Pan Doktor pisze po każdej operacji, pomiędzy pacjentami, podczas kolacji i po obchodzie. Zaczyna to być dla mnie krępujące, w każdej wiadomości zaznaczam dystans, jak mogę. Ale chyba zupełnie odwrotnie reaguje na moje próby dystansowania się. Piszę mu na przykład. "Dziękuję, że Pan pyta, biodro ma się nieźle, jestem tak zapracowana, że nie mam czasu o nim myśleć nadmiernie. Bez wątpienia jednak coś jest na rzeczy, wierzę, że w Pana ręce staw mogę na wiosnę oddać". I tym podobne. Pan, Panie, Panie Doktorze, dobrego dnia Panu Doktorowi, kiedy on pyta, "jak Pani mija dzień", "już Pani po pracy?", "co Pani dzisiaj będzie robić" i "czy lubi Pani sushi?".
Są jednak momenty, kiedy bardzo trudno mi mu odmówić i siłą rzeczy kontynuuję wymianę zdań. Bo jak mnie pyta, jak przebiega blizna i pisze, że wydaje mi się to dziwne, że jest z przodu uda, to lecę jak debil do lustra i sprawdzam, jak przebiega blizna, z którą żyję 21 lat, bo już sama sobie nie wierzę.
No nie ma bata: "szanowny Panie, środkiem, jak Gierkówka, jak słowo daję".
To pan doktor na to:
"Niemożliwe".
No to ja dawaj znów do lustra i piszę mu, że nie chce być inaczej. On mi pisze: "wydawało mi się, że w okolicy okołokrętarzowej". Marszczę czoło. No bo wiem, gdzie krętarz. W każdym razie Iwonka pokazywała, potem w podręczniku do sekcji zwłok, który zanabyłam samodzielnie też sprawdziłam, potem znowu lecę do lustra i się tłumaczę: "Panie Doktorze, co prawda to nie ja jestem lekarzem, ale byłam pewna, że krętarz jest tam i wtedy, kiedy Iwonka na stojąco każe mi zgiąć biodro i w miejscu gdzie jest niemal wspomnienie pośladka i zaczyna się udo wbija z emfazą drewnianą warząchew, zeby rozluźnić gluteus. Od tego momentu biegnie blizna, środkiem, jak w mordę dał".
Pan doktor na to: "to może uproszczę: czy blizna biegnie tak jak szew od dżinsów?"
Odpowiadam: "Indeed".
Pan doktor: "aha".
No co: "aha"? No jakie "aha"?! Dobrze pan zapamiętał, czy nie? A może już tak bardzo elastyna mi zanika, że blizna mi się, psiamać, przesuwa?!
Za jakieś dwie godziny pan doktor zaczyna żartować, że tak wypytuje o bliznę, bo chciałby mi wyciąć na skórze wzorek.
Ojacie, no to już szrama jak po szrapnelu w Afganie nie wystarcza?! Myślę sobie: skoro trzeba panewkę ruszyć i kawałek miednicy, jak nic chlaśnie cały pośladek i mogę sobie pomarzyć o karierze modelki w kampanii rajstop firmy Adrian, która kocha wszystkie kobiety, zwłaszcza te niepełnosprawne albo w żałobie.
Nie daje mi to spokoju, wypytuję go o gusta estetyczne, czy bliżsi są mu geometryści, czy Picasso. Pan doktor się wykręca, aż wreszcie odpowiada, że może logo Hondy.
Zbaraniałam. Jak śmie?! Po czym łapię się na tym, że kąciki ust mi drgają i zaczyna mnie to bawić. Kurczę, przecież to trochę tak, jak ja się tekstem bawię. Tu rzucę jakąś złośliwość, tam coś z przekąsem napiszę, czemu pan doktor nie miałby mi wyciąć nad biodrem inspirowanego secesją kunsztownego zawijasa?
Po czym pan doktor zdradza, że wzorek na skórze to jeszcze nic, bo on jeszcze "w środku" planuje coś wyciąć, ale nie powie mi, co.
Dawaj go nękać, przyciskać, osaczać, bo uznałam, ze wyobraźnię ma rodem z Rodrigueza, Tarantino albo Nurtona co najmniej i to może całkiem dobrze rokować. Jakieś wielkie było moje zdumienie, kiedy pan doktor, przyciśnięty ze wszystkich stron, zaszantażowany tym, ze zaraz się kładę, odpisał wreszcie, że na trzpieniu endoprotezy wyląduje nic innego jak
"logo ajfona".
I milion zapłakanych ze śmiechu emotikonów.
Nie mam siły.
Też zaczęłam rechotać.
Gorzej, bo kolejne wiadomości od niego zaczynają już zawierać zdjęcia z sal operacyjnych. Krwiste, mocno autentyczne, niemal tak soczyste jak operacje na YouTube, które oglądam: na otwartym sercu, na mózgu, wymiana biodra, artroskopia kolana, wkłucie centralne i tym podobne.
Nie jest tak źle. Pan doktor ma czepek w kosmitów i śnieżynki, a na potrzeby ochrony przed chlapiącą krwią - czerwone kalosze. Nazywa je "szczęśliwymi kaloszami".
Napisałam Toot, która w Krakowie żyje od lutego w zupełnie innym rytmie, wszystko ma w nosie i, jak sama zaznacza, "nurza się tylko w swojej zajebistości". Ma rację. Jak będę duża, to też tak będę robić.
Toot:
- Dawaj to na fejsa. I go oznacz.
Ja:
- On nie ma fejsa.
Toot:
- To chociaż pacjenta oznacz.
Dobrze, że istnieją te wszystkie social media, to chociaż wyobrażę sobie, że Toot jest blisko. Że ktoś jest niedaleko, skoro Mama wciąż stosuje wobec mnie wyrafinowane formy nękania. A biodro, zdaniem trzech niezależnych specjalistów od holistycznej medycyny, zabetonowało się tego lata. Zaczęło obumierać w tym samym momencie, w którym umarła we mnie nadzieja, że Mama jednak przejrzy na oczy. Że jest cień szansy. Że mi powie.
"Nie powiem ci, kto jest twoim ojcem, bo ty mnie nie przeprosiłaś za to, że byłaś z Michałem".
Kiedy mi to powiedziała, jechałam autostradą 130 na godzinę. I miałam taką wizję: "dość cię już mam. Bycia twoją zakładniczką. Bycia zakładniczką twojej niedojrzałości. Twojej potrzeby bycia ofiarą. Twojej nieustanej ucieczki od odpowiedzialności. To ja przegrałam życie. To ja podjęłam złą decyzję, decydując się na pseudorelację z psychopatą i alkoholikiem. Ale nikogo nie winię za moją złą decyzję. Na nikogo odpowiedzialności nie zrzucam. Przyznaję się do tego, że popełniłam błąd i ponoszę jego konsekwencje. Ale nie będę się z tobą licytować, kto ma w życiu gorzej. Bo ja wzięłam na siebie twój ból w bezmiarze mojej dziecięcej omnipotencji i teraz jestem z moim bólem, moją świadomością twojej wiecznej ucieczki od wzięcia na siebie odpowiedzialności za własne życie, moją chorobą, moją przegraną."
I miałam skręcić prosto w te ekrany. Bo nie będę miała dzieci, nie będę miała już rodziny, mam tylko walkę z chorobą i pracę ponad siły. I złudzenie, że jestem komukolwiek potrzebna. Nawet jeśli kiedykolwiek zakończę terapię u Bogny i będę gotowa zbudować cokolwiek, fizycznie nie będę miała na to siły. Albo, zwyczajnie, będzie już za późno. Więc teraz zrobię coś dla siebie i dla ciebie, zamknę ten przeklęty krąg i wjadę w te ekrany. Mnie już nigdy nie będzie bolało, a ty już nigdy nie będziesz się skarżyć, nie będziesz mnie obwiniać i nie będziesz na mnie strzykać jadem złości na cały świat. Który tak naprawdę jest złością na siebie, że nie chcesz i nie potrafisz inaczej.
Ale przecież z tyłu była Kropka.
Siedziała grzecznie w oczekiwaniu na zapach domu. Na swoją suszoną kaczuszkę. Na swojego dyndołka piszczącego.
Nie, Piesku Kochany, nie zrobię ci tego. Tak kochasz życie w najczystszej postaci. Tyle mnie nauczyłaś: że może cieszyć trawa, że może cieszyć słońce, że można szczekać na wiatr. Będę dbała o Twoje Życie. Do jego albo mojego końca.
Tego lata Mama jeszcze kilka razy powiedziała mi coś, co spowodowało we mnie pojedyncze umierania. Kiedy celowo robiła mi na złość, nie wytrzymałam. Przypomniałam sobie słowa Bogny. Zrobiłam tadasanę. Zaparłam się, pobrałam siłę z ziemi. I powiedziałam:
"Mamo, mam wrażenie, że celowo robisz mi na złość. Denerwujesz mnie. Chcesz mi zrobić przykrość. Widzę to i denerwuje mnie to, a nie chcę ci odpowiadać tym samym, choć mnie próbujesz swoim zachowaniem do tego zmusić. Chcę, żebyś wiedziała, że w tej chwili jestem na ciebie wściekła. Ale wciąż cię kocham."
Mama parsknęła śmiechem szyderczym, zimnym, lodowatym. Tak się śmieją czarne charaktery Disneya. Oczami zimnymi jak lód wysyczała, podchodząc z każdym słowem coraz bliżej: "A co ty możesz wiedzieć o miłości? Przecież jesteś sama i zawsze będziesz. Bo nikt cię nie chce".
Poczułam, jak po przełyku przesuwa mi się kostka lodu. Powolutku. Zabiera krew z twarzy. Tkanki miękkie tężeją. Kostka spływa powoli, drażniąc po drodze serce. Osiada na biodrze. Opada na biodro wapienną falą martwego bezruchu.
To wtedy. Wtedy Eugenia zwinęła się na panewce, wżarła się w nią, odgryzła jej kawałek, a potem wbiła obcas w głowę kości udowej. Dla pewności obok - drugi obcas. Tak powstały sławetne geony o imionach szlachetnych jak greckie nimfy. Zostawiła swój ślad. Kość nie jest już odżywiana. Obumierają więc przyczepy ścięgniste. Zanikają mięśnie. Kość od panewki w dół zasypywana jest gaszonym wapnem martwicy.
Po kawałku umieram.
środa, 5 września 2018
niedziela, 2 września 2018
Na całej połaci Ty
Wojtek przesyła mi dziś przemówienie Wałęsy na Pomorzu. Mocne, charyzmatyczne. W swojej wymowie przerażające.
Zagaduję o płaszczyźnie Majcherowicza. Ślizgam się po prasówce. Pytam o jego córkę, bo jutro zaczyna liceum. Jak moja Tysia. Już jest taka duża i śliczna. I mądra. Idzie do liceum. Kiedy to minęło.
Pytam, czy Wojtek pojedzie z Tosią. Odpowiada, że Tosia sobie nie życzy. A potem czytam:
"Wczoraj, jak do nich pojechałem, parkowałem i zobaczyłem na ulicy fajną laskę, która także wyprowadza cocker spaniela. Nawet podjechałem, żeby się jej przyjrzeć, a to była moja córka z suczką Hecą".
Ot tak, zagadałam, bo Wojtka lubię. I myślę dużo o jego łagodności dla świata, który mu odpłaca brutalnością i chamstwem. A tu taka historia.
Tata podjeżdża pod dom matki swojego dziecka. I swojego dziecka nie poznaje. Jakby ją widział po raz pierwszy w życiu. Niby ciało z mojego ciała, a jednak odrębny byt. A tak czule nosiłem ją w kołysce rąk. Kiedy mi ona tak urosła? Kim jest, kim będzie ta młoda kobieta?
Co byś pomyślał, Tatusiu, gdybyś mnie zobaczył?
Zagaduję o płaszczyźnie Majcherowicza. Ślizgam się po prasówce. Pytam o jego córkę, bo jutro zaczyna liceum. Jak moja Tysia. Już jest taka duża i śliczna. I mądra. Idzie do liceum. Kiedy to minęło.
Pytam, czy Wojtek pojedzie z Tosią. Odpowiada, że Tosia sobie nie życzy. A potem czytam:
"Wczoraj, jak do nich pojechałem, parkowałem i zobaczyłem na ulicy fajną laskę, która także wyprowadza cocker spaniela. Nawet podjechałem, żeby się jej przyjrzeć, a to była moja córka z suczką Hecą".
Ot tak, zagadałam, bo Wojtka lubię. I myślę dużo o jego łagodności dla świata, który mu odpłaca brutalnością i chamstwem. A tu taka historia.
Tata podjeżdża pod dom matki swojego dziecka. I swojego dziecka nie poznaje. Jakby ją widział po raz pierwszy w życiu. Niby ciało z mojego ciała, a jednak odrębny byt. A tak czule nosiłem ją w kołysce rąk. Kiedy mi ona tak urosła? Kim jest, kim będzie ta młoda kobieta?
Co byś pomyślał, Tatusiu, gdybyś mnie zobaczył?
sobota, 1 września 2018
Zdumienie subtelnością
Kiedy w moim życiu nastanie czas, w którym czternaście zdarzeń istotnych z punktu widzenia kosmosu nie będzie miało miejsca jednocześnie? Chyba kiedy taki nastanie, będzie oznaczało, że umarłam - że sobie sama odpowiem.
A więc: wojna. Nie mam jednak tyle czasu, ile szacowałam. Nie mam tylu szans, na które liczyłam. Doktor Niedźwiedź wczoraj nie owijał w bawełnę, operować powinno się w ciągu tygodnia. No nie, nie, żaden mężczyzna nie będzie mi planował życia w perspektywie tygodnia, ja bardzo przepraszam.
Niemniej byłam dzielna. Negocjowałam według międzynarodowych standardów. Żeby było z czego schodzić. Wydawało mi się, że wiosna 2020 roku to czas dla mnie łaskawy, rozwiązanie Salomonowe, czas optymalny. Zgodnie z prawem Murphy'ego mam dokładnie trzy razy mniej czasu na wszystko niż pierwotnie zakładałam. Wygląda na to, że faktycznie tylko po śmierci będę miała szansę się wyspać.
Od godziny 10 Doktor Niedźwiedź nie przestaje wysyłać mi smsów. Uporczywie odpycham jego pozaortopedyczne awanse. Staram się wyciągać informacje stricte techniczne, szanse na powodzenie, wiedzę o składzie chemicznym protezy, czas, jakiego potrzebuję na samodzielne funkcjonowanie za kółkiem samochodu. NIe mogę, nie mogę poradzić sobie z myślą, że będę od kogoś zależna. Że będę ciężarem. Że ktoś powie: "muszę zawieźć Kasi obiad", "muszę zajrzeć do Kasi, bo jest po operacji", "muszę pomóc Kasi się umyć", "muszę Kasię zawieźć na kontrolę". Chcę być pierwszym medycznym przypadkiem, który przy ZZSK, drastycznie zniszczonym biodrze, cztery tygodnie po wszczepieniu endoprotezy samodzielnie zawozi się na rehabilitację samochodem z manualną skrzynią biegów. Skoro wersję ambitną mojego wstępnego planu byłam zmuszona skroić o 70 procent.
