"Wiele nas może spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic" - powiedział kiedyś wielki Houellebecq i wszystko się zgadza.
Dar w postaci nieuleczalnej choroby to zapewne ostatnia najbardziej spektakularna rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Reszta będzie nicością.
Na nic wróżby z Placu Hallera, że oto moje umiłowanie słowa okaże się ludziom przydatne i dawać im będzie ukojenie i radość, na nic przepowiednie anielskich przyjaciółek, zapewnienia grup modlitewnych, że oto jestem taka wybrana i wyjątkowa. nieprawda. Nie różnię się niczym od innych śmiertelników oprócz tego, że mnie uleczyć się nie da. Dodatkowo takich jak ja są jeszcze miliony, ale nikt z nich nie czyni bohaterów. Codzienna walka skazana jest z góry na porażkę. Widzę to w oczach przerażonych postępem choroby terapeutów, chociaż dzielnie szczerzę się do innych pacjentów, udając, że nic mnie nie boli.
Nic objawia się w moim życiu nie tylko próbą unieruchomienia przez chorobę i uczynienia ze mnie części Wielkiego Nic. Nic nie czuję, chociaż dzisiaj wylałam ocean łez. Nic sie nie dzieję, choć Marcin nazwał mnie mistrzynią storytellingu. Nic nie mogę zrobić, żeby uczynić życie mojej Siostry bardziej dla niej łaskawym i zapobiec jej wyjazdowi na wojnę. Nic najlepiej określa moje możliwości, jeśli chodzi o pomoc Kamili, Maćkowi, a przede wszystkim ukochanej Ewie. "Nic" to również odpowiedź na pytanie, które można postawić przyszywanemu Tacie Arturowi: "co ona dla Ciebie znaczy?" No bo niby z jakiej paki mam coś dla Niego znaczyć? Ostatnie dni w redakcji również pokazały mi, jak bardzo jestem częścią Wielkiego Nic.
Przenosiny na Sadybę zbiegły się z moją wirusową infekcją, której kaszlące konsekwencje ponoszę już trzeci tydzień. Biuro wyglądało jak po wybuchu bomby, która dodatkowo wpadła do szamba z kurzem. Podczas wybierania biurek Maciek i Kasia po raz kolejny wyjątkowo mnie zaskoczyli, bo wybrali dla mnie fajne biurko, przy którym miałam ogląd na całą redakcję, miałam szansę czuć się jej częścią i nawet od czasu do czasu mogłam zerknąć przez okno na drzewa, pławiąc się w dziennym świetle. Kolega B zniweczył starania najmłodszych pracowników redakcji, bo przyszedł jak zwykle na chwilę, zapowiedział, że przydzielonego mu biurka nie weźmie, a ponieważ wszyscy inni byli na miejscu, a ja nie, bo zmierzałam właśnie na konferencję prasową o niczym (nieobecni nie mają racji ani głosu), zabrał moje biurko. Rezultat jest taki, że siedzę przy wejściu, tyłem do wszystkich, a wzrok pada mi idealnie na złączenie dwóch białych ścian, na którym odbija się tak samo biały Mac. Brakuje tylko kaftanu bezpieczeństwa, który zastąpiłam wełnianym ponczo, bo w kącie jest strasznie zimno, bo słońce nie dochodzi, za to przeciąg od drzwi z radością hula mi po nerach i wygrywa mi na spondylokościach psalmy. nieważne, że dwa miesiące temu straciłam wzrok i oczy potrzebują chociaż namiastki dziennego światła i czegoś na kształt koloru. Nieważne, że najmniejsza infekcja aktywuje we mnie antygen HLA-B27, który z radością wpieprza mi kości i kręgosłup. Przełożeni w żaden sposób nie zareagowali. No bo znaczę dla nich Nic. Raczej małą literą. Ważne są tylko rezultaty pracy, ale ja się nie liczę. Tym bardziej, że po powrocie do pracy zostałam potraktowana tak, jakbym przez miesiąc walczyła z uporczywym katarem albo wysypką na podbrzuszu. Już pierwszego dnia przesyłali do mnie taką ilość roboty do przerobienia, jakby nie było mnie dwa dni z wyżej wymienionych wstydliwych bądź nieważkich powodów.
Dzisiejszy dzień jest jakąś cholerną kalką sprzed roku, kiedy chodziłam jeszcze o kulach i plecy rozrywał mi palący ból, który fachowo zwie się opasającym i podaje się nań morfinę. Jutro mijają moje dwa lata w redakcji. Oczywiście plany świętowania tego faktu znów spełzną na NICzym, bo i co tu świętować. Nikt się z tego powodu nie cieszy, że jestem z nimi dwa lata. Ważne, że robota odwalona. Jak nie ja, zrobiłby to ktoś inny, nieważne, czy z takim samym jakościowym wynikiem, czy nie.
