, a jaki zapach w takim razie jest ci przyjemnym?"
A Iwonka na to: "zapach mojego męża".
O, Henryku, co za niespodzianka. Jeszcze niedawno w nocy dzwoniła, bo próbował wyważyć drzwi do mieszkania. Albo miała 143 nieodebrane połączenia w telefonie, a w związku z tym ataki paniki.
Kurwa, to jest tak nieprawdopodobne, że podejrzewam, że Saramonowicz to reżyseruje. Postanowiłam tego nie komentować, a na koniec powiedziałam, żeby odpoczywała i że wobec tego trzeba się zastanowić, czy nie powinna pójść na zwolnienie lekarskie - w domyśle: skoro zapach kawy jest dla niej nieznośny, to co z nią będzie, jak zostanie pozbawiona przyjemności oglądania swoich stóp na kilkanaście tygodni? A ona: "no, teraz trakcji biodra ci raczej nie zrobię, bo mam zawroty głowy, a potem zaczynają mi się mdłości, więc wolę tego uniknąć, wiesz, jak to jest. A nie, ty przecież nie wiesz".
Nie wiesz.
Nie wiesz.
I się nie dowiesz.
"Co ty możesz wiedzieć o miłości, skoro jesteś sama, bo nikt cię nie chce"
"Spokojnie, pani skierowanie nie wygaśnie, bo pani choroba jest nieuleczalna."
Nie wygaśnie.
Wygaśnie.
Gaśnie.
Śnie.
Nie.
Aha.
Czyli to jest to.
Czyli to jest ten odwieczny konflikt matek z niematkami.
Kto by to pomyślał, że akurat ja tego doświadczę. Ze strony Iwony. Która widziała, jak próbowałam bezskutecznie umrzeć. Kto by pomyślał, że ona mnie akurat tym nożem będzie filetować.
Na koniec zapytała mnie, kiedy się widzimy. Pomyślałam: na pewno nie pyta o spotkanie poza gabinetem, no bo teraz pewnie powietrze na Pradze będzie dla niej cuchnące, więc odpowiedziałam, że wizyta u niej wypada za jakieś dwa tygodnie, bo w przyszłym tygodniu jadę na festiwal do Gdyni.
"Och, wiesz, ja już teraz tak terminarza nie sprawdzam. Teraz mam w życiu inne priorytety, ważniejsze".
Mhm.
A kto ci powiedział, że będę się licytować z tobą, kto jest wazniejszy: ja, twoja pierwsza pacjentka, odkąd nastałaś "na swoim", czy twoje kilkudniowe niemowlę, które bez twojej obecności, uważności, piersi, rąk - nie przeżyje?
Przypomniało mi się, o co mnie zapytał jeden z kuzynów pięćsetplusów (pięcioro dzieci, szóste w drodze) na stypie w ubiegły piątek: "no co ty, Kasia, obijasz się, pozdrów tego swojego przyszłego męża; a tak w ogóle to nie widzę, że ci brzuch rośnie". Wkurwiona, znad niewege kotleta, odpowiedziałam: "bo w zamian za to cały czas rośnie mi mózg". Ale powiedziałam to w sumie nieempirycznie, mam teraz wyrzuty sumienia, że skłamałam.
No ale czy to znaczy, że jestem podłą psychopatką? Tak się cieszę na Zojkę (Nat śpiewa z radości, że będzie mamą, a ja razem z nią, zasuwam po nocach kocyk na drutach, mam już 112 rządków), cieszę się, że Kostek ładnie rośnie, Henio mnie tak wzrusza, wytarmosiłam te wszystkie Nikolki i Roksie na stypie, właziłam z nimi pod stół; nie nienawidzę matek; jestem wdzięczna światu, że są na nim dzieci; i niech ich będzie coraz więcej; ale czy to jest faktycznie taki wyznacznik wartości człowieka? Że powił?!
I czy wobec tego matki mają prawo oceniać niematki za to, że nie posiadają dzieci?