Doktor Niedźwiedź zapytał mnie w smsie, czy perspektywa życia bez bólu i ze zwiększoną ruchomością biodra nie wydaje mi się warta podjęcia wiosennego trudu. Odpowiedziałam, że winna jest dialektyka pana i niewolnika, zgodnie z którą funkcjonuję od lat. I że trudniej mi przyzwyczaić się do dobrego, skoro od ponad dwóch dekad złe mi złorzeczyło. Zwyczajnie się przyzwyczaiłam.
Nie mogę sobie poradzić z jednym wspomnieniem. To klasyczny mindfuck poznawczy. Czegoś takiego nie znałam. Od początku.
Do Doktora Niedźwiedzia zawiozła mnie Iwonka. W króciutkiej sukieneczce, świeża jak Calineczka otrzepana z porannej rosy, obudzona w kielichu lelyi pachnącej. Zastanawiałam się, czy te chichoty, poprawianie włosów, nieskazitelny makijaż i sandałki na obcasie mają związek ze świętowaniem planowanego urżnięcia piłą kawałka mojej kości. Po czym wbicia przy pomocy metalowego młota i gwoździa (toczka w toczkę jak ten, którym krzyżowano Chrystusa) dwudziestopięciocentymetrowego trzpienia w kość udową, po czym nadsztukowania przeżartej przez geody i sklerotyzację panewki i fragmentu miednicy Bóg wie jakim materiałem (stawiam na przetworzony plastik odzyskany z oceanów, trend na to rysuje się na rynku silny).
Jedziemy, skręca mi się żołądek. Trasa na Wawer piątkowo zakorkowana. Nie ma siły, szkoła od poniedziałku. Narasta we mnie panika. Znowu szwy, ból, zmiana drenu, upokorzenie basenu, drżące z bólu, zmęczenia i nalekowania morfiną mięśnie. Karty przyjęcia, przychodnie, skajem obite materace, jeszcze bardziej niedorzecznie skajem obite poduszki, odparzenia na rękach od kul, parzący w gardle zapach jodyny. Schody: jedne, drugie, trzecie. Plecak, kiedy idę na zakupy. Upadająca kula raz. Upadająca kula dwa. Zatrzaśnięte przed nosem drzwi autobusu, bo biegnij teraz o kulach. Bezsenne noce, bo budzi mnie krzyk. Boli tak, że pulsują dziąsła. A Iwonka świerczocze, guga, strzyka śliną, sapie, mlaska, kląska, klaszcze w ręce. Mój Jezu.
Dojeżdżamy. Śmierdzi. Chorowaniem. Gumową końcówką kul. Bandażem. Wszystkie trzewia skręcają mi się jak wyżymane pranie. Uciekaj. Uciekaj im. Nie daj się położyć na stół. Przecież w twojej chorobie operuje się w ostateczności. Eugenia przechadza się po korytarzu w te i we wte, stuka obcasami, szura spódnicą. Paznokcie ma tak długie, aż zakręcone. Nie tup nade mną, proszę. Wystarczy, że Iwonka ciągle mówi. Ciągle. Teraz pokazuje mi stronę internetową swojej kosmetyczki. I czyta na głos cennik. Nie morduj jej, Eugenio. Dziś Iwonka powiedziała mi, że jest w ciąży. I w związku z tym wycofuje pozew o rozwód. Usiądź. Możesz mnie nawet ugryźć w biodro. Ją zostaw. Daj się jej cieszyć. Nie dotkniesz Nowego Życia. Zabierz moje, pozwalam Ci.
Wchodzimy. Iwonka i Doktor Niedźwiedź znają się bardzo dobrze. Iwonka kręci na palcu włosy. Przerzuca je na plecy, eksponuje szyję. Ciekawe: jak to jest, mieć taką świadomość seksualności swojego ciała? Jego atrakcyjności? Tego, że Doktor Niedźwiedź zapytany wtedy nagle o datę swojego urodzenia nie byłby w stanie odtworzyć w pamięci niczego więcej oprócz Iwonkowego dekoltu i rysunku umięśnionego kolana.
A ja? Cóż. Mam na sobie czarne cygaretki. I białą koszulową bluzkę z czarną kryzą. Jak na własny pogrzeb. (Dół pogniotłam, wisząc na telefonie i próbując wyżulić newsa o przetargu. Psiamać. Nie lubię być nieodprasowana. Bardziej od bycia nieodprasowaną nienawidzę tylko samego prasowania.) Granatowe mokasyny. Teczka z dokumentami. Pani Alicja mówi: "chora intelektualistka". Bingo. Właśnie tak wyglądałam.
Ojezu, leżanka. Taka wysoka. NIebieska. Chabrowa znaczy. Niedźwiedź rozwija na niej papierowy ręcznik z rolki.
- Proszę się położyć.
- Co mam zdjąć?
- Wszystko.
Aha.
Iwonka śmieje się tak, jakby oglądała mocno intelektualny amerykański talk show. No tak, mnie nie jest do śmiechu. Ściągam spodnie, zostaję w koszuli. Pan doktor dokładnie rejestruje motorykę mojego chorego ciała. Teraz się zacznie. Zegnie, przekręci, wyostrzy, stwierdzi, że rotacja żadna, jeszcze dokręci dla pewności, bo jak syknę, to mu nie wystarczy. Musi mnie zatkać z bólu. Muszę na chwilę stracić oddech. Muszę na chwilę umrzeć, żeby go utwierdzić w przekonaniu, że nie wymyśliłam sobie Bólu. Że on jest. Istnieje obiektywnie. Że nie jestem wariatką. Potem będzie objaw Patricka. Pan doktor jest ode mnie cięższy o jakieś sześćdziesiąt kilogramów. Jak swoją masą naciśnie na moje zgięte kolano, panewka stawowa jęknie z obciążenia. Operowaną nogę będę chronić. Nie dam się mu na niej oprzeć. Jestem gotowa. Przecież Cię znam, Bólu. Patrzę, gdzie Eugenia. Siedzi na oknie. Objęła ramionami kolana. Zacisnęła oczy. Po badaniu będzie płakać.
Zdumienie z tamtego momentu towarzyszy mi dziś cały dzień. Zasypiałam z nim i z nim się obudziłam.
Żadnej brutalności. Żadnego gwałtu zadanego nodze. Żadnego siłowania się. Żadnego wymuszania dowodów.
Trzymał mnie za łydkę tak subtelnie, jakby trzymał obiekt zbudowany z piór. Nie siłował się ze mną. Pytał, co czuję. Nie, czy boli. Zapytał mnie, co czuję. "Napisz, co czujesz" - przypomina mi się hasło z kampanii marki Pelikan. Patrzy mi w oczy. Chryste, on mi patrzy w oczy. Wygląda jak Wyrwidąb, ale oczy ma łagodne, ciemnolaskowe, czujne. Bada mnie. Tak jak ja badam podczas wywiadu. Cichnę. Węszę.
Nie zniosę. Nie zniosę tego spojrzenia. Meidei. To nie jest spojrzenie lekarza. Oni nie są czuli. Oni nie współ-czują. Jestem dla nich tylko numerkiem. Kolejnym do odhaczenia. Jestem chorym biodrem do przecięcia piłą. Przestrzenią do satysfakcjonującego wbicia młota. Po zoperowaniu mnie postawi sobie w notesiku kreskę. Jakby zaliczał kolejne panienki na roku.
Zamknęłam oczy. Źle. Odczytał to jako znak bólowy. Nie kręci nogą. Nie szarpie. Nie otwieram oczu na wszelki wypadek. Jak otworzę, może się obudzę. I okaże się, że jest jak wszyscy.
Otwieram jedno oko. Nie, jednak nie śpię. Trzyma wielką włochatą łapą moją łydkę i jak lekko zegnie ramię, kość strzałkowa pęknie jak zapałka. Taką ma chłop krzepę. Trzyma delikatnie. Boże, jakby dotykał człowieka. A nie chorego ciała.
Eugenia podbiega, przeciera jedno oko, bo drugie dynda na wysokości spódnicy, zgniłe przecież. Nie rozumie. Jak to: nie upokorzysz mnie? Nie szarpniesz? gdzie twoja znieczulica? Gdzie twoje wątpliwości? Widzisz mnie? Widzisz mój Ból?
Wybiegła z gabinetu. Trzasnęła drzwiami. Poczułam na twarzy podmuch powietrza.
To Iwonka zarzuciła torbę na ramię.
Schodzę z leżanki. Zeskakuję w zasadzie. Czuję na sobie jeszcze spojrzenie Doktora Niedźwiedzia. Szybko zakładam spodnie. Kładę na kolanach torbę i się chowam.
Wyciągam teczkę z dokumentacją od 1997 roku. Kawał historii upokorzenia. Pan doktor mówi do mnie:
- Ja też miałem złuszczenie głowy kości udowej. Lewej do tego. Coś nas łączy.
Gdzie ta Gienka? Dlaczego mnie zostawiła? Wracaj, nie wiem, co zrobić z oczami.
Iwonka rozpostarła się na leżance i to jest najlepsze określenie na pozę, którą przybrała. Jak na kobietę w stanie błogosławionym - sporo w tym nieskromności. Ale co ja mogę o tym wiedzieć? Nigdy nie byłam i nie będę matką. NIe wiem, co wypada, a co nie. Tym bardziej, że mama wahała się, czy mnie urodzić, kiedy miałam w jej brzuchu pięć miesięcy.
Nie pamiętam przebiegu tej rozmowy. Pamiętam tylko, że bardzo szybko pan doktor rozwiał moje wątpliwości co do tego, czy jest szansa na przełożenie operacji. Nie ma. Kurwa, nie ma, bo kość chrupnie w pół kroku jak zapałka. "W pewnym momencie przestanie pani chodzić".
Well, to i tak lepiej niż oślepnąć.
Podczas rozmowy zaczął ze mną żartować, ale w sposób, który rzadko mi się przytrafia. NIe był słodziakiem, nie pocieszał mnie bez sensu, uświadomił, że sytuacja jest poważna. Walczył ze mną na mniejsze i większe złośliwości, ale nie przekraczał cienkiej granicy pomiędzy wyrafinowanym żartem a seksistowskim chamstwem. I nie spuszczał z intelektualnego tonu. Ki czort? Niezwykle rzadki przypadek wśród mężczyzn.
Iwonka w ramach pracy w tle wiła się w pozach coraz bardziej wyzywających. Kiedy już była bliska zatoczenia nogą kręgu jak Sharon Stone, Doktor Niedźwiedź zapytał, co robię w życiu. Odpowiedziałam, że to nic nadzwyczajnego: zajmuję się telefonicznym nękaniem ludzi i mam pracę siedzącą. Jestem ergo zbędna społecznie i z perspektywy obecnego rządu kwalifikuje się mnie jako społecznego pasożyta, którego należy ukarać bykowym za brak potomstwa i opodatkować za nadmiar przeczytanych w minionym półroczu książek. A najlepiej jeszcze odebrać tytuł naukowy, skoro ani polonistyka, ani astronomia nie będą po reformie Gowina postrzegane jako dziedziny nauki. Czuję się skądinąd podwójnie zaorana. Jako absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.
Na nic zdały się Iwonki figury niebezpieczne. Doktor NIedźwiedź już był po innej stronie zaangażowania mentalnego. Czułam już, czym ta wizyta pachnie.
- No i co pani zalecał, jak to pani mówi, doktor Batman?
- Kazał mi regularnie pijać whisky i palić marihuanę, żeby zniknęły napięcia w ciele.
- I co, jak Pani idzie stosowanie się do tych zaleceń?
- Nieortodoksyjnie. Szybko się nudzę, niestety. A zamiast whisky wybrałam leczenie biologiczne, które nie toleruje alkoholu. Ale po tym, co dziś usłyszałam, na bank się nawalę.
- Proszę dać znać, jak pani zacznie. Widzę, że jesteśmy sąsiadami.
Studiuję pilnie złotą sprzączkę na mokasynach. Jakieś siedem centymetrów.
Caput femoris dla odmiany to kość kończyny dolnej będąca elementem wspierającym tkanki miękkie uda. Jest to kość długa, dlatego wyróżnić w niej można trzon i dwa końce: koniec bliższy i koniec dalszy. Jednocześnie jest to najcięższa i najdłuższa z kości długich organizmu; mierząc prawie dokładnie 26 proc. długości ciała człowieka, jest pomocnym wskaźnikiem rekonstrukcji szkieletowych. Występuje u czworonogów. U człowieka jest ustawiona pionowo, a u pozostałych czworonogów w kierunku przednio-dolnym.
Przestudiowałam już sprzączkę. Teraz brzeg torby. Pan doktor klika myszką i studiuje w zamyśleniu rysunek mojej kości udowej.
Rysunek ust, barwę słów
Niedokończony, jasny portret Twój
- Wpisuję panią na listę pilnych przyjęć. Marzec-kwiecień.
- Nie zdążę.
- Z czym pani nie zdąży?
- Z remontem, z obowiązkami, które mam w pracy.
W myślach: z zarobieniem na rehabilitację, z zarobieniem na samochód z automatyczną skrzynią biegów, nie mogę zostawić reumatyków, którzy czekają na album, na książkę reporterską o ich bólu, zawiodę ich, za karę przyjdzie rzut, jak ja mam to panu wytłumaczyć?
- To są wszystko wymówki, proszę pani.
Tak, Gowin też tak powiedział, jak dojeżdżał uniwersytety. Na pewno.
A potem nastąpiło coś, co pewnie wpędzi mnie do piekła.
- A Kasia pisze ksiąąążkęęęę!
Cisza.
Chciałam wtedy Iwonkę zamordować. Powstrzymało mnie tylko to, że za chwilę będzie matką. Pójdę wówczas siedzieć za podwójne zabójstwo. A dzieciobójcy w pierdlach mają podwójnie przegwizdane.
Patrzę z żałością na pana doktora. Jezu, źrenica w źrenicę mi się lampi. No dobra. Ratuj się, kto może. Teraz.
- Panie doktorze, jest jeszcze jedna ważna sprawa.
- Słucham panią.
- Po trzeciej operacji otrzymałam od operatora druty Kirschnera na pamiątkę. Rozumiem, że głowę kości udowej również pan mi sprezentuje.
- Wykluczone.
Oburzam się:
- Jak to? Przecież to MOJA kość.
- Proszę pani, to jest odpad biologiczny.
Zagotowałam się:
- MOJĄ kość nazywa pan odpadem biologicznym?! A co pan myśli, że ja sobie w domu na tej kości zupę ugotuję?!
- Nie, wykorzystamy maksymalnie wyciętą część, żeby jej zachowane elementy wszczepić w panewkę i część miednicy, która uległa sklerotyzacji.
- A z resztą co państwo zrobią? - pytam, prawie płacząc.
- Niestety, zutylizujemy.
Szlag. To trochę tak, jakby mnie żywcem pochować.
Nie poddaję się:
- No dobrze, oboje wiemy, że tak jak napięcia w ciele niszczą kość naturalną, tak samo będą niszczyć sztuczną. Jaki jest termin przydatności do, że tak powiem, użycia endoprotezy?
Westchnął. No, brnij, synu. Zobaczymy, czy i jak będziesz próbował mnie okłamać. Oko w oko. Wychyla się w moim kierunku.
- Proszę pani, jest pani młoda. Do tego dobrze pani z oczu patrzy. Wszczepię pani endoprotezę tak, żeby z tą samą panią pochowali.