Od rana lało jak z cebra. W porze obiadowej wybrałam się do pobliskiej galerii handlowej, bo co prawda nadal głodu nie czuję, ale uznałam, że coś należy zjeść. Przy okazji zobowiązałam się dostarczyć kanapkę Kasi i Maćkowi. Oczywiście nie zabrałam ze sobą parasola, bo uznałam, że świat będzie dla mnie łaskawy i przez te pół godziny wstrzyma się z wylaniem na mnie kubła wody. NIC z tego. Jakże znów się pomyliłam. Wracałam w strugach deszczu, czułam, jak za kołnierz wlewają mi się strugi ciepłej cieczy. Z włosów skróconych o połowę po raz kolejny ciurkało mi na, a jakże, przemakalną kurtkę. Ale to nie był najgorszy moment dnia.
Wczoraj Siostra mojej Babci zrobiła mi karczemną awanturę, że co ja sobie wyobrażam, że tyle czasu mnie nie ma i nie przychodzę i nie wiadomo, co ze mną jest. Wiem, że u Cioci awantury wynikają z troski o mnie. Ponieważ w mojej chorobie nie znam dnia ani godziny, kiedy rozmontuje mnie kolejna bakteria albo kolejny wirus, postanowiłam, że przyjadę do Cioci dzisiaj po pracy. Kurtka jeszcze nie zdążyła mi wyschnąć, ale dzielnie dostałam się do Śródmieścia, tym razem z parasolką. W progu usłyszałam, że Ciocia się mnie nie spodziewała, bo trzeba nie mieć rozumu, żeby w taka pogodę jeździć. Oczywiście wniosek był szybki: wymyśliłaś sobie tę chorobę, bo gdybyś dbała o zdrowie i nie jeździła nigdzie w deszcz, byłabyś zdrowa.
Kiedy po raz cztery tysiące trzysta dwudziesty ósmy w życiu usłyszałam, że nie mam rozumu, położyłam Cioci na kredensie serwetki w wytłaczane borowiki, które przywiozłam w prezencie i zaczęłam się ubierać. Nie przewidziałam, że 97-letnia Ciocia ma dużo więcej siły niż ja. Kiedy zapinałam kurtkę, zaczęła się ze mną szarpać. Zaczęła mną szarpać. "Nigdzie nie pójdziesz, bo głupia jesteś". Tym usilniej po tych słowach zaczęłam zapinać kurtkę. Każde szarpnięcie Cioci zaciemniało mi obraz przedpokoju falą bólu, która rozlewała się po zesztywniałej klatce piersiowej. To trwało jakieś siedem najdłuższych w moim życiu minut, aż zerknęłam w lustro i zobaczyłam, że policzki mam znów całe mokre od łez, tyle że tym razem przystrojone czarną strużką spływającego tuszu. W międzyczasie Ciocia cisnęła mój plecak daleko do kuchni. Ja dzierżyłam w ręce ociekającą deszczem parasolkę. Po czym Ciocia otworzyła drzwi i powiedziała: wyjdź.
Wyszłam. Stałam na klatce schodowej nobliwego Śródmieścia bez dokumentów, bez telefonu, bez terminarza, bez dokumentów na rehabilitację, bez biletu miesięcznego. Płakać też musiałam dyplomatycznie, bo wszystkie sąsiadki tylko czekają na taką gratkę jak płacząca siostrzenica na klatce schodowej. Tak przy ludziach. Tak przy wszystkich. Poczułam, że oddycha mi się coraz gorzej, w zasadzie oddechu złapać nie mogę, bo Eugenia Spondylo usiadła mi na klatce piersiowej i postanowiła w gratisie dusić, nie pozwalając sobie ulżyć.
Skapitulowałam z dwóch powodów: siedmiokilometrowa wycieczka ze Śródmieścia na Saską Kępę była możliwa tylko za pośrednictwem i dzięki Encortonowi, a poza tym w kieszeni miałam ograniczoną ilość chusteczek. Zapukałam pokornie, skruszona, w planach mając chwycenie plecaka i danie dyla. Nic z tego, kiedy Ciocia znów przystąpiła do szarpania mnie, żeby w pewnym momencie powiedzieć: bo mi się w głowie kręci przez ciebie! Z tym już dyskutować nie mogłam, pomna Świąt Wielkiej Nocy, kiedy Cioci zakręciło się w głowie i runęła u mojej chrzestnej w domu jak długa, gruchocząc sobie żebra i biodro po endoprotezie. Sama jeździłam do niej co drugi dzień, smarując jej obolały bok Altacetem. Cóż, skoro już moją winą jest to, że dziś pada, jeżeli Ciocia straci równowagę, rodzina wystawi mnie na sąd skorupkowy, po czym uśmierci najpierw spojrzeniem zmultiplikowanym, a potem aktem oskarżenia. Znów potwierdzi się to, że nie mam rozumu.