Niezawodna Afgańska napisała: "Nie jest to wyznacznik niczego, a tym bardziej wartości. Bez wzgledu na to jakie okoliczności przyrody, decyzje, błędy czy heroizmy leżą u podstawy bezdzietności, odkładania dzietności na święte nigdy, czy czegokolwiek innego pasującego do listy. Co więcej, bez macicy można długo i szczęśliwie żyć, bez mózgu i serca nie konieczne. Psipadek? A taki terroryzm maciczny należy tępić i nie tylko się rozłączyć, ale i zajebac w pusty łeb słuchawka."
Nie zajebałam. Ale się rozłączyła na brzmienie tego "nie wiesz". Przeraziło mnie znajome skądinąd echo. Bo ono zawsze poprzedza ten dźwięk przypominający pisk po wybuchu bomby. A słyszę go, jak mam rzut. Plan jest wszak taki, że już nigdy rzutu mieć nie będę, prawda?
W tej sytuacji zaczęłam bardzo poważnie zastanawiać się nad endoprotezą. To nieprawda, że Iwonka mnie nie zostawi. oczywiście, że mnie zostawi, a ja jej pobłogosławię, bo dziecko jest najważniejsze. Jej dziecko. Ale muszę też myśleć o tym, że moja mama takiej właściwości trybienia nie miała. I skoro nie miała jej, jak miałam kilka dni, to tym bardziej mieć jej nie będzie, skoro mam 33 lata. Nikt się mną nie zajmie. No, pewnie, że Anita, Kamila, Maciek - tak, oni będą. Ale wtedy, kiedy potrzebuję pilnie kompetencji i wiedzy fizjoterapeuty po rozoraniu biodra, nawet największe serca spośród mnie otaczających nie pomogą.
Postanowiłam skorzystać z prawa do konsultacji z jeszcze innym operatorem. Bo, jak sam Doktor Niedźwiedź nadmienił, "ortopeda to nie lekarz". Wszak własny staw, nawet najbardziej zniszczony, jest właśnie stawem własnym. A nie sztucznym, który ulega zwichnięciom. I niszczeje w jeszcze szybszym tempie niż to, co dała nam natura.
Wdrożę jeszcze inny plan. Z przyczajenia. Niematki przecież też muszą coś wiedzieć o mimikrze.
A zacznę od tego, że odpowiem panu doktorowi na ostatnią wiadomość, która zawisła w komunikatorze, a zabrzmiała we mnie dzwonem głuchym i lekko przerażającym:
"czy umówi sie Pani ze mną, Panno Katarzyno?"
Spakuj tylko podręcznik do traumatologii, chłopcze. I zabierz świeżą tuszkę, skalpel i nici. Dopóki nie wytłumaczysz mi wszystkiego z najmniejszymi szczegółami, nawet ci w oczy nie spojrzę.
Plan jest taki, że powierzam ci staw. MÓJ staw. A ty w zamyśle, jeśli taka będzie konieczność i ja tak zdecyduję, masz go naprawić.
Na początek - nie spierdol tego.
To wystarczy.
Choć wiem, że dla większości mężczyzn to i tak za dużo.
Nie byłam fanką ślubu Iwonki. Ba, nawet przed wejściem do kościoła powiedziałam jej, że w każdej chwili mogę wsadzić ją do Pandy i zabrać, dokąd chce. Byle dalej od Krystiana, któremu nie ufam. Na którego moje aura reaguje warczeniem. I który jest na szczęście na tyle przytomny, że, stłuczony skutecznie cztery razy, przestał się ze mną ścinać. Wiedział, że wygram. Nie musiałam się szczególnie narobić.
Tendencje do zachowań psychopatycznych wykazywał wcześnie, nawet na tydzień przed ślubem się od Iwonki wyprowadził. Ale to nie zaburzyło jej planu usidlenia go. Bo oświadczyła się mu po trzech miesiącach znajomości. Każdy ma w sobie co najmniej cień genu autodestrukcji.
Nic mi do tego przecież. Poprosiła mnie o bycie świadkiem na ślubie pierwszego dnia mojego pobytu w szpitalu w ubiegłym roku - wiem, że zrobiła to też w dobrej wierze, bo myśl o celu miała pozwolić mi przetrwać rzut. I być może to też przytrzymało mnie przy życiu. Za wszystko jestem losowi wdzięczna.