- Widzę, że w pana przekonaniu do pięćdziesiątki nie dociągnę. W sumie to dobrze. Po co się męczyć. I tak minister zdrowia pewnie mnie dodatkowo opodatkuje za ten kolejny wydatek zdrowotny.
Jadę dalej.
- Jeszcze jedno. Mam niedomykalność zastawki lewej. Czy wówczas decydują się państwo na znieczulenie zewnątrzoponowe i będę słyszała, jak piła rżnie kość, którą pan ma zamiar zutylizować?
- O znieczuleniu decyduje anestezjolog.
Pudło.
Nie pamiętam końcówki. Mówił coś o karcie przygotowania do zabiegu operacyjnego. O konsultacji kardiologicznej. O uzębieniu.
Na koniec tak mocno uścisnął mi rękę, że aż mnie zemdliło. I jeszcze raz. Zaskoczyło mnie to. Spojrzałam mu w oczy. O to właśnie mu chodziło. Ostatnie spojrzenie laskowych oczu, które mają we mnie zbudować przekonanie, że jestem w dobrych rękach. Bo jestem. Więc co w tobie płacze, Kasiu?
Zjeżdżamy z Iwonką windą. Żołądek już niczego nie ukrywa. Wyżyma pranie i wspomnienie zupy z godziny 13. Jest 19. Trzymam się za żołądek.
- Niedobrze ci?
- No trochę. Boli mnie żołądek. I mnie mdli.
Iwonka, rozćwierkana:
- Och, Kasiu, ostatnio jak było mi niedobrze, to okazało się, że jestem w ciąży!
Szybko. Teraz:
- Cóż, Iwonko, to jedyna rzecz, która mi w życiu nie grozi.
Zostawiłam ją z głupią miną. Jak to mówi Mama Alicja: "nie rozumie ni tekstu, ni kontekstu".
Na Saskiej Kępie Iwonka wchłonęła pizzę. Byłam w stanie przełknąć tylko afrykańską herbatę z cynamonem. Iwonka ćwierkała o jodze, basenie, zarzuceniu biegania na czas ciąży i wózkach spacerowych. W głowie łupał mi metalowy młot.
Wróciłam do domu, popłakałam się ze strachu, zadzwoniłam do Anity i wypiłam kieliszek wina.
Przed snem z przerażeniem zarejestrowałam niespodziewaną pamięć ciała. Wspomnienie subtelności.Zdumienia braku Bólu. Łatwo Cię rozpieścić, Ciało. Łakniesz delikatności. Akurat ten dotyk zapamiętałoś? Co w Tobie ten dotyk zapamiętało? Wyparta kobiecość? Czy tęsknota za dotykiem matki, którego nigdy nie znałam?
Kieliszek wina wypity na pusty żołądek, skołatane emocjami serce i sen o dziadku klejącym dla mnie biurko spowodowały potężnego kaca o 5.17. I jeszcze jedno. Pierwsze, o czym pomyślałam po przebudzeniu, to dotyk, delikatny dotyk lekarza na mojej łydce. Że nawet takie łapsko podczas badania może nie boleć. Nie do wiary.
Od godziny 10 Doktor nie przestaje wysyłać mi smsów. Wszelkiej maści. Dwa wzruszyły mnie szczególnie. Na jednym w zakrwawionym fartuchu z dumą prezentuje złamany podczas operacji metalowy młot. "Ostatnio rozpękłem na pół metalowy młot przy operacji". I trzy emotikony zapłakane ze śmiechu. "Dobrze, że nie kość pacjenta" - odpisałam, strwożona.
Chwalił się, że pasjami kolekcjonuje endoprotezy. Zużyte i nowe. Wozi je w bagażniku. Pomyślałam: pozer. Na bank tak nie jest. Jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy dziś dostałam taki oto mms:
Powinnam teraz napisać "byle do wiosny". Ale wiele bym dała za to, żeby zatrzymać czas.
A więc: wojna. Nie mam jednak tyle czasu, ile szacowałam. Nie mam tylu szans, na które liczyłam. Doktor Niedźwiedź wczoraj nie owijał w bawełnę, operować powinno się w ciągu tygodnia. No nie, nie, żaden mężczyzna nie będzie mi planował życia w perspektywie tygodnia, ja bardzo przepraszam.
Niemniej byłam dzielna. Negocjowałam według międzynarodowych standardów. Żeby było z czego schodzić. Wydawało mi się, że wiosna 2020 roku to czas dla mnie łaskawy, rozwiązanie Salomonowe, czas optymalny. Zgodnie z prawem Murphy'ego mam dokładnie trzy razy mniej czasu na wszystko niż pierwotnie zakładałam. Wygląda na to, że faktycznie tylko po śmierci będę miała szansę się wyspać.
Od godziny 10 Doktor Niedźwiedź nie przestaje wysyłać mi smsów. Uporczywie odpycham jego pozaortopedyczne awanse. Staram się wyciągać informacje stricte techniczne, szanse na powodzenie, wiedzę o składzie chemicznym protezy, czas, jakiego potrzebuję na samodzielne funkcjonowanie za kółkiem samochodu. NIe mogę, nie mogę poradzić sobie z myślą, że będę od kogoś zależna. Że będę ciężarem. Że ktoś powie: "muszę zawieźć Kasi obiad", "muszę zajrzeć do Kasi, bo jest po operacji", "muszę pomóc Kasi się umyć", "muszę Kasię zawieźć na kontrolę". Chcę być pierwszym medycznym przypadkiem, który przy ZZSK, drastycznie zniszczonym biodrze, cztery tygodnie po wszczepieniu endoprotezy samodzielnie zawozi się na rehabilitację samochodem z manualną skrzynią biegów. Skoro wersję ambitną mojego wstępnego planu byłam zmuszona skroić o 70 procent.
Doktor Niedźwiedź zapytał mnie w smsie, czy perspektywa życia bez bólu i ze zwiększoną ruchomością biodra nie wydaje mi się warta podjęcia wiosennego trudu. Odpowiedziałam, że winna jest dialektyka pana i niewolnika, zgodnie z którą funkcjonuję od lat. I że trudniej mi przyzwyczaić się do dobrego, skoro od ponad dwóch dekad złe mi złorzeczyło. Zwyczajnie się przyzwyczaiłam.
Nie mogę sobie poradzić z jednym wspomnieniem. To klasyczny mindfuck poznawczy. Czegoś takiego nie znałam. Od początku.
Do Doktora Niedźwiedzia zawiozła mnie Iwonka. W króciutkiej sukieneczce, świeża jak Calineczka otrzepana z porannej rosy, obudzona w kielichu lelyi pachnącej. Zastanawiałam się, czy te chichoty, poprawianie włosów, nieskazitelny makijaż i sandałki na obcasie mają związek ze świętowaniem planowanego urżnięcia piłą kawałka mojej kości. Po czym wbicia przy pomocy metalowego młota i gwoździa (toczka w toczkę jak ten, którym krzyżowano Chrystusa) dwudziestopięciocentymetrowego trzpienia w kość udową, po czym nadsztukowania przeżartej przez geody i sklerotyzację panewki i fragmentu miednicy Bóg wie jakim materiałem (stawiam na przetworzony plastik odzyskany z oceanów, trend na to rysuje się na rynku silny).
Jedziemy, skręca mi się żołądek. Trasa na Wawer piątkowo zakorkowana. Nie ma siły, szkoła od poniedziałku. Narasta we mnie panika. Znowu szwy, ból, zmiana drenu, upokorzenie basenu, drżące z bólu, zmęczenia i nalekowania morfiną mięśnie. Karty przyjęcia, przychodnie, skajem obite materace, jeszcze bardziej niedorzecznie skajem obite poduszki, odparzenia na rękach od kul, parzący w gardle zapach jodyny. Schody: jedne, drugie, trzecie. Plecak, kiedy idę na zakupy. Upadająca kula raz. Upadająca kula dwa. Zatrzaśnięte przed nosem drzwi autobusu, bo biegnij teraz o kulach. Bezsenne noce, bo budzi mnie krzyk. Boli tak, że pulsują dziąsła. A Iwonka świerczocze, guga, strzyka śliną, sapie, mlaska, kląska, klaszcze w ręce. Mój Jezu.
Dojeżdżamy. Śmierdzi. Chorowaniem. Gumową końcówką kul. Bandażem. Wszystkie trzewia skręcają mi się jak wyżymane pranie. Uciekaj. Uciekaj im. Nie daj się położyć na stół. Przecież w twojej chorobie operuje się w ostateczności. Eugenia przechadza się po korytarzu w te i we wte, stuka obcasami, szura spódnicą. Paznokcie ma tak długie, aż zakręcone. Nie tup nade mną, proszę. Wystarczy, że Iwonka ciągle mówi. Ciągle. Teraz pokazuje mi stronę internetową swojej kosmetyczki. I czyta na głos cennik. Nie morduj jej, Eugenio. Dziś Iwonka powiedziała mi, że jest w ciąży. I w związku z tym wycofuje pozew o rozwód. Usiądź. Możesz mnie nawet ugryźć w biodro. Ją zostaw. Daj się jej cieszyć. Nie dotkniesz Nowego Życia. Zabierz moje, pozwalam Ci.
Wchodzimy. Iwonka i Doktor Niedźwiedź znają się bardzo dobrze. Iwonka kręci na palcu włosy. Przerzuca je na plecy, eksponuje szyję. Ciekawe: jak to jest, mieć taką świadomość seksualności swojego ciała? Jego atrakcyjności? Tego, że Doktor Niedźwiedź zapytany wtedy nagle o datę swojego urodzenia nie byłby w stanie odtworzyć w pamięci niczego więcej oprócz Iwonkowego dekoltu i rysunku umięśnionego kolana.
A ja? Cóż. Mam na sobie czarne cygaretki. I białą koszulową bluzkę z czarną kryzą. Jak na własny pogrzeb. (Dół pogniotłam, wisząc na telefonie i próbując wyżulić newsa o przetargu. Psiamać. Nie lubię być nieodprasowana. Bardziej od bycia nieodprasowaną nienawidzę tylko samego prasowania.) Granatowe mokasyny. Teczka z dokumentami. Pani Alicja mówi: "chora intelektualistka". Bingo. Właśnie tak wyglądałam.
Ojezu, leżanka. Taka wysoka. NIebieska. Chabrowa znaczy. Niedźwiedź rozwija na niej papierowy ręcznik z rolki.
- Proszę się położyć.
- Co mam zdjąć?
- Wszystko.
Aha.
Iwonka śmieje się tak, jakby oglądała mocno intelektualny amerykański talk show. No tak, mnie nie jest do śmiechu. Ściągam spodnie, zostaję w koszuli. Pan doktor dokładnie rejestruje motorykę mojego chorego ciała. Teraz się zacznie. Zegnie, przekręci, wyostrzy, stwierdzi, że rotacja żadna, jeszcze dokręci dla pewności, bo jak syknę, to mu nie wystarczy. Musi mnie zatkać z bólu. Muszę na chwilę stracić oddech. Muszę na chwilę umrzeć, żeby go utwierdzić w przekonaniu, że nie wymyśliłam sobie Bólu. Że on jest. Istnieje obiektywnie. Że nie jestem wariatką. Potem będzie objaw Patricka. Pan doktor jest ode mnie cięższy o jakieś sześćdziesiąt kilogramów. Jak swoją masą naciśnie na moje zgięte kolano, panewka stawowa jęknie z obciążenia. Operowaną nogę będę chronić. Nie dam się mu na niej oprzeć. Jestem gotowa. Przecież Cię znam, Bólu. Patrzę, gdzie Eugenia. Siedzi na oknie. Objęła ramionami kolana. Zacisnęła oczy. Po badaniu będzie płakać.
Zdumienie z tamtego momentu towarzyszy mi dziś cały dzień. Zasypiałam z nim i z nim się obudziłam.
Żadnej brutalności. Żadnego gwałtu zadanego nodze. Żadnego siłowania się. Żadnego wymuszania dowodów.
Trzymał mnie za łydkę tak subtelnie, jakby trzymał obiekt zbudowany z piór. Nie siłował się ze mną. Pytał, co czuję. Nie, czy boli. Zapytał mnie, co czuję. "Napisz, co czujesz" - przypomina mi się hasło z kampanii marki Pelikan. Patrzy mi w oczy. Chryste, on mi patrzy w oczy. Wygląda jak Wyrwidąb, ale oczy ma łagodne, ciemnolaskowe, czujne. Bada mnie. Tak jak ja badam podczas wywiadu. Cichnę. Węszę.
Nie zniosę. Nie zniosę tego spojrzenia. Meidei. To nie jest spojrzenie lekarza. Oni nie są czuli. Oni nie współ-czują. Jestem dla nich tylko numerkiem. Kolejnym do odhaczenia. Jestem chorym biodrem do przecięcia piłą. Przestrzenią do satysfakcjonującego wbicia młota. Po zoperowaniu mnie postawi sobie w notesiku kreskę. Jakby zaliczał kolejne panienki na roku.
Zamknęłam oczy. Źle. Odczytał to jako znak bólowy. Nie kręci nogą. Nie szarpie. Nie otwieram oczu na wszelki wypadek. Jak otworzę, może się obudzę. I okaże się, że jest jak wszyscy.
Otwieram jedno oko. Nie, jednak nie śpię. Trzyma wielką włochatą łapą moją łydkę i jak lekko zegnie ramię, kość strzałkowa pęknie jak zapałka. Taką ma chłop krzepę. Trzyma delikatnie. Boże, jakby dotykał człowieka. A nie chorego ciała.
Eugenia podbiega, przeciera jedno oko, bo drugie dynda na wysokości spódnicy, zgniłe przecież. Nie rozumie. Jak to: nie upokorzysz mnie? Nie szarpniesz? gdzie twoja znieczulica? Gdzie twoje wątpliwości? Widzisz mnie? Widzisz mój Ból?
Wybiegła z gabinetu. Trzasnęła drzwiami. Poczułam na twarzy podmuch powietrza.
To Iwonka zarzuciła torbę na ramię.
Schodzę z leżanki. Zeskakuję w zasadzie. Czuję na sobie jeszcze spojrzenie Doktora Niedźwiedzia. Szybko zakładam spodnie. Kładę na kolanach torbę i się chowam.
Wyciągam teczkę z dokumentacją od 1997 roku. Kawał historii upokorzenia. Pan doktor mówi do mnie:
- Ja też miałem złuszczenie głowy kości udowej. Lewej do tego. Coś nas łączy.
Gdzie ta Gienka? Dlaczego mnie zostawiła? Wracaj, nie wiem, co zrobić z oczami.
Iwonka rozpostarła się na leżance i to jest najlepsze określenie na pozę, którą przybrała. Jak na kobietę w stanie błogosławionym - sporo w tym nieskromności. Ale co ja mogę o tym wiedzieć? Nigdy nie byłam i nie będę matką. NIe wiem, co wypada, a co nie. Tym bardziej, że mama wahała się, czy mnie urodzić, kiedy miałam w jej brzuchu pięć miesięcy.
Nie pamiętam przebiegu tej rozmowy. Pamiętam tylko, że bardzo szybko pan doktor rozwiał moje wątpliwości co do tego, czy jest szansa na przełożenie operacji. Nie ma. Kurwa, nie ma, bo kość chrupnie w pół kroku jak zapałka. "W pewnym momencie przestanie pani chodzić".