Nawet do pierwszej rocznicy ślubu nie dotrwali. Wyprowadził się kilka tygodni po ślubie. Potem spotykali się tylko na weekendowy seks. Po nim - wrzeszczał, wyzywał, trzaskał drzwiami. A nad ranem wracał się godzić.
Kiedyś z głupia frant zażartowałam pytaniem, czy Iwonka stosuje antykoncepcję. Musiałam mieć minę profesjonalnej kretynki, kiedy odpowiedziała, że oczywiście, że nie.
Krystian znęcał się nad nią psychicznie przez wiele miesięcy. Nękał telefonami. W ciągu jednego wieczoru kilkadziesiąt razy mówił jej, że ją kocha i żeby spróbowali wszystko naprawić. Po czym płynnie przechodził do gróźb. I mówił, że zniszczy jej życie. Że jej nienawidzi. A jak Iwona urodzi dziecko, zabierze je. I Iwonka już go nigdy nie zobaczy. Ani jego, ani dziecka. Obserwowałam, jak włoski na przedramieniu podnoszą mi się z przerażenia. Zupełnie, jakby chodziło o moje dziecko.
Trudno się dziwić takim aberracjom - zanim trafił do domu dziecka, ojciec lał go do nieprzytomności albo wystawiał z dziewiątego piętra na oblodzony parapet, grożąc, że zepchnie. Obcęgami wyciągał z buzi język za kłamstwo. A o reszcie nie chcę nawet wiedzieć. Dość, że oboje rodzice byli uprzejmi sie zapić na śmierć.
Kiedy już nie wiedział, jak ma żonie dokuczyć i jak ma ją dojechać, sugerował, że niejasny jest dla niego status naszej relacji. Mojej i Iwonki. Że ponoć wyglądam mu na lesbijkę. Bo się przytulam. I mówię, że kocham. Bo kocham. Bo dzięki Iwonie chodzę. Dlaczego miałabym ukrywać moją wdzięczność? Co jest złego w przytulaniu i wdzięczności? Dlaczego tak go to razi?
Przypomniałam Iwonce, że na miesiąc przed ślubem, kiedy koczował w gabinecie i zobaczył mnie w legginsach, powiedział w obecności swojej ówczesnej narzeczonej: "gdyby nie Iwonka, to bym się za ciebie zabrał". Zrobiło mi się trochę niedobrze, ale obróciłam to w żart. Trzeba było go wówczas wyrzucić przez okno na Grzybowską. Igor by mnie uniewinnił. Na pewno.
Powiedziałam Iwonce, że przecież może mieć dziecko z każdym. Z kimkolwiek chce. A nawet w bankach spermy można sobie opracować algorytm i zgodnie z nim znaleźć dawcę niego znaleźć dawcę. Dziecko będzie zdrowe, inteligentne i niezaburzone. nieobciążone epigenetyczną skazą strachu i agresji. Że to nie musi być on. Że dziecko sprawi, że będzie z nim już związana na całe życie, czy to się jej podoba, czy nie. Poza tym, jeśli dochodzi do drastycznych sytuacji, że on ją szarpie, że jej grozi, to "dziecko terapeutyczne" będzie najgorszym z możliwych rozwiązań. W rozpaczy, leżąc u Iwonki na leżance, powiedziałam jej kiedyś: "jak poczujesz w sobie nagłą potrzebę posiadania dziecka własnie z tym człowiekiem, który już po ślubie przejrzał twoją korespondencję sprzed czterech lat, którą prowadziłaś ze swoimi byłymi, a teraz wyzywa cię za nią od kurew, pomyśl, jakie będzie miało los wasze dziecko. A jak będziesz miała problem z tym, żeby sobie zwizualizować los tego dziecka, przypomnij sobie mnie u siebie na leżance z czasów, w których modliłam się o śmierć, bo tak mnie bolało. Jestem uosobieniem losów dzieci, których rodzice nie mieli na siebie pomysłu. I nie mieli wystarczającej odpowiedzialności w sobie, żeby podźwignąć decyzję o konsekwencjach powołania na świat nowego człowieka".