Well, to i tak lepiej niż oślepnąć.
Podczas rozmowy zaczął ze mną żartować, ale w sposób, który rzadko mi się przytrafia. NIe był słodziakiem, nie pocieszał mnie bez sensu, uświadomił, że sytuacja jest poważna. Walczył ze mną na mniejsze i większe złośliwości, ale nie przekraczał cienkiej granicy pomiędzy wyrafinowanym żartem a seksistowskim chamstwem. I nie spuszczał z intelektualnego tonu. Ki czort? Niezwykle rzadki przypadek wśród mężczyzn.
Iwonka w ramach pracy w tle wiła się w pozach coraz bardziej wyzywających. Kiedy już była bliska zatoczenia nogą kręgu jak Sharon Stone, Doktor Niedźwiedź zapytał, co robię w życiu. Odpowiedziałam, że to nic nadzwyczajnego: zajmuję się telefonicznym nękaniem ludzi i mam pracę siedzącą. Jestem ergo zbędna społecznie i z perspektywy obecnego rządu kwalifikuje się mnie jako społecznego pasożyta, którego należy ukarać bykowym za brak potomstwa i opodatkować za nadmiar przeczytanych w minionym półroczu książek. A najlepiej jeszcze odebrać tytuł naukowy, skoro ani polonistyka, ani astronomia nie będą po reformie Gowina postrzegane jako dziedziny nauki. Czuję się skądinąd podwójnie zaorana. Jako absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.
Na nic zdały się Iwonki figury niebezpieczne. Doktor NIedźwiedź już był po innej stronie zaangażowania mentalnego. Czułam już, czym ta wizyta pachnie.
- No i co pani zalecał, jak to pani mówi, doktor Batman?
- Kazał mi regularnie pijać whisky i palić marihuanę, żeby zniknęły napięcia w ciele.
- I co, jak Pani idzie stosowanie się do tych zaleceń?
- Nieortodoksyjnie. Szybko się nudzę, niestety. A zamiast whisky wybrałam leczenie biologiczne, które nie toleruje alkoholu. Ale po tym, co dziś usłyszałam, na bank się nawalę.
- Proszę dać znać, jak pani zacznie. Widzę, że jesteśmy sąsiadami.
Studiuję pilnie złotą sprzączkę na mokasynach. Jakieś siedem centymetrów.
Caput femoris dla odmiany to kość kończyny dolnej będąca elementem wspierającym tkanki miękkie uda. Jest to kość długa, dlatego wyróżnić w niej można trzon i dwa końce: koniec bliższy i koniec dalszy. Jednocześnie jest to najcięższa i najdłuższa z kości długich organizmu; mierząc prawie dokładnie 26 proc. długości ciała człowieka, jest pomocnym wskaźnikiem rekonstrukcji szkieletowych. Występuje u czworonogów. U człowieka jest ustawiona pionowo, a u pozostałych czworonogów w kierunku przednio-dolnym.
Przestudiowałam już sprzączkę. Teraz brzeg torby. Pan doktor klika myszką i studiuje w zamyśleniu rysunek mojej kości udowej.
Rysunek ust, barwę słów
Niedokończony, jasny portret Twój
- Wpisuję panią na listę pilnych przyjęć. Marzec-kwiecień.
- Nie zdążę.
- Z czym pani nie zdąży?
- Z remontem, z obowiązkami, które mam w pracy.
W myślach: z zarobieniem na rehabilitację, z zarobieniem na samochód z automatyczną skrzynią biegów, nie mogę zostawić reumatyków, którzy czekają na album, na książkę reporterską o ich bólu, zawiodę ich, za karę przyjdzie rzut, jak ja mam to panu wytłumaczyć?
- To są wszystko wymówki, proszę pani.
Tak, Gowin też tak powiedział, jak dojeżdżał uniwersytety. Na pewno.
A potem nastąpiło coś, co pewnie wpędzi mnie do piekła.
- A Kasia pisze ksiąąążkęęęę!
Cisza.
Chciałam wtedy Iwonkę zamordować. Powstrzymało mnie tylko to, że za chwilę będzie matką. Pójdę wówczas siedzieć za podwójne zabójstwo. A dzieciobójcy w pierdlach mają podwójnie przegwizdane.
Patrzę z żałością na pana doktora. Jezu, źrenica w źrenicę mi się lampi. No dobra. Ratuj się, kto może. Teraz.
- Panie doktorze, jest jeszcze jedna ważna sprawa.
- Słucham panią.
- Po trzeciej operacji otrzymałam od operatora druty Kirschnera na pamiątkę. Rozumiem, że głowę kości udowej również pan mi sprezentuje.
- Wykluczone.
Oburzam się:
- Jak to? Przecież to MOJA kość.
- Proszę pani, to jest odpad biologiczny.
Zagotowałam się:
- MOJĄ kość nazywa pan odpadem biologicznym?! A co pan myśli, że ja sobie w domu na tej kości zupę ugotuję?!
- Nie, wykorzystamy maksymalnie wyciętą część, żeby jej zachowane elementy wszczepić w panewkę i część miednicy, która uległa sklerotyzacji.
- A z resztą co państwo zrobią? - pytam, prawie płacząc.
- Niestety, zutylizujemy.
Szlag. To trochę tak, jakby mnie żywcem pochować.
Nie poddaję się:
- No dobrze, oboje wiemy, że tak jak napięcia w ciele niszczą kość naturalną, tak samo będą niszczyć sztuczną. Jaki jest termin przydatności do, że tak powiem, użycia endoprotezy?
Westchnął. No, brnij, synu. Zobaczymy, czy i jak będziesz próbował mnie okłamać. Oko w oko. Wychyla się w moim kierunku.
- Proszę pani, jest pani młoda. Do tego dobrze pani z oczu patrzy. Wszczepię pani endoprotezę tak, żeby z tą samą panią pochowali.
- Widzę, że w pana przekonaniu do pięćdziesiątki nie dociągnę. W sumie to dobrze. Po co się męczyć. I tak minister zdrowia pewnie mnie dodatkowo opodatkuje za ten kolejny wydatek zdrowotny.
Jadę dalej.
- Jeszcze jedno. Mam niedomykalność zastawki lewej. Czy wówczas decydują się państwo na znieczulenie zewnątrzoponowe i będę słyszała, jak piła rżnie kość, którą pan ma zamiar zutylizować?
- O znieczuleniu decyduje anestezjolog.
Pudło.
Nie pamiętam końcówki. Mówił coś o karcie przygotowania do zabiegu operacyjnego. O konsultacji kardiologicznej. O uzębieniu.
Na koniec tak mocno uścisnął mi rękę, że aż mnie zemdliło. I jeszcze raz. Zaskoczyło mnie to. Spojrzałam mu w oczy. O to właśnie mu chodziło. Ostatnie spojrzenie laskowych oczu, które mają we mnie zbudować przekonanie, że jestem w dobrych rękach. Bo jestem. Więc co w tobie płacze, Kasiu?
Zjeżdżamy z Iwonką windą. Żołądek już niczego nie ukrywa. Wyżyma pranie i wspomnienie zupy z godziny 13. Jest 19. Trzymam się za żołądek.
- Niedobrze ci?
- No trochę. Boli mnie żołądek. I mnie mdli.
Iwonka, rozćwierkana:
- Och, Kasiu, ostatnio jak było mi niedobrze, to okazało się, że jestem w ciąży!
Szybko. Teraz:
- Cóż, Iwonko, to jedyna rzecz, która mi w życiu nie grozi.
Zostawiłam ją z głupią miną. Jak to mówi Mama Alicja: "nie rozumie ni tekstu, ni kontekstu".
Na Saskiej Kępie Iwonka wchłonęła pizzę. Byłam w stanie przełknąć tylko afrykańską herbatę z cynamonem. Iwonka ćwierkała o jodze, basenie, zarzuceniu biegania na czas ciąży i wózkach spacerowych. W głowie łupał mi metalowy młot.
Wróciłam do domu, popłakałam się ze strachu, zadzwoniłam do Anity i wypiłam kieliszek wina.
Przed snem z przerażeniem zarejestrowałam niespodziewaną pamięć ciała. Wspomnienie subtelności.Zdumienia braku Bólu. Łatwo Cię rozpieścić, Ciało. Łakniesz delikatności. Akurat ten dotyk zapamiętałoś? Co w Tobie ten dotyk zapamiętało? Wyparta kobiecość? Czy tęsknota za dotykiem matki, którego nigdy nie znałam?
Kieliszek wina wypity na pusty żołądek, skołatane emocjami serce i sen o dziadku klejącym dla mnie biurko spowodowały potężnego kaca o 5.17. I jeszcze jedno. Pierwsze, o czym pomyślałam po przebudzeniu, to dotyk, delikatny dotyk lekarza na mojej łydce. Że nawet takie łapsko podczas badania może nie boleć. Nie do wiary.
Od godziny 10 Doktor nie przestaje wysyłać mi smsów. Wszelkiej maści. Dwa wzruszyły mnie szczególnie. Na jednym w zakrwawionym fartuchu z dumą prezentuje złamany podczas operacji metalowy młot. "Ostatnio rozpękłem na pół metalowy młot przy operacji". I trzy emotikony zapłakane ze śmiechu. "Dobrze, że nie kość pacjenta" - odpisałam, strwożona.
Chwalił się, że pasjami kolekcjonuje endoprotezy. Zużyte i nowe. Wozi je w bagażniku. Pomyślałam: pozer. Na bank tak nie jest. Jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy dziś dostałam taki oto mms:
Powinnam teraz napisać "byle do wiosny". Ale wiele bym dała za to, żeby zatrzymać czas.
środa, 29 sierpnia 2018
Dłoń, Madame
Odchodzi już upalne lato. Bywało niemiłosiernie okrutne. Paliło skórę i płuca żywym ogniem. Czasami zastanawiałam się, czy już nie mieszkamy w Tajlandii.
Wieczory krótsze i znacznie chłodniejsze. Wczoraj mieliśmy z Wojtkiem pójść do kina, ale okazało się, że z Poznania jedzie nieprawdopodobna ilość ram i na dostawę trzeba poczekać. Nie było mi przykro, lubię z Wojtkiem być, lubię z nim rozmawiać, lubię z nim milczeć. Zaprzeczam wciąż temu, że widzę w nim uosobienie wymarzonego ojca - z całym pakietem wad i uporczywą nieobecnością, a jednocześnie czujnym i czułym spojrzeniem znad prostokątnych okularów. Wystarczy mi tylko blik tego spojrzenia, to mnie karmi na długo. Nurzam się w jego obecności jak w ciepłym mazurskim jeziorze. Mam ochotę machać nogami jak mała dziewczynka. Kiedy Wojtek mnie słucha, wyobrażam sobie, że Tata przygląda się z zachwytem moim cienkim jak mysie ogonki warkoczykom i słucha bzdur, które wygaduję o życiu lalek. Mało tego: zadaje dodatkowe pytania, uważnie słucha, potem się ze mną bawi.
Wczoraj opowiedział mi, że kiedyś w jednej z knajp w Lublinie obsługuje kelner tak do niego podobny, że mógłby być jego synem. Powiedział to z wielkim zdumieniem, miękkim zdumieniem, obniżył głos, ściszył ton do ciepłego.
- To było dla mnie wręcz krępujące, tak bardzo był do mnie podobny. Obudziła się we mnie jakaś czułość, miałem ochotę go natychmiast przytulić.
I wykonał ręką taki gest, jakby chciał mnie objąć, ale konwenanse na Krakowskim Przedmieściu kazały mu się powstrzymać.
Wyobraziłam to sobie. Że ja widzę dziewczynkę podobną do mnie. Albo że mnie widzi Tata. Po raz pierwszy w życiu być może.
Zapytałam Wojtka, czy gdyby miał nieślubne dziecko, chciałby się z nim spotkać. Odpowiedział, że to niemożliwe, żeby miał nieślubne dziecko, ale oczywiście, że tak. Że chciałby się spotkać. Że postrzegałby to jako swój obowiązek i zaszczyt. Zaszczyt. Tak powiedział.
Wszystkie trzewia we mnie podskoczyły z radości. Żołądek zwinął się w supeł i wykonał salto w brzuchu. Serce przyspieszyło z radości. Zrobiło mi się cieplej.
Nie tam, że zaszczyt. Tylko że oczywiście, że by chciał.
Tatusiu, chciałbyś?
A ręce masz takie, jak Wojtek? Delikatne, ale męskie? Czy tez, jak on, masz nerwicę natręctw i polewasz dłonie spirytusem salicylowym po podaniu ręki każdemu klientowi, który wchodzi do galerii? Czy tez używasz chusteczek nawilżanych z "funkcją antybakteryjną", jak napisał producent?
Czy otworzyłbyś przede mną drzwi do samochodu? Czy zapytałbyś mnie, czy nie marznę? Jak by to było: gdybyś powiedział, że ładnie mi w sukience? Czy czułabym się wtedy osadzona w ziemi? Wreszcie pewnie? może gdybyś Ty tak do mnie mówił, nie reagowałabym paniką na każdy komplement, który ktoś do mnie kieruje. Mężczyzna na przykład. Mężczyzna to w ogóle, powiem Ci, najgorzej. Bo nie wiem, co mam wtedy zrobić. Czy mam mu sie odwdzięczać? Też go zasypać komplementami? I jak poradzić sobie z myślą, że ja wcale na to nie zasługuję? Albo że to jakiś fortel? Że ten mężczyzna kłamie, bo czegoś oczekuje? Czegoś ode mnie chce? Na coś ma nadzieję? Na co? Co się wtedy robi?
I jak by to było, gdybyś mnie pocałował w rękę? Co bym wtedy czuła? Taki jesteś? Oldskulowy? Całujesz kobiety w ręce? Dlaczego? Kto Cię tego nauczył? Twój Tata, a mój Dziadek? Dziadziuś. Mojego prawdziwego nie znałam. Taty mojej mamy nie znałam. Twoich Rodziców też nie znałam. Ciebie nie znałam nigdy, Tatusiu. No to jak by to było? Czy byłabym tak samo skrępowana, jak wtedy, kiedy w rękę pocałował mnie Wojtek? Czy uczyłbyś mnie, jak na to reagować? Kazałbyś się przyzwyczajać do takiego traktowania? jak by to było: być Twoją księżniczką? Córeczką tatusia, gwiazdką z nieba, ósmym cudem świata, kwiatuszkiem, różyczką, wampirellą, okruszkiem, jaskółeczką, Twoją Kasią.
Kupiłam dziś na bazarku Sadyba pierogi z borówkami. Oczy mi się zaszkliły, bo Babcia takie pyszne z jagodami robiła. I z truskawkami knedle. Jadłam ich po siedem, zalewałam maślanką. Wtedy jeszcze mogłam. Wtedy jeszcze mnie nie bolało.
Stoiska uginają się od darów późnego lata: papryki czerwonej jak krew, jabłek jak policzki wiejskich dziewcząt, śliwek zgrabnych, malin rdzawych, cieżkich od nasion główek słoneczników. brzoskwiń soczystych, pomidorów słodkich, polnych - wypalonych ostrym słońcem. Babcia kochała o 5 rano jeździć na targ i przebierać w tych dobrach wszelakich. Miała wtedy na twarzy uśmiech pełen dumy i ukontentowania. Tak się cieszyła z każdego urodzaju. Pamiętała przecież wojenny głód. Mówiła, że czasami było tak, że człowiek miał ochotę ugryźć kamień z głodu.
A wtedy ze mną paznokciem kciuka zdzierała cienką skórkę z ziemniaków i sprawdzała, czy to na pewno irga. Była z siebie taka zadowolona, kiedy udało jej się kupić najlepsze na targu warzywa, najświeższe owoce. Pamiętam, jak pachniały sierpniowe i wrzesniowe poranki, kiedy jechałam z nią na targ. i od rana marzłam, bo wyjeżdżałyśmy tak wcześnie.
tak pysznie gotowała. Wojtek mówi, że jego mama też pysznie gotowała. Ale że teraz już tak pysznie nie gotuje. Nie ma na czym i z czego. Bo to sie bierze z biedy. Odkąd w ramach ustawy dezubekizacyjnej obcięto jej rentę do tysiąca złotych.
Czułam się tak, jakby coś się we mnie rozwarstwiało boleśnie na te słowa Wojtka. Jakby w aorcie tworzył się tętniak. Przypomniał mi się fragment z Jelinek. Kiedy główna bohaterka "Pianistki" tnie skórę żyletką. I obie części przeciętego ciała patrzą na siebie zdumione, że widzą się w lustrzanym odbiciu po raz pierwszy, a potem ze wzruszenia krwawią. I krzyczą z bólu rozdzielenia.
A takich pięknych Synów wychowała. Sama.
Pierogi z bazarku nie miały smaku w ogóle. Były twarde i niesmaczne.
Wiesz, Tatusiu, co to jest bieda? Kiedy możesz sobie wyobrazić każdy szczegół wszechświata: aśramy w Indiach, liczi w Tajlandii, skorupę żółwia na Zanzibarze, zapach tuberozy, deszcz meteorów, ostry walijski klif i teksański oddech pustyni.
Ale sięgnięcie po kubek z wodą na stoliku metr od Ciebie jest niemożliwe.
To jest właśnie bieda, Tatusiu.
Wieczory krótsze i znacznie chłodniejsze. Wczoraj mieliśmy z Wojtkiem pójść do kina, ale okazało się, że z Poznania jedzie nieprawdopodobna ilość ram i na dostawę trzeba poczekać. Nie było mi przykro, lubię z Wojtkiem być, lubię z nim rozmawiać, lubię z nim milczeć. Zaprzeczam wciąż temu, że widzę w nim uosobienie wymarzonego ojca - z całym pakietem wad i uporczywą nieobecnością, a jednocześnie czujnym i czułym spojrzeniem znad prostokątnych okularów. Wystarczy mi tylko blik tego spojrzenia, to mnie karmi na długo. Nurzam się w jego obecności jak w ciepłym mazurskim jeziorze. Mam ochotę machać nogami jak mała dziewczynka. Kiedy Wojtek mnie słucha, wyobrażam sobie, że Tata przygląda się z zachwytem moim cienkim jak mysie ogonki warkoczykom i słucha bzdur, które wygaduję o życiu lalek. Mało tego: zadaje dodatkowe pytania, uważnie słucha, potem się ze mną bawi.
Wczoraj opowiedział mi, że kiedyś w jednej z knajp w Lublinie obsługuje kelner tak do niego podobny, że mógłby być jego synem. Powiedział to z wielkim zdumieniem, miękkim zdumieniem, obniżył głos, ściszył ton do ciepłego.
- To było dla mnie wręcz krępujące, tak bardzo był do mnie podobny. Obudziła się we mnie jakaś czułość, miałem ochotę go natychmiast przytulić.
I wykonał ręką taki gest, jakby chciał mnie objąć, ale konwenanse na Krakowskim Przedmieściu kazały mu się powstrzymać.
Wyobraziłam to sobie. Że ja widzę dziewczynkę podobną do mnie. Albo że mnie widzi Tata. Po raz pierwszy w życiu być może.
Zapytałam Wojtka, czy gdyby miał nieślubne dziecko, chciałby się z nim spotkać. Odpowiedział, że to niemożliwe, żeby miał nieślubne dziecko, ale oczywiście, że tak. Że chciałby się spotkać. Że postrzegałby to jako swój obowiązek i zaszczyt. Zaszczyt. Tak powiedział.
Wszystkie trzewia we mnie podskoczyły z radości. Żołądek zwinął się w supeł i wykonał salto w brzuchu. Serce przyspieszyło z radości. Zrobiło mi się cieplej.
Nie tam, że zaszczyt. Tylko że oczywiście, że by chciał.
Tatusiu, chciałbyś?
A ręce masz takie, jak Wojtek? Delikatne, ale męskie? Czy tez, jak on, masz nerwicę natręctw i polewasz dłonie spirytusem salicylowym po podaniu ręki każdemu klientowi, który wchodzi do galerii? Czy tez używasz chusteczek nawilżanych z "funkcją antybakteryjną", jak napisał producent?
Czy otworzyłbyś przede mną drzwi do samochodu? Czy zapytałbyś mnie, czy nie marznę? Jak by to było: gdybyś powiedział, że ładnie mi w sukience? Czy czułabym się wtedy osadzona w ziemi? Wreszcie pewnie? może gdybyś Ty tak do mnie mówił, nie reagowałabym paniką na każdy komplement, który ktoś do mnie kieruje. Mężczyzna na przykład. Mężczyzna to w ogóle, powiem Ci, najgorzej. Bo nie wiem, co mam wtedy zrobić. Czy mam mu sie odwdzięczać? Też go zasypać komplementami? I jak poradzić sobie z myślą, że ja wcale na to nie zasługuję? Albo że to jakiś fortel? Że ten mężczyzna kłamie, bo czegoś oczekuje? Czegoś ode mnie chce? Na coś ma nadzieję? Na co? Co się wtedy robi?
I jak by to było, gdybyś mnie pocałował w rękę? Co bym wtedy czuła? Taki jesteś? Oldskulowy? Całujesz kobiety w ręce? Dlaczego? Kto Cię tego nauczył? Twój Tata, a mój Dziadek? Dziadziuś. Mojego prawdziwego nie znałam. Taty mojej mamy nie znałam. Twoich Rodziców też nie znałam. Ciebie nie znałam nigdy, Tatusiu. No to jak by to było? Czy byłabym tak samo skrępowana, jak wtedy, kiedy w rękę pocałował mnie Wojtek? Czy uczyłbyś mnie, jak na to reagować? Kazałbyś się przyzwyczajać do takiego traktowania? jak by to było: być Twoją księżniczką? Córeczką tatusia, gwiazdką z nieba, ósmym cudem świata, kwiatuszkiem, różyczką, wampirellą, okruszkiem, jaskółeczką, Twoją Kasią.
Kupiłam dziś na bazarku Sadyba pierogi z borówkami. Oczy mi się zaszkliły, bo Babcia takie pyszne z jagodami robiła. I z truskawkami knedle. Jadłam ich po siedem, zalewałam maślanką. Wtedy jeszcze mogłam. Wtedy jeszcze mnie nie bolało.
Stoiska uginają się od darów późnego lata: papryki czerwonej jak krew, jabłek jak policzki wiejskich dziewcząt, śliwek zgrabnych, malin rdzawych, cieżkich od nasion główek słoneczników. brzoskwiń soczystych, pomidorów słodkich, polnych - wypalonych ostrym słońcem. Babcia kochała o 5 rano jeździć na targ i przebierać w tych dobrach wszelakich. Miała wtedy na twarzy uśmiech pełen dumy i ukontentowania. Tak się cieszyła z każdego urodzaju. Pamiętała przecież wojenny głód. Mówiła, że czasami było tak, że człowiek miał ochotę ugryźć kamień z głodu.
A wtedy ze mną paznokciem kciuka zdzierała cienką skórkę z ziemniaków i sprawdzała, czy to na pewno irga. Była z siebie taka zadowolona, kiedy udało jej się kupić najlepsze na targu warzywa, najświeższe owoce. Pamiętam, jak pachniały sierpniowe i wrzesniowe poranki, kiedy jechałam z nią na targ. i od rana marzłam, bo wyjeżdżałyśmy tak wcześnie.
tak pysznie gotowała. Wojtek mówi, że jego mama też pysznie gotowała. Ale że teraz już tak pysznie nie gotuje. Nie ma na czym i z czego. Bo to sie bierze z biedy. Odkąd w ramach ustawy dezubekizacyjnej obcięto jej rentę do tysiąca złotych.
Czułam się tak, jakby coś się we mnie rozwarstwiało boleśnie na te słowa Wojtka. Jakby w aorcie tworzył się tętniak. Przypomniał mi się fragment z Jelinek. Kiedy główna bohaterka "Pianistki" tnie skórę żyletką. I obie części przeciętego ciała patrzą na siebie zdumione, że widzą się w lustrzanym odbiciu po raz pierwszy, a potem ze wzruszenia krwawią. I krzyczą z bólu rozdzielenia.
A takich pięknych Synów wychowała. Sama.
Pierogi z bazarku nie miały smaku w ogóle. Były twarde i niesmaczne.
Wiesz, Tatusiu, co to jest bieda? Kiedy możesz sobie wyobrazić każdy szczegół wszechświata: aśramy w Indiach, liczi w Tajlandii, skorupę żółwia na Zanzibarze, zapach tuberozy, deszcz meteorów, ostry walijski klif i teksański oddech pustyni.
Ale sięgnięcie po kubek z wodą na stoliku metr od Ciebie jest niemożliwe.
To jest właśnie bieda, Tatusiu.
sobota, 18 sierpnia 2018
Wojna trzydziestoletnia. Etap biodrowy
Póki co - przygotowania. Będzie ich dużo i będą uciążliwe. Armię mam nieliczną. Zasoby amunicji niewielkie. Szanse znikome. Ale idę na nią. Bo nie mam wyjścia.
Tyle się działo przez ostatnie miesiące. Od śmierci Babci tyle się wydarzyło. Tyle śmierć uwolniła, tyle przyniosła. Każdego dnia czuję Babci obecność. Czasami karcące spojrzenie. Z drugiej strony - nie mam się co czarować - Babcia żyje we mnie. Żadnego nieba nie ma. A jeśli nie ma nieba, nie ma też piekła. Nie mam więc dokąd po śmierci trafić. Jedyne, co mam, to czas tu, na ziemi.
Zatem od grudnia ubiegłego roku znacznie częściej niż zazwyczaj czułam radość, śmiałam się, płakałam pełnym głosem i doznawałam wzruszeń. Widziałam się z Anią i Henryczkiem, który jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie i najmądrzejszym, poznałam Anitę, widziałam się z Natalią na plaży w Gdyni, hekluję właśnie kocyk dla jej córeczki Zojki, która na przekór światowej podłości chce ją rozjaśnić swoją obecnością w listopadzie. Skończyłam warsztaty literackie u Mikołaja Grynberga i za swój tekst przeczytany na głos dostałam wielkie brawa. Tak wielkie, że prawie rozerwały mi klatkę piersiową. Zapisałam się na kolejną edycję warsztatów. Niech się dzieje wola nieba. Wzięłam udział w kampanii społecznej, którą firmowałam nie tylko moim nazwiskiem, ale i wizerunkiem, działania ewoluują, w planach jest album pod moją redakcją. Dostałam mnóstwo prezentów od życia, wielu ludzi zniknęło, ale straty mam ostatecznie nieliczne. Co nie znaczy, że nie bolą.
Posypały mi się zlecenia na dodatkową pracę, orałam od kwietnia do teraz bez ustanku, po dwadzieścia godzin na dobę. Praca jest zawsze dobrą odpowiedzią na wszystkie bolączki od życia, traumy i niedogodności. Jeśli, oczywiście, jest dostępna. Może dlatego od dziecka mam tak, że bezczynnie nie usiedzę. Jestem smutna, odkąd pamiętam.
Najnowsze doniesienia biodrowe są złe. Iwonka pewnie określiłaby je jako "katastrofalne", ale szkolenie na kursie Rakowskiego nie pozwala jej tego powiedzieć na głos. Niestety, oczu nie zakryje przede mną. W jej oczach widać wszystko.
A walczyłam, byłam taka dzielna przecież.
Przypomniały mi się lekcje historii. To może tak zacznę. Jak na lekcjach u pani Stańskiej.
Przyczyny wojny trzydziestoletniej:
- w wyniku ataku choroby autoimmunologicznej w 12. roku życia nastąpiło złuszczenie głowy kości udowej lewej;
- etiopatologia choroby pozostała nieznana do czasu mojej pierwszej diagnozy w Instytucie Reumatologii 5 lat temu;
- żaden z ortopedów, do których mama mnie zaprowadziła (no dobra, zaprowadziła mnie tylko do jednego), nie dociekał przyczyn; chciał tylko ciąć;
- zatem pocięli mnie, w prowincjonalnym szpitalu, pod nieprofesjonalnym sprzętem; w trakcie zabiegu od sprzętu renthenowskiego odpadały nóżki; operator zakrwawionymi rękawiczkami przykręcał je w sali operacyjnej, po czym płynnie przeszedł do grzebania w moim biodrze;
- pierwsza operacja trwała osiem godzin; byłam małą dziewczynką; nie wiedziałam, co mnie czeka;tyle upokorzeń i leżenia plackiem bez ruchu przez miesiąc;
- operacja polegała na repozycji kości (starła się cała chrzęść, noga wyszła ze stawu, prawie ją zgubiłam; kiedy skarżyłam się na ból i utykałam, mama mówiła, że histeryzuję, bo nie chce mi się ćwiczyć na wuefie; co było częściowo prawdą - nie chciałam ćwiczyć na wuefie, bo nie mogłam wybić się lewą nogą i przeskoczyć przez tyczkę; i dzieci się ze mnie śmiały, że jestem łamaga; ale mama w mój ból też nie wierzyła;) i wstawieniu pięciu drutów Kirschnera; wyglądają trochę jak druty do szaszłyków; wstawili je krzywo; gdybym zaczęła z nimi obciążać nogę, pękłyby; wówczas do wymiany byłaby cała kość i fragment miednicy;
- w związku z tym, że spieprzyli pierwszą operację, po sześciu dniach położyli mnie ponownie na stół celem reoperacji; wyjęli dwa druty, pozostałe podciągnęli; jak się okazało - to i tak nie wystarczyło; końska dawka narkozy spowodowała u mnie zapaść; wybudzała mnie pielęgniarka z bardzo grubym warkoczem i błękitnym tuszem do rzęs; prała mnie po twarzy na OIOMie, krzycząc: "obudź się, gówniaro!";
- ponieważ po roku chodzenia o kulach w okresie wzrostu zapowiedziałam mamie, że żadnemu lekarzowi z wybieranych przez nią nie dam się już dotknąć, zażądałam zawiezienia mnie do profesora z Drewnowskiej w Łodzi; profesor Marek postanowił, że druty trzeba wpizdu wyjąć; jak powiedział, tak zrobił; po dwóch tygodniach chodziłam bez kul; a po roku weszłam na Giewont;
- żyłam; zdawałam maturę, dostałam się na studia, zaliczyłam katastrofalny związek z psychopatą-alkoholikiem, adoptowałam psa, dostałam pracę, przeprowadziłam się do stolicy;
- sześć lat temu bolało już tak, że mało nie oszalałam; więc znów zgłosiłam się do profesora; powiedział, że to zwyrodnienia powierzchni stawowej i zrobił artroskopię; nie dociekał przyczyn zniszczeń powierzchni stawowej; po operacji rozszalał się rzut; wreszcie wiedziałam, co mi jest;
- wielomiesięczna rehabilitacja u Iwonki zaczęła przynosić owoce; mięsień czworoboczny się wzmocnił, Gluteus Maximus zaczął się odradzać; joga poprawiła ukrwienie nogi; chodziłam, biegałam, prowadziłam samochód, tańczyłam u Kuby na weselu;
- od kwietnia rotacja zaczęła siadać; Iwonka kładła to na karb zbyt intensywnej jogi, na której chętnie przekraczam własne granice; żeby jeszcze milimetr dalej, żeby jeszcze pięć sekund wytrzymać; no bo taka jestem;
- żeby dociec przyczyny siadania rotacji, Iwonka postanowiła mnie zbadać per rectum; wzbraniałam się, bo myślę sobie: ok, dużo przeżyłam, ale palca w dupie to jeszcze z Eugenią nie miałyśmy; ale się złamałam; badanie wykazało, że nie chodzi o zanik żadnego mięśnia; to kość, kość mi to uczyniła; Iwonka kazała na rentgen;
- czułam, że nie będzie dobrze; może dlatego odkładałam pójście do lekarza; w końcu poprosiłam o skierowanie mojego ginekologa, do którego wreszcie zgłosiłam się celem odbioru wyników cytologii;
- badanie przyniosło taki oto opis:
No i co, Kasiu?