W dniu, w którym dowiedziałam sie, że Iwonka jest w ciąży, dowiedziałam się też, że wycofała pozew o rozwód.
Nawet przez pół sekundy nie zwątpiłam w kompetencje zawodowe Iwony. Jestem pełna podziwu wobec jej wiedzy i intuicji. Wobec sprawności. Empatii. Mam pewne zastrzeżenia co do tego, czy powinna zajmować się duszą pacjenta, ale na szczęście ja potrafię się przed jej domorosłymi i wkurwiającymi do granic możliwości radami bronić. Ale nigdy bym nie podejrzewała, że przed czterdziestką kobieta może być życiowo tak nieskończenie durna. Jak może ładować w takie kłopoty i siebie, i dziecko. Dziecko rpzede wszystkim. Jest na wszystko zupełnie ślepa. Porusza się jak po omacku. Jakby jej ktoś odłączył zasilanie od mózgu. Porażające.
Mam w sobie coś na kształt pęknięcia. Bo przecież każde dziecko to Nowy Cud. I niech tych cudów świat ma jak najwięcej. Dokładnie pamiętam, jak zareagowałam na wieść o tym, że na świat mają przyjść Henio, Kostek i Zojka. Prawie oszalałam z radości. Płakałam, śmiałam się, serce mi waliło. A teraz, kiedy Iwona mi o tym powiedziała, poczułam szeroki strumień strachu rozlewający się w moim brzuchu, na wysokości stawów krzyżowo-biodrowych. Poczułam tak silną więź z tym dzieckiem. Z jego losem. Po czym złapałam się za głowę. I powiedziałam na autopilocie: "najlepsze, co możesz zrobić dla siebie i dziecka, to rozwieść się z nim natychmiast". Odpowiedziała, że własnie wycofała pozew, bo sama sobie z dzieckiem nie poradzi. Odpowiedziałam, że przecież już od miesięcy jest sama.
Potem ta akcja z Doktorem Niedźwiedziem. Pisze do mnie codziennie, a jakże. Nie przekraczam twardych granic, choć widzę, jak sprytnie próbuje je przekraczać. Miłe jest to, że nie jest (póki co) nieokrzesanym chamem. Nie prawi mi tanich komplementów. Z jego wiadomości bije niezależność, ale i coś w rodzaju smutku.
Wygląda mi na fajnego, ciekawego cżłowieka. Ale co z tego, skoro jego zadaniem na najbliższe miesiące jest przeciąć moje rotatory, odgiąć je za pomogą haków piątek, przerżnąć kość, wyjąć caput femoris, wbić młotem trzpień w środek kości i zamontować ruchomy mechanizm w panewce, po czym zaszyć i modlić się, żeby mnie jakiś skrzep nie zabił. Albo żeby zastawka była uprzejma wytrzymać.
W tym tygodniu Iwonka trafiła do szpitala. Podobno zemdlała w domu i dostała drgawek. Pojechali z Krystianem na SOR. Zrobili jej rezonans głowy. Ja się pytam: jak to jest możliwe, że wysportowana, biegająca maratony, zakładająca sobie nogę na głowę, zwrotna, filigranowa kobieta potyka się we własnym domu i pada jak długa, po czym dostaje drgawek? No dobrze, takie przypadki pewnie są, ale mój wyczulony na narracje dziwaczne nos mówi, że coś tu śmierdzi. nie zapytałam, czy zrobiła obdukcję. A dlaczego nie zapytałam? Bo rozmowa z Iwonką przebiegała tak, że nie byłam w stanie tego przewidzieć. No tego akurat się nie spodziewałam.
Mówi teraz głosem głębokiem, miękkiem jak kaczy puch; od czasu do czasu wydaje z siebie puszysty gdak; podkreśla, że leniuchuje, a Krystian gotuje jej ziemniaczki; i że pani doktor mówiła, że zupki najlepsze teraz, ale ona nie wie, jak to będzie, bo od zapachu marchewki jest jej niedobrze; i zapowiedziała dziewczynom w pracy, że kategorycznie zabrania robić kawę w gabinecie, bo zapach ją drażni, a ona już od kilku tygodni nie pije (czyli można, czyli inni też mogą) i sobie zapachu kawy w swoim otoczeniu nie życzy; po czem powiedziała mi: "Kasiu, nie używaj, proszę, żadnych balsamów do ciała ani wód toaletowych, bo mi jest od tego zapachu niedobrze. Wiesz, jak kobietya jest w ciąży, to takie rzeczy mają prawo ją drażnić".
Poczułam, jak jajniki zwijają mi się w finezyjny kształt fakju. Oddychaj, ona ma do tego prawo, może Cię o to poprosić, Kleina wrzucisz sobie do torebki co najwyżej.
No ale że na drugie mam złośliwość, nie dałam rady się powstrzymać i z przekąsem zapytałam: "och, a jaki zapach w takim razie jest ci przyjemnym?"
A Iwonka na to: "zapach mojego męża".
O, Henryku, co za niespodzianka. Jeszcze niedawno w nocy dzwoniła, bo próbował wyważyć drzwi do mieszkania. Albo miała 143 nieodebrane połączenia w telefonie, a w związku z tym ataki paniki.
Kurwa, to jest tak nieprawdopodobne, że podejrzewam, że Saramonowicz to reżyseruje. Postanowiłam tego nie komentować, a na koniec powiedziałam, żeby odpoczywała i że wobec tego trzeba się zastanowić, czy nie powinna pójść na zwolnienie lekarskie - w domyśle: skoro zapach kawy jest dla niej nieznośny, to co z nią będzie, jak zostanie pozbawiona przyjemności oglądania swoich stóp na kilkanaście tygodni? A ona: "no, teraz trakcji biodra ci raczej nie zrobię, bo mam zawroty głowy, a potem zaczynają mi się mdłości, więc wolę tego uniknąć, wiesz, jak to jest. A nie, ty przecież nie wiesz".
Nie wiesz.
Nie wiesz.
I się nie dowiesz.
"Co ty możesz wiedzieć o miłości, skoro jesteś sama, bo nikt cię nie chce"
"Spokojnie, pani skierowanie nie wygaśnie, bo pani choroba jest nieuleczalna."
Nie wygaśnie.
Wygaśnie.
Gaśnie.
Śnie.
Nie.
Aha.
Czyli to jest to.
Czyli to jest ten odwieczny konflikt matek z niematkami.
Kto by to pomyślał, że akurat ja tego doświadczę. Ze strony Iwony. Która widziała, jak próbowałam bezskutecznie umrzeć. Kto by pomyślał, że ona mnie akurat tym nożem będzie filetować.
Na koniec zapytała mnie, kiedy się widzimy. Pomyślałam: na pewno nie pyta o spotkanie poza gabinetem, no bo teraz pewnie powietrze na Pradze będzie dla niej cuchnące, więc odpowiedziałam, że wizyta u niej wypada za jakieś dwa tygodnie, bo w przyszłym tygodniu jadę na festiwal do Gdyni.
"Och, wiesz, ja już teraz tak terminarza nie sprawdzam. Teraz mam w życiu inne priorytety, ważniejsze".
Mhm.
A kto ci powiedział, że będę się licytować z tobą, kto jest wazniejszy: ja, twoja pierwsza pacjentka, odkąd nastałaś "na swoim", czy twoje kilkudniowe niemowlę, które bez twojej obecności, uważności, piersi, rąk - nie przeżyje?
Przypomniało mi się, o co mnie zapytał jeden z kuzynów pięćsetplusów (pięcioro dzieci, szóste w drodze) na stypie w ubiegły piątek: "no co ty, Kasia, obijasz się, pozdrów tego swojego przyszłego męża; a tak w ogóle to nie widzę, że ci brzuch rośnie". Wkurwiona, znad niewege kotleta, odpowiedziałam: "bo w zamian za to cały czas rośnie mi mózg". Ale powiedziałam to w sumie nieempirycznie, mam teraz wyrzuty sumienia, że skłamałam.