Dlaczego płaczesz?
Przecież rozumiesz każde słowo z opisu. Każdziusieńkie.
Przecież zwężenie szpary stawowej masz od lat; po prostu źle kość wstawili na swoje miejsce. A sklerotyzacja podchrzęstna? No w tomografii u doktora Batmana już to było, nic nowego. Zresztą, jeśli głowa kości udowej może mieć migrenę, to nie może mieć sklerozy? Kaman, trochę wyobraźni.
Zniekształcenie? Pff, przecież nie ufasz temu, co idealne, prawda?
Zmiany zwyrodnieniowe - czy tego nie słyszysz od dziecka? Miały je ciotki, koleżanki ciotek, mieli je wujkowie, biegacze, artyści z pierwszych stron gazet. Nie masz w sobie niczego wyjątkowego.
Zwapnienie, tak. Bo moja choroba nie umie zarządzać jonami wapnia. Znam prezesów, którzy nie potrafią zarządzać firmą, a jednak jeżdżą samochodami, za który można kupić dwa apartamenty na Mokotowie, i co?
Zanik kostny? No a Encorton? nie pamiętasz? Po nim miałaś galopującą osteoporozę. Co, że tak sobie pozwolę przypomnieć, zaliczyłaś przed trzydziestką, a nie, jak siostra twojej Babci, po osiemdziesiątce.
Ankyloza stawu krzyżowo-biodrowego. Och, doprawdy, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa brzmi przecież bardziej kalecząco dla ucha. "Ankyloza" to imię jak dla greckiej nimfy. Albo siostry zakonnej.
Więc dlaczego płaczesz?
Patrzę sobie wzrokiem laika i widzę to wszystko, o czym powyżej. Myślę sobie: ok, tyle nakurwiałam, to jeszcze pociągnę. Na czterdzieste urodziny sprawię sobie nowe biodro, a co, należy mi się i kto bogatemu zabroni. Czyli mamy siedem lat. Kupa czasu, może jeszcze jeden kierunek studiów skończę, bo Afgańska Siostra czwarty zaczęła, czuję się przy Niej debilem. No i łazienkę wyremontuję, kuchnię może - przez pięć lat odkładania każdego grosza powinno mnie być stać na średni standard z Ikei. Będę miała wreszcie piekarnik. A może uda mi się jeszcze do Maroka pojechać. i do Izraela. Będę chodzić na jogę trzy razy w tygodniu i regenerować się za czworo. Zrobię sobie trzy iniekcje z osocza bogatopłytkowego. Będę łykać wszystkie dostępne na rynku suplementy diety, przejdę na dietę całkowicie wegańską, wyeliminuję cukier, imbir z cytryną i kurkumą będę piła sześć razy dziennie. Kawę nawet ograniczę. Piję już tylko dwie dziennie, trudno, będzie jedna. Wytrzymam. Tyle wytrzymałam.
Iwonka ma infekcję, oprócz tego jest w trakcie rozwodu (zaprawdę, powiadam Wam, nie proście mnie nigdy na świadka, bo wówczas małżeństwo źle rokuje. Jak świadkowałam u Iwonki, małżeństwo nawet roku w zgodzie nie przetrwało), więc postanowiła nie oplatać. I orzekła, co następuje:
"Nie, Kasiu. Sytuacja jest dramatyczna. Powinnaś być operowana natychmiast. W tej sytuacji nie będziesz na wszczepienie endoprotezy czekać trzech lat, tylko znacznie krócej. Kość jest martwa. Rotacja w błyskawicznym tempie spada. Skutkuje to zmianą biomechaniki ciała. Obciążasz nadmiernie kręgosłup, miednicę, kolano i kostkę. Za chwilę i te stawy zaczną się deformować pod wpływem źle rozłożonych sił. Poza tym kość w każdej chwili może pęknąć. Szpary międzystawowej prawie nie ma. W okresie zaostrzenia choroby nerwy ocierają się o zwapnienia. Kość nie jest odżywiana. Za chwilę mięśnie przestaną być odżywiane, więc największe mięśnie zaczną zanikać. Wówczas może przyjść moment, że nie będę w stanie ci pomóc. W przyszłym tygodniu umów się na wizytę do lekarza z Otwocka, bo w Instytucie mają złych operatorów. Będę z tobą. Przejdziemy przez to razem".
Międlę w ustach siarczystą kurwę. Słyszę znajomy pisk jak po wybuchu bomby. Mam ochotę rzucić się na Iwonę i ją pobić. A potem paść jej do nóg i przepraszać.
Widzę Babcię przy stole ze splecionymi rękami, pełen nienawiści wzrok mojej mamy, czuję zapach przesiąkniętego krwią bandaża, dotyk konika, po którym się wspinałam, żeby podnieść się z łóżka po operacji, kiedy byłam dzieckiem, fakturę szyny podłożonej pod moje biodro, dotyk basenu, który podkładała mi niewprawnie mama i przez to zdzierała mi skórę na rozpulchnionych od leżenia pośladkach, czuję na sobie pełen sadyzmu wzrok lekarza, kiedy jednym ruchem odsłania kołdrę, a ja leżę bez majtek i warczy: "zegnij kolano!", czuję, jak dren spomiędzy przeciętych mięśni wysuwa się z rany, a pielęgniarka opatrunkowa na widok mojej blizny mówi do koleżanki: "o kurwa, jak świnię ją rozerżnęli", widzę niedomyte włosy rehabilitantki, która krzyczy na mnie, kiedy stoję po raz pierwszy od miesiąca na jednej nodze, nie umiem obsługiwać kul, a ona każe mi po schodach wejść o jednej - kiedy płaczę ze strachu, ta podnosi głos i syczy: " no i co? mamusia sędzia, a ty taka idiotka?", potem widzę mojego oprawcę, który w gabinecie z ironicznym uśmiechem na pożegnanie mówi do mnie: "no, to przyjdź, jak cię drugie biodro zaboli, bo ta choroba lubi chodzić parami, hehe", słyszę pikanie lasera skierowanego na bliznę, potem czuję zapach okładki książki, którą czytam, leżąc w polu magnetycznym, widzę nieskończenie wysokie schody w szkole, do której wróciłam o kulach, a na koniec widzę wzrok Doktora Majkela, który mówi: "tak się bałem, że mi pani umrze".
I nadal mam ochotę płakać i krzyczeć, drapać i pluć, zabić być może. Ale słyszę tylko swój żałosny, zalękniony charkot:
- Ale może chociaż łazienkę zrobię.
Jakimże dziełem jest człowiek. Że nawet jak duszą o beton zaryje, to nie wiadomo kiedy mimo wszystko się podniesie.
Jak po śmierci Babci - włączył mi się tryb zadaniowy. Myślę o wszystkim naraz, dlatego póki co nic z tego myślenia nie wyjdzie. Bo najpierw muszę wyznaczyć datę operacji. Czyli zgłosić się do operatora. Uzgodnić odstawienie leczenia biologicznego z Instytutem. Bo podczas leczenia biologicznego operować nie można - wykrwawię się albo skończy się sepsą.
Na czas bez leku biologicznego muszę chyba jako ateistka zacząć się modlić, żeby nie przyszedł rzut, bo w trakcie zaostrzenia choroby nikt mnie nie zoperuje.
Trzeba dostosować łazienkę do możliwości albo ich braku. Podnieść sedes. Zainstalować uchwyty do siadania. Oraz siedzonko pod prysznic. Czyli moim zadaniem jest natychmiastowe znalezienie ekipy remontowej. I wyżebranie pieniędzy PFRONu o dofinansowanie remontu.
Nie mogę zawieść uczestników projektu Piotra Sobika. Których tak pięknie sfotografował. Mnie też sfotografował. Obiecałam Im Wszystkim, że zredaguję album. I że zrobię to najlepiej, jak potrafię. Choćbym miała wydawcy przegryźć tętnicę. Bo to dla nich ważne. A dla mnie fundamentalne.
Zapisałam się na drugą edycję kursu literackiego Mikołaja Grynberga. Choćby nie wiem co, skończę ten kurs.
Muszę za wszelką cenę zarobić mnóstwo pieniędzy. Brać każde zlecenie. Bo nie mam pojęcia, przez ile czasu będę na zwolnieniu lekarskim, a moja umowa o pracę została tak skonstruowana, żeby pracodawca broń Boże nie płacił nadmiernie za moją nieobecność. Zostanę więc z wypłatą na poziomie najniższej renty. Wówczas nawet nie będę miała jak za to umrzeć. A po operacji będę potrzebowała tysięcy, żeby powrócić do sprawności. Na mamę nie mam co liczyć. Być może będę musiała opłacać kogoś do pomocy w domu. Bo zakupy może i zrobię do plecaka. Ale przy kuchni nie wystoję. Do biblioteki nie pójdę. Samochodu nie będę prowadzić długo. Będę wyautowana, wyłączona. Zdeklasowana. Niekompletna. Niepotrzebna. Zależna. Kaleka.
Daję sobie rok. Od teraz. Zaczynam odliczanie. O, kości udowa, wytrzymaj. Tyle czasu wytrzymałaś. Teraz też wytrzymasz. Jeszcze tylko rok. Album. Remont łazienki. Zlecenia.
Czyli: rozejm. Ocalamy Rygę, przytrzymamy Inflanty.
Iwonka mówi, że to niemożliwe.
No to watch me.
Tyle się działo przez ostatnie miesiące. Od śmierci Babci tyle się wydarzyło. Tyle śmierć uwolniła, tyle przyniosła. Każdego dnia czuję Babci obecność. Czasami karcące spojrzenie. Z drugiej strony - nie mam się co czarować - Babcia żyje we mnie. Żadnego nieba nie ma. A jeśli nie ma nieba, nie ma też piekła. Nie mam więc dokąd po śmierci trafić. Jedyne, co mam, to czas tu, na ziemi.
Zatem od grudnia ubiegłego roku znacznie częściej niż zazwyczaj czułam radość, śmiałam się, płakałam pełnym głosem i doznawałam wzruszeń. Widziałam się z Anią i Henryczkiem, który jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie i najmądrzejszym, poznałam Anitę, widziałam się z Natalią na plaży w Gdyni, hekluję właśnie kocyk dla jej córeczki Zojki, która na przekór światowej podłości chce ją rozjaśnić swoją obecnością w listopadzie. Skończyłam warsztaty literackie u Mikołaja Grynberga i za swój tekst przeczytany na głos dostałam wielkie brawa. Tak wielkie, że prawie rozerwały mi klatkę piersiową. Zapisałam się na kolejną edycję warsztatów. Niech się dzieje wola nieba. Wzięłam udział w kampanii społecznej, którą firmowałam nie tylko moim nazwiskiem, ale i wizerunkiem, działania ewoluują, w planach jest album pod moją redakcją. Dostałam mnóstwo prezentów od życia, wielu ludzi zniknęło, ale straty mam ostatecznie nieliczne. Co nie znaczy, że nie bolą.
Posypały mi się zlecenia na dodatkową pracę, orałam od kwietnia do teraz bez ustanku, po dwadzieścia godzin na dobę. Praca jest zawsze dobrą odpowiedzią na wszystkie bolączki od życia, traumy i niedogodności. Jeśli, oczywiście, jest dostępna. Może dlatego od dziecka mam tak, że bezczynnie nie usiedzę. Jestem smutna, odkąd pamiętam.
Najnowsze doniesienia biodrowe są złe. Iwonka pewnie określiłaby je jako "katastrofalne", ale szkolenie na kursie Rakowskiego nie pozwala jej tego powiedzieć na głos. Niestety, oczu nie zakryje przede mną. W jej oczach widać wszystko.
A walczyłam, byłam taka dzielna przecież.
Przypomniały mi się lekcje historii. To może tak zacznę. Jak na lekcjach u pani Stańskiej.
Przyczyny wojny trzydziestoletniej:
- w wyniku ataku choroby autoimmunologicznej w 12. roku życia nastąpiło złuszczenie głowy kości udowej lewej;
- etiopatologia choroby pozostała nieznana do czasu mojej pierwszej diagnozy w Instytucie Reumatologii 5 lat temu;
- żaden z ortopedów, do których mama mnie zaprowadziła (no dobra, zaprowadziła mnie tylko do jednego), nie dociekał przyczyn; chciał tylko ciąć;
- zatem pocięli mnie, w prowincjonalnym szpitalu, pod nieprofesjonalnym sprzętem; w trakcie zabiegu od sprzętu renthenowskiego odpadały nóżki; operator zakrwawionymi rękawiczkami przykręcał je w sali operacyjnej, po czym płynnie przeszedł do grzebania w moim biodrze;
- pierwsza operacja trwała osiem godzin; byłam małą dziewczynką; nie wiedziałam, co mnie czeka;tyle upokorzeń i leżenia plackiem bez ruchu przez miesiąc;
- operacja polegała na repozycji kości (starła się cała chrzęść, noga wyszła ze stawu, prawie ją zgubiłam; kiedy skarżyłam się na ból i utykałam, mama mówiła, że histeryzuję, bo nie chce mi się ćwiczyć na wuefie; co było częściowo prawdą - nie chciałam ćwiczyć na wuefie, bo nie mogłam wybić się lewą nogą i przeskoczyć przez tyczkę; i dzieci się ze mnie śmiały, że jestem łamaga; ale mama w mój ból też nie wierzyła;) i wstawieniu pięciu drutów Kirschnera; wyglądają trochę jak druty do szaszłyków; wstawili je krzywo; gdybym zaczęła z nimi obciążać nogę, pękłyby; wówczas do wymiany byłaby cała kość i fragment miednicy;
- w związku z tym, że spieprzyli pierwszą operację, po sześciu dniach położyli mnie ponownie na stół celem reoperacji; wyjęli dwa druty, pozostałe podciągnęli; jak się okazało - to i tak nie wystarczyło; końska dawka narkozy spowodowała u mnie zapaść; wybudzała mnie pielęgniarka z bardzo grubym warkoczem i błękitnym tuszem do rzęs; prała mnie po twarzy na OIOMie, krzycząc: "obudź się, gówniaro!";
- ponieważ po roku chodzenia o kulach w okresie wzrostu zapowiedziałam mamie, że żadnemu lekarzowi z wybieranych przez nią nie dam się już dotknąć, zażądałam zawiezienia mnie do profesora z Drewnowskiej w Łodzi; profesor Marek postanowił, że druty trzeba wpizdu wyjąć; jak powiedział, tak zrobił; po dwóch tygodniach chodziłam bez kul; a po roku weszłam na Giewont;
- żyłam; zdawałam maturę, dostałam się na studia, zaliczyłam katastrofalny związek z psychopatą-alkoholikiem, adoptowałam psa, dostałam pracę, przeprowadziłam się do stolicy;
- sześć lat temu bolało już tak, że mało nie oszalałam; więc znów zgłosiłam się do profesora; powiedział, że to zwyrodnienia powierzchni stawowej i zrobił artroskopię; nie dociekał przyczyn zniszczeń powierzchni stawowej; po operacji rozszalał się rzut; wreszcie wiedziałam, co mi jest;
- wielomiesięczna rehabilitacja u Iwonki zaczęła przynosić owoce; mięsień czworoboczny się wzmocnił, Gluteus Maximus zaczął się odradzać; joga poprawiła ukrwienie nogi; chodziłam, biegałam, prowadziłam samochód, tańczyłam u Kuby na weselu;
- od kwietnia rotacja zaczęła siadać; Iwonka kładła to na karb zbyt intensywnej jogi, na której chętnie przekraczam własne granice; żeby jeszcze milimetr dalej, żeby jeszcze pięć sekund wytrzymać; no bo taka jestem;
- żeby dociec przyczyny siadania rotacji, Iwonka postanowiła mnie zbadać per rectum; wzbraniałam się, bo myślę sobie: ok, dużo przeżyłam, ale palca w dupie to jeszcze z Eugenią nie miałyśmy; ale się złamałam; badanie wykazało, że nie chodzi o zanik żadnego mięśnia; to kość, kość mi to uczyniła; Iwonka kazała na rentgen;
- czułam, że nie będzie dobrze; może dlatego odkładałam pójście do lekarza; w końcu poprosiłam o skierowanie mojego ginekologa, do którego wreszcie zgłosiłam się celem odbioru wyników cytologii;
- badanie przyniosło taki oto opis:
No i co, Kasiu?
Dlaczego płaczesz?
Przecież rozumiesz każde słowo z opisu. Każdziusieńkie.
Przecież zwężenie szpary stawowej masz od lat; po prostu źle kość wstawili na swoje miejsce. A sklerotyzacja podchrzęstna? No w tomografii u doktora Batmana już to było, nic nowego. Zresztą, jeśli głowa kości udowej może mieć migrenę, to nie może mieć sklerozy? Kaman, trochę wyobraźni.
Zniekształcenie? Pff, przecież nie ufasz temu, co idealne, prawda?
Zmiany zwyrodnieniowe - czy tego nie słyszysz od dziecka? Miały je ciotki, koleżanki ciotek, mieli je wujkowie, biegacze, artyści z pierwszych stron gazet. Nie masz w sobie niczego wyjątkowego.
Zwapnienie, tak. Bo moja choroba nie umie zarządzać jonami wapnia. Znam prezesów, którzy nie potrafią zarządzać firmą, a jednak jeżdżą samochodami, za który można kupić dwa apartamenty na Mokotowie, i co?
Zanik kostny? No a Encorton? nie pamiętasz? Po nim miałaś galopującą osteoporozę. Co, że tak sobie pozwolę przypomnieć, zaliczyłaś przed trzydziestką, a nie, jak siostra twojej Babci, po osiemdziesiątce.
Ankyloza stawu krzyżowo-biodrowego. Och, doprawdy, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa brzmi przecież bardziej kalecząco dla ucha. "Ankyloza" to imię jak dla greckiej nimfy. Albo siostry zakonnej.
Więc dlaczego płaczesz?
Patrzę sobie wzrokiem laika i widzę to wszystko, o czym powyżej. Myślę sobie: ok, tyle nakurwiałam, to jeszcze pociągnę. Na czterdzieste urodziny sprawię sobie nowe biodro, a co, należy mi się i kto bogatemu zabroni. Czyli mamy siedem lat. Kupa czasu, może jeszcze jeden kierunek studiów skończę, bo Afgańska Siostra czwarty zaczęła, czuję się przy Niej debilem. No i łazienkę wyremontuję, kuchnię może - przez pięć lat odkładania każdego grosza powinno mnie być stać na średni standard z Ikei. Będę miała wreszcie piekarnik. A może uda mi się jeszcze do Maroka pojechać. i do Izraela. Będę chodzić na jogę trzy razy w tygodniu i regenerować się za czworo. Zrobię sobie trzy iniekcje z osocza bogatopłytkowego. Będę łykać wszystkie dostępne na rynku suplementy diety, przejdę na dietę całkowicie wegańską, wyeliminuję cukier, imbir z cytryną i kurkumą będę piła sześć razy dziennie. Kawę nawet ograniczę. Piję już tylko dwie dziennie, trudno, będzie jedna. Wytrzymam. Tyle wytrzymałam.
Iwonka ma infekcję, oprócz tego jest w trakcie rozwodu (zaprawdę, powiadam Wam, nie proście mnie nigdy na świadka, bo wówczas małżeństwo źle rokuje. Jak świadkowałam u Iwonki, małżeństwo nawet roku w zgodzie nie przetrwało), więc postanowiła nie oplatać. I orzekła, co następuje:
"Nie, Kasiu. Sytuacja jest dramatyczna. Powinnaś być operowana natychmiast. W tej sytuacji nie będziesz na wszczepienie endoprotezy czekać trzech lat, tylko znacznie krócej. Kość jest martwa. Rotacja w błyskawicznym tempie spada. Skutkuje to zmianą biomechaniki ciała. Obciążasz nadmiernie kręgosłup, miednicę, kolano i kostkę. Za chwilę i te stawy zaczną się deformować pod wpływem źle rozłożonych sił. Poza tym kość w każdej chwili może pęknąć. Szpary międzystawowej prawie nie ma. W okresie zaostrzenia choroby nerwy ocierają się o zwapnienia. Kość nie jest odżywiana. Za chwilę mięśnie przestaną być odżywiane, więc największe mięśnie zaczną zanikać. Wówczas może przyjść moment, że nie będę w stanie ci pomóc. W przyszłym tygodniu umów się na wizytę do lekarza z Otwocka, bo w Instytucie mają złych operatorów. Będę z tobą. Przejdziemy przez to razem".
Międlę w ustach siarczystą kurwę. Słyszę znajomy pisk jak po wybuchu bomby. Mam ochotę rzucić się na Iwonę i ją pobić. A potem paść jej do nóg i przepraszać.
Widzę Babcię przy stole ze splecionymi rękami, pełen nienawiści wzrok mojej mamy, czuję zapach przesiąkniętego krwią bandaża, dotyk konika, po którym się wspinałam, żeby podnieść się z łóżka po operacji, kiedy byłam dzieckiem, fakturę szyny podłożonej pod moje biodro, dotyk basenu, który podkładała mi niewprawnie mama i przez to zdzierała mi skórę na rozpulchnionych od leżenia pośladkach, czuję na sobie pełen sadyzmu wzrok lekarza, kiedy jednym ruchem odsłania kołdrę, a ja leżę bez majtek i warczy: "zegnij kolano!", czuję, jak dren spomiędzy przeciętych mięśni wysuwa się z rany, a pielęgniarka opatrunkowa na widok mojej blizny mówi do koleżanki: "o kurwa, jak świnię ją rozerżnęli", widzę niedomyte włosy rehabilitantki, która krzyczy na mnie, kiedy stoję po raz pierwszy od miesiąca na jednej nodze, nie umiem obsługiwać kul, a ona każe mi po schodach wejść o jednej - kiedy płaczę ze strachu, ta podnosi głos i syczy: " no i co? mamusia sędzia, a ty taka idiotka?", potem widzę mojego oprawcę, który w gabinecie z ironicznym uśmiechem na pożegnanie mówi do mnie: "no, to przyjdź, jak cię drugie biodro zaboli, bo ta choroba lubi chodzić parami, hehe", słyszę pikanie lasera skierowanego na bliznę, potem czuję zapach okładki książki, którą czytam, leżąc w polu magnetycznym, widzę nieskończenie wysokie schody w szkole, do której wróciłam o kulach, a na koniec widzę wzrok Doktora Majkela, który mówi: "tak się bałem, że mi pani umrze".
I nadal mam ochotę płakać i krzyczeć, drapać i pluć, zabić być może. Ale słyszę tylko swój żałosny, zalękniony charkot:
- Ale może chociaż łazienkę zrobię.
Jakimże dziełem jest człowiek. Że nawet jak duszą o beton zaryje, to nie wiadomo kiedy mimo wszystko się podniesie.
Jak po śmierci Babci - włączył mi się tryb zadaniowy. Myślę o wszystkim naraz, dlatego póki co nic z tego myślenia nie wyjdzie. Bo najpierw muszę wyznaczyć datę operacji. Czyli zgłosić się do operatora. Uzgodnić odstawienie leczenia biologicznego z Instytutem. Bo podczas leczenia biologicznego operować nie można - wykrwawię się albo skończy się sepsą.
Na czas bez leku biologicznego muszę chyba jako ateistka zacząć się modlić, żeby nie przyszedł rzut, bo w trakcie zaostrzenia choroby nikt mnie nie zoperuje.
Trzeba dostosować łazienkę do możliwości albo ich braku. Podnieść sedes. Zainstalować uchwyty do siadania. Oraz siedzonko pod prysznic. Czyli moim zadaniem jest natychmiastowe znalezienie ekipy remontowej. I wyżebranie pieniędzy PFRONu o dofinansowanie remontu.
Nie mogę zawieść uczestników projektu Piotra Sobika. Których tak pięknie sfotografował. Mnie też sfotografował. Obiecałam Im Wszystkim, że zredaguję album. I że zrobię to najlepiej, jak potrafię. Choćbym miała wydawcy przegryźć tętnicę. Bo to dla nich ważne. A dla mnie fundamentalne.
Zapisałam się na drugą edycję kursu literackiego Mikołaja Grynberga. Choćby nie wiem co, skończę ten kurs.
Muszę za wszelką cenę zarobić mnóstwo pieniędzy. Brać każde zlecenie. Bo nie mam pojęcia, przez ile czasu będę na zwolnieniu lekarskim, a moja umowa o pracę została tak skonstruowana, żeby pracodawca broń Boże nie płacił nadmiernie za moją nieobecność. Zostanę więc z wypłatą na poziomie najniższej renty. Wówczas nawet nie będę miała jak za to umrzeć. A po operacji będę potrzebowała tysięcy, żeby powrócić do sprawności. Na mamę nie mam co liczyć. Być może będę musiała opłacać kogoś do pomocy w domu. Bo zakupy może i zrobię do plecaka. Ale przy kuchni nie wystoję. Do biblioteki nie pójdę. Samochodu nie będę prowadzić długo. Będę wyautowana, wyłączona. Zdeklasowana. Niekompletna. Niepotrzebna. Zależna. Kaleka.
Daję sobie rok. Od teraz. Zaczynam odliczanie. O, kości udowa, wytrzymaj. Tyle czasu wytrzymałaś. Teraz też wytrzymasz. Jeszcze tylko rok. Album. Remont łazienki. Zlecenia.
Czyli: rozejm. Ocalamy Rygę, przytrzymamy Inflanty.
Iwonka mówi, że to niemożliwe.
No to watch me.
czwartek, 1 lutego 2018
Mamo. Bólu. Rozłąko
Napisała do mnie autorka. Kilka lat temu zrecenzowałam jej książkę. Teraz wydała zbiór wierszy. Wiersze niedzisiejsze, więc nikt nie chce czytać, a co dopiero pisać o nich. Poprosiła mnie o lekturę tomu. I przypomniała mi to, co napisałam pięć lat temu. Pięć lat temu.
Babciu, czy już wtedy przygotowywałaś mnie na swoją Śmierć?
Nadal nie wierzę, że to ja napisałam.
Ile odwagi trzeba, żeby napisać śmierć? W jakich szkołach zdobywać wiedzę, żeby nauczyć się jej na pamięć, uodpornić na jej wątpliwy sens, uporządkować wspomnienia? Czy jest taka religia, która unieśmiertelnia w słowie?
Nie wiem nic o Annie Augustyniak. A w zasadzie niewiele. Ostatecznie nie ma to znaczenia. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Jeśli autorkę utożsamić z narratorką „Kochałam, kiedy odeszła”, dowiadujemy się, że towarzyszyła odejściu swojej matki. Przez długi czas. Mama przez dwadzieścia lat i trzy miesiące chorowała na raka piersi z przerzutami do kości. Książka jest zapisem wspomnień z ostatniej drogi, wzajemnego uczenia się siebie i bolesnej lekcji stawiania pytań najprostszych.
Książka jest utkana z cierpienia własnego i odchodzącej matki. I z pamięci, która jest tym, co wydaje się, że zapomnieliśmy. I dlatego boli. Wyrzutem, że „innej drogi do wieczności nie ma. Tylko po trupach”. I hołdem złożonym Tej, która urodziła.
„Kochałam, kiedy odeszła” to również dyskusja z Bogiem. A ta, jak wiemy, wymaga odpowiedniego doboru słów. Augustyniak sięga zarówno po święte księgi, psalmy, modlitwy, teksty kultury i popkultury. Spłowiałe klisze językowe odżywają na kartach tej książki i znów blakną w obliczu utraty kogoś, komu się życie zawdzięcza. Bo przecież swoje ciało zawdzięczamy innemu ciału. Bez niego nie ma życia, przez nie staje się śmierć. Choć tak kruche i na cierpienie podatne, jest tym, dzięki czemu określamy siebie jako ludzi. Nieznośny fizyczny ciężar odchodzenia otwiera nam skrzypiące drzwi metafizycznych znaczeń.
Kiedy jednak pojawia się śmierć, i język zdaje się zamierać. Matka leśmianowsko zaistniewa w okruchach, obrazach, szczątkach i fantomach: „Cieni wypatruję na schodach, naściennych migotań, nagłych skrzeń między szybami w oknach. Oczekuję twojego przyjścia w nowiu. (…) W każdej formie cię chcę, tylko nie umarłą”. Wspomnienia bronią się przed złowieszczą fizjologią, powieleniem pamięci ciała, które przegrało nierówną walkę z rakiem. Cielesna powłoka prowadzi na drugą stronę, ale jednocześnie jest tym, co w doczesnym życiu najbardziej ukochaliśmy. Daje poczucie prawdziwego istnienia, potwierdza je, ale gwarantuje nam też, że ze śmiercią jednak w jakimś sensie przegramy. Smutny, piekący, cielesny paradoks.