No ale czy to znaczy, że jestem podłą psychopatką? Tak się cieszę na Zojkę (Nat śpiewa z radości, że będzie mamą, a ja razem z nią, zasuwam po nocach kocyk na drutach, mam już 112 rządków), cieszę się, że Kostek ładnie rośnie, Henio mnie tak wzrusza, wytarmosiłam te wszystkie Nikolki i Roksie na stypie, właziłam z nimi pod stół; nie nienawidzę matek; jestem wdzięczna światu, że są na nim dzieci; i niech ich będzie coraz więcej; ale czy to jest faktycznie taki wyznacznik wartości człowieka? Że powił?!
I czy wobec tego matki mają prawo oceniać niematki za to, że nie posiadają dzieci?
Niezawodna Afgańska napisała: "Nie jest to wyznacznik niczego, a tym bardziej wartości. Bez wzgledu na to jakie okoliczności przyrody, decyzje, błędy czy heroizmy leżą u podstawy bezdzietności, odkładania dzietności na święte nigdy, czy czegokolwiek innego pasującego do listy. Co więcej, bez macicy można długo i szczęśliwie żyć, bez mózgu i serca nie konieczne. Psipadek? A taki terroryzm maciczny należy tępić i nie tylko się rozłączyć, ale i zajebac w pusty łeb słuchawka."
Nie zajebałam. Ale się rozłączyła na brzmienie tego "nie wiesz". Przeraziło mnie znajome skądinąd echo. Bo ono zawsze poprzedza ten dźwięk przypominający pisk po wybuchu bomby. A słyszę go, jak mam rzut. Plan jest wszak taki, że już nigdy rzutu mieć nie będę, prawda?
W tej sytuacji zaczęłam bardzo poważnie zastanawiać się nad endoprotezą. To nieprawda, że Iwonka mnie nie zostawi. oczywiście, że mnie zostawi, a ja jej pobłogosławię, bo dziecko jest najważniejsze. Jej dziecko. Ale muszę też myśleć o tym, że moja mama takiej właściwości trybienia nie miała. I skoro nie miała jej, jak miałam kilka dni, to tym bardziej mieć jej nie będzie, skoro mam 33 lata. Nikt się mną nie zajmie. No, pewnie, że Anita, Kamila, Maciek - tak, oni będą. Ale wtedy, kiedy potrzebuję pilnie kompetencji i wiedzy fizjoterapeuty po rozoraniu biodra, nawet największe serca spośród mnie otaczających nie pomogą.
Postanowiłam skorzystać z prawa do konsultacji z jeszcze innym operatorem. Bo, jak sam Doktor Niedźwiedź nadmienił, "ortopeda to nie lekarz". Wszak własny staw, nawet najbardziej zniszczony, jest właśnie stawem własnym. A nie sztucznym, który ulega zwichnięciom. I niszczeje w jeszcze szybszym tempie niż to, co dała nam natura.
Wdrożę jeszcze inny plan. Z przyczajenia. Niematki przecież też muszą coś wiedzieć o mimikrze.
A zacznę od tego, że odpowiem panu doktorowi na ostatnią wiadomość, która zawisła w komunikatorze, a zabrzmiała we mnie dzwonem głuchym i lekko przerażającym:
"czy umówi sie Pani ze mną, Panno Katarzyno?"
Spakuj tylko podręcznik do traumatologii, chłopcze. I zabierz świeżą tuszkę, skalpel i nici. Dopóki nie wytłumaczysz mi wszystkiego z najmniejszymi szczegółami, nawet ci w oczy nie spojrzę.
Plan jest taki, że powierzam ci staw. MÓJ staw. A ty w zamyśle, jeśli taka będzie konieczność i ja tak zdecyduję, masz go naprawić.
Na początek - nie spierdol tego.
To wystarczy.
Choć wiem, że dla większości mężczyzn to i tak za dużo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