W centrum wspomnień znajduje się Matka, żywicielka, obecna od początku, istniejąca nawet wtedy, kiedy już jej nie ma: „moja cielesność jest boska. Żeby nie pozostała w ukryciu, matka musiała umrzeć.” Namaszczona kobiecością matka jest wywyższona i poniżona. Jej ciało daje życie, ale i daje śmierć. Nie traci przy tym jednak nic ze swojej boskości. Takie spojrzenie, zarówno pozbawione nadmiernego sentymentalizmu, jak i brutalizacji, przypomina konwencję „W imię Matki” autorstwa Erriego de Luki, włoskiego pisarza, którego zaledwie dwie książki możemy przeczytać w języku polskim. W jego książce ciało Miriam nie tylko jest tymczasowym mieszkaniem Zbawiciela, jest przede wszystkim ludzką własnością, choć i ludzkim przekleństwem.
Forma książki przypomina trochę cykl trenów, trochę dziennik, trochę wspomnienia z podróży. Wpisuje się w nurt literatury funeralnej, starej jak ludzkość, a przez to wiecznie żywej. Przykłady można mnożyć, tak jak mnożą się śmierci. Bo każda jest niesprawiedliwa, jeśli dotyczy ukochanej osoby. Począwszy od „Trenów” Kochanowskiego, przez Różewicza „Matka odchodzi”, aż po rozdzierającą książkę napisaną po śmierci ukochanej córeczki Holendra P.F. Thomese „Cień dziecka” rozpościera się literacki całun, który ma ukoić stratę. Jednym z najcenniejszych i najbardziej przejmujących świadectw oswajania śmierci, czyli przeżywania żałoby, jest „Smutek” Clive'a Staplesa Lewisa, w Polsce znanego jako autora „Kronik Narnii”. Dla mnie najważniejszym wnioskiem, który zapamiętałam z jego wspomnień po śmierci żony, było zdanie „częścią każdego cierpienia jest cień lub odbicie tego cierpienia; fakt, że nie tylko cierpisz, ale także musisz wciąż o tym myśleć.” To paradoks: „Kochałam, kiedy odeszła” zdaje się pełnić funkcję terapeutyczną, ale bez powtórnego przeżycia bólu i wspomnienia bólu nie ma rekonwalescencji. Musi być zwielokrotniony, przeżyty każdego dnia na nowo, w każdym wspomnieniu, w każdym przebłysku nieustannej obecności, w pojedynczym wyrzucie sumienia, że można było zrobić więcej i lepiej. Cudom towarzyszą cierpienia, ale cierpieniu nie zawsze cuda. Jak na zbawienie czeka się na rozdarcie nieba, apokaliptyczne trąby, pęknięcie ziemi. A tu tylko cisza, słońce, powtarzalne czynności pogrzebowe i żadnych światowych zgliszcz. Całopalenie, ciało-palenie, gorączka oczekiwania i bezsilności – to odczucia pojedyncze, nienazwane i nieopisane, a mimo tego wspólne. Każdy z nas przeżywał kiedyś żałobę, każdemu wydaje się pojedynczym końcem świata, a tymczasem niebo takie tragedie wchłania od wieków błękitnym okiem. „Kochałam, kiedy odeszła” jest także zapisem skargi na nieuchronność ludzkiego losu.
Widać tu rękę reportera, ale i humanisty, który gniewa się, że lata w bibliotekach nie dają właściwego oręża do słownej walki z tym, co nieuniknione. Zapis odprowadzania własnej matki i współodczuwanie w jej drodze krzyżowej wymagają wielkiej odwagi i ciągłego podważania krawędzi bolesnej rany. Z drugiej strony to niezbędne, żeby ją oczyścić, odchodzenie w sobie przepracować, „stworzyć z materii cierpienia/ rzecz albo osobę”. Przed założeniem Rzymu i po założeniu pękała skóra, otwierały się rany, za Rembrandta i za Moneta przeprowadzano mniej lub bardziej udane amputacje, ból wciąż szarpał i rozrywał na strzępy, a pomoc drugiego człowieka nie była w stanie przekroczyć progu nadziei cierpiącego. O tym także jest ta książka.
Jak to jest, że cierpienie wieńczy wszystkie intymne relacje międzyludzkie i jest ceną, jaką płacimy za nasze prawo do miłości? Tę książkę trzeba sobie dozować. Z różnych powodów. Przewaga literatury nad śmiercią polega na możliwości wyboru. Cierpienie z kolei wymaga większej odwagi niż śmierć. Poruszające, odważne, prawdziwe świadectwo tego, co nazywamy człowieczeństwem.
Anna Augustyniak, "Kochałam, kiedy odeszła", Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013.
Babciu, czy już wtedy przygotowywałaś mnie na swoją Śmierć?
Nadal nie wierzę, że to ja napisałam.
Ile odwagi trzeba, żeby napisać śmierć? W jakich szkołach zdobywać wiedzę, żeby nauczyć się jej na pamięć, uodpornić na jej wątpliwy sens, uporządkować wspomnienia? Czy jest taka religia, która unieśmiertelnia w słowie?
Nie wiem nic o Annie Augustyniak. A w zasadzie niewiele. Ostatecznie nie ma to znaczenia. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Jeśli autorkę utożsamić z narratorką „Kochałam, kiedy odeszła”, dowiadujemy się, że towarzyszyła odejściu swojej matki. Przez długi czas. Mama przez dwadzieścia lat i trzy miesiące chorowała na raka piersi z przerzutami do kości. Książka jest zapisem wspomnień z ostatniej drogi, wzajemnego uczenia się siebie i bolesnej lekcji stawiania pytań najprostszych.
Książka jest utkana z cierpienia własnego i odchodzącej matki. I z pamięci, która jest tym, co wydaje się, że zapomnieliśmy. I dlatego boli. Wyrzutem, że „innej drogi do wieczności nie ma. Tylko po trupach”. I hołdem złożonym Tej, która urodziła.
„Kochałam, kiedy odeszła” to również dyskusja z Bogiem. A ta, jak wiemy, wymaga odpowiedniego doboru słów. Augustyniak sięga zarówno po święte księgi, psalmy, modlitwy, teksty kultury i popkultury. Spłowiałe klisze językowe odżywają na kartach tej książki i znów blakną w obliczu utraty kogoś, komu się życie zawdzięcza. Bo przecież swoje ciało zawdzięczamy innemu ciału. Bez niego nie ma życia, przez nie staje się śmierć. Choć tak kruche i na cierpienie podatne, jest tym, dzięki czemu określamy siebie jako ludzi. Nieznośny fizyczny ciężar odchodzenia otwiera nam skrzypiące drzwi metafizycznych znaczeń.
Kiedy jednak pojawia się śmierć, i język zdaje się zamierać. Matka leśmianowsko zaistniewa w okruchach, obrazach, szczątkach i fantomach: „Cieni wypatruję na schodach, naściennych migotań, nagłych skrzeń między szybami w oknach. Oczekuję twojego przyjścia w nowiu. (…) W każdej formie cię chcę, tylko nie umarłą”. Wspomnienia bronią się przed złowieszczą fizjologią, powieleniem pamięci ciała, które przegrało nierówną walkę z rakiem. Cielesna powłoka prowadzi na drugą stronę, ale jednocześnie jest tym, co w doczesnym życiu najbardziej ukochaliśmy. Daje poczucie prawdziwego istnienia, potwierdza je, ale gwarantuje nam też, że ze śmiercią jednak w jakimś sensie przegramy. Smutny, piekący, cielesny paradoks.
W centrum wspomnień znajduje się Matka, żywicielka, obecna od początku, istniejąca nawet wtedy, kiedy już jej nie ma: „moja cielesność jest boska. Żeby nie pozostała w ukryciu, matka musiała umrzeć.” Namaszczona kobiecością matka jest wywyższona i poniżona. Jej ciało daje życie, ale i daje śmierć. Nie traci przy tym jednak nic ze swojej boskości. Takie spojrzenie, zarówno pozbawione nadmiernego sentymentalizmu, jak i brutalizacji, przypomina konwencję „W imię Matki” autorstwa Erriego de Luki, włoskiego pisarza, którego zaledwie dwie książki możemy przeczytać w języku polskim. W jego książce ciało Miriam nie tylko jest tymczasowym mieszkaniem Zbawiciela, jest przede wszystkim ludzką własnością, choć i ludzkim przekleństwem.
Forma książki przypomina trochę cykl trenów, trochę dziennik, trochę wspomnienia z podróży. Wpisuje się w nurt literatury funeralnej, starej jak ludzkość, a przez to wiecznie żywej. Przykłady można mnożyć, tak jak mnożą się śmierci. Bo każda jest niesprawiedliwa, jeśli dotyczy ukochanej osoby. Począwszy od „Trenów” Kochanowskiego, przez Różewicza „Matka odchodzi”, aż po rozdzierającą książkę napisaną po śmierci ukochanej córeczki Holendra P.F. Thomese „Cień dziecka” rozpościera się literacki całun, który ma ukoić stratę. Jednym z najcenniejszych i najbardziej przejmujących świadectw oswajania śmierci, czyli przeżywania żałoby, jest „Smutek” Clive'a Staplesa Lewisa, w Polsce znanego jako autora „Kronik Narnii”. Dla mnie najważniejszym wnioskiem, który zapamiętałam z jego wspomnień po śmierci żony, było zdanie „częścią każdego cierpienia jest cień lub odbicie tego cierpienia; fakt, że nie tylko cierpisz, ale także musisz wciąż o tym myśleć.” To paradoks: „Kochałam, kiedy odeszła” zdaje się pełnić funkcję terapeutyczną, ale bez powtórnego przeżycia bólu i wspomnienia bólu nie ma rekonwalescencji. Musi być zwielokrotniony, przeżyty każdego dnia na nowo, w każdym wspomnieniu, w każdym przebłysku nieustannej obecności, w pojedynczym wyrzucie sumienia, że można było zrobić więcej i lepiej. Cudom towarzyszą cierpienia, ale cierpieniu nie zawsze cuda. Jak na zbawienie czeka się na rozdarcie nieba, apokaliptyczne trąby, pęknięcie ziemi. A tu tylko cisza, słońce, powtarzalne czynności pogrzebowe i żadnych światowych zgliszcz. Całopalenie, ciało-palenie, gorączka oczekiwania i bezsilności – to odczucia pojedyncze, nienazwane i nieopisane, a mimo tego wspólne. Każdy z nas przeżywał kiedyś żałobę, każdemu wydaje się pojedynczym końcem świata, a tymczasem niebo takie tragedie wchłania od wieków błękitnym okiem. „Kochałam, kiedy odeszła” jest także zapisem skargi na nieuchronność ludzkiego losu.
Widać tu rękę reportera, ale i humanisty, który gniewa się, że lata w bibliotekach nie dają właściwego oręża do słownej walki z tym, co nieuniknione. Zapis odprowadzania własnej matki i współodczuwanie w jej drodze krzyżowej wymagają wielkiej odwagi i ciągłego podważania krawędzi bolesnej rany. Z drugiej strony to niezbędne, żeby ją oczyścić, odchodzenie w sobie przepracować, „stworzyć z materii cierpienia/ rzecz albo osobę”. Przed założeniem Rzymu i po założeniu pękała skóra, otwierały się rany, za Rembrandta i za Moneta przeprowadzano mniej lub bardziej udane amputacje, ból wciąż szarpał i rozrywał na strzępy, a pomoc drugiego człowieka nie była w stanie przekroczyć progu nadziei cierpiącego. O tym także jest ta książka.
Jak to jest, że cierpienie wieńczy wszystkie intymne relacje międzyludzkie i jest ceną, jaką płacimy za nasze prawo do miłości? Tę książkę trzeba sobie dozować. Z różnych powodów. Przewaga literatury nad śmiercią polega na możliwości wyboru. Cierpienie z kolei wymaga większej odwagi niż śmierć. Poruszające, odważne, prawdziwe świadectwo tego, co nazywamy człowieczeństwem.
Anna Augustyniak, "Kochałam, kiedy odeszła", Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013.
niedziela, 21 stycznia 2018
Insygnia mamusi
Wydzielał miedzianą woń krwi. Za ciężki dla moich dziecięcych rąk hałasował złowrogo na biurku mamy. Odkładała go zawsze zdecydowanym ruchem na czarny blat. Chrzęścił i dzwonił, kiedy wykładała go na kołnierz wełnianej togi. Zsuwał się nieustannie. Wierzyłam, że orzeł na końcu łańcucha chce odlecieć, a kiedy mu się uda, uwolni mamę od biurka.
Ogrzewany długo w zamkniętych dłoniach oddawał krótko fałszywe, nieswoje ciepło. Potem ręce pachniały nim długo. Czasami ukradł cząstkę sandałowego zapachu kołnierza mamy. Szybko wygrywała z nim woń metalu. Pochłaniał jej wspomnienie.
Kiedyś próbowałam nim kręcić jak lassem. Wiedziałam, że tego mi nie wolno. Raz dosięgła mnie niewidzialna ręka Temidy, bo łańcuch uderzył mnie boleśnie w wątły nadgarstek.
Przegrywałam z orłem w koronie. Z jego ciężarem urzędowym, dostojnością złotych ogniw, preclem zwiniętym nad głową ptaka w finezyjny kształt liter „RP”.
Aż któregoś dnia postanowiłam się na nim zemścić. Zostać mamy bohaterką. Z białego plastikowego kubeczka w róże przyniosłam pilnik do paznokci. Ostry, metalowy, nieprzyjemny w dotyku.
Piłowałam całe popołudnie, aż mi palce mdlały. Orzeł dzielnie bronił korony. Na wełnianej spódniczce osadzały mi się złote opiłki.
Potem pomogłam sobie zębami. I odgryzłam orlą koronę.
Mama nie zrozumiała mojego poświęcenia.
Postawiła mnie w kącie i długo mówiła o przyzwoitości.
Zabrała skakankę i herbatniki.
Od tamtej pory stosunek do godła mam ambiwalentny.
Ogrzewany długo w zamkniętych dłoniach oddawał krótko fałszywe, nieswoje ciepło. Potem ręce pachniały nim długo. Czasami ukradł cząstkę sandałowego zapachu kołnierza mamy. Szybko wygrywała z nim woń metalu. Pochłaniał jej wspomnienie.
Kiedyś próbowałam nim kręcić jak lassem. Wiedziałam, że tego mi nie wolno. Raz dosięgła mnie niewidzialna ręka Temidy, bo łańcuch uderzył mnie boleśnie w wątły nadgarstek.
Przegrywałam z orłem w koronie. Z jego ciężarem urzędowym, dostojnością złotych ogniw, preclem zwiniętym nad głową ptaka w finezyjny kształt liter „RP”.
Aż któregoś dnia postanowiłam się na nim zemścić. Zostać mamy bohaterką. Z białego plastikowego kubeczka w róże przyniosłam pilnik do paznokci. Ostry, metalowy, nieprzyjemny w dotyku.
Piłowałam całe popołudnie, aż mi palce mdlały. Orzeł dzielnie bronił korony. Na wełnianej spódniczce osadzały mi się złote opiłki.
Potem pomogłam sobie zębami. I odgryzłam orlą koronę.
Mama nie zrozumiała mojego poświęcenia.
Postawiła mnie w kącie i długo mówiła o przyzwoitości.
Zabrała skakankę i herbatniki.
Od tamtej pory stosunek do godła mam ambiwalentny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