Poddałam się, co Ciocia przyjęła z satysfakcją. Najbliższą godzinę przy stole krztusiłam się herbatą owocową, bo łzy płynęły mi nieprzerwanie, a Eugenia dusiła, a Ciocia mówiła: "ile to ludzi na świecie chorych i nikt takich histerii nie wyczynia. Ludzie rąk i nóg nie mają, czołgają się z bólu, a ty masz jakieś skrzywienie kręgosłupa i dorabiasz sobie teorię na ten temat. To grzech, ja wojnę przeżyłam, rodziców pochowałam, ojca garnitur zakrwawiony, bo od niemieckiej kuli zginął, w rzece prałam, a ty takie histerie pokazujesz. Ty nigdy nie miałaś rozumu, ty głupie dziecko jesteś". "Nie mów tak o mnie, Ciociu" - załkałam między jednym spazmem a drugim. "ja wiem, co mówię, z ty się na żartach nie znasz" - skwitowała, po czym zupełnie zgłupiałam.
Kontynuowała: "każdy sobie jakąś chorobę wymyśla, bo musi na siebie uwagę zwrócić. To z nudów jest. Mieszkanie masz, pracę masz, a taka jesteś wobec życia niewdzięczna. Ty się za robotę bierz i myśl o dzieciach, bo ja w twoim wieku to już dwójkę miałam i mężowi robiłam obiad i do sklepu biegałam, i dzieci ze szkoły odbierałam, pranie robiłam, ręcznie, myślisz, że pralka sama wyprała, a wszystko na jedną godzinę gotowe było. A ty się w łóżku wylegujesz do późna i wymyślasz sobie choroby. Nie można tak nikomu robić kłopotów, bo ja moim dzieciom głowy nie zawracam, chociaż już niedołężna jestem i chcą się mną opiekować, ale ja powiedziałam, że prędzej do domu opieki pójdę niż komuś zrobię kłopot. Choroby to trzeba trzymać dla siebie, bo wstyd."
Nie oddychałam przez dwie minuty. No bo ma rację, tylko w jednym się myli. Wstaję codzienie po piątej rano, bo o 7.30 mam rehabilitację. Bez niej Eugenia by mnie udusiła skuteczniej niż dzisiaj wiarę w sens istnienia rodziny przydusiła prawie stuletnia Ciocia, którą przecież kocham, bo w środku jest dobra, radosna, podziwiam jej hart ducha, ale języka za zębami trzymać nie umie.
Był taki moment, kiedy na Spartańskiej podczas nocnego dyżuru zabawny pan doktor, który okazał się dominikaninem, wywalił mi w progu, z czym wiąże się moja choroba. I wtedy powiedział o ciąży.
Myślenie o dziecku trwało trzy sekundy. Ciąża=prokreacja=geny=HLA-B27=możliwość skazania mojego dziecka na tę samą chorobę, na którą ja cierpię. Odpowiedź brzmi: nie.
Wybrałam samotność. Bo i jakim prawem mam skazywać kogoś na patrzenie, jak każdego dnia choroba zajmuje kolejne stawy i coraz skuteczniej mnie unieruchamia? Nie mam moralnego prawa.
A zatem, Ciociu: nie będę gotować mężowi obiadu, nie będę odbierać dzieci ze szkoły, nie będę prać ręcznie, nie będę z radością oczekiwać na czyjeś przyjście. Do końca świata zamieszkam z Eugenią Spondylo, która się rozgościła we mnie i dodatkowo będzie się gościć w moim wymarzonym mieszkanku na Brazylijskiej, za które jestem, tak, wdzięczna: Mamie, mojemu pracodawcy, Bankowi Pekao SA, mojemu mózgowi, moim rękom i temu, że mówią o mnie, że jestem pracowita. Ale pewnie to znaczy NIC. Czyli że rzeczywistość jest zupełnie inna.
Udało mi się wyczołgać od Cioci, udając, że się uspokoiłam. Zalane łzami oczy prawie mnie wepchnęły pod tramwaj na Nowomiejskiej. Dojechałam do centrum, a łzy płynęły nieskończenie. Jaby ktoś kurek odkręcił. A ja nadal nie czułam NIC. Podjechało 507, za które podziękowałam Bogu. Nadal nie czuję zapachu, ale tym razem czekała mnie niespodzianka. Poczułam zapach dzięki zmysłowi wzroku, bo ludzie stali stłoczeni na początku i na końcu autobusu, a cały środek, na którym strategiczną pozycję zajęłam ja, uciskając dla ulgi stawy krzyżowo-biodrowe żółtą barierką, był pusty. Przez chwilę pomyślałam, że muszę wyglądać jak obłąkana i dlatego wszyscy uciekli. Siąknęłam żałośnie nosem, po czym zobaczyłam, że na dwóch prostopadłych do siebie siedzeniach siedzą dwaj bezdomni. Cuchnęli fekaliami, moczem, zmurszałą ziemią, mokrym psem, nocnymi krzakami, zakurzoną rosą i przegniłą samotnością. A obok nich zapłakana ja z oczami jak panda. Cóż za obrazek rodem z filmów Pio.
Przy Muzeum Narodowym autobus zatrzymał się, do panów pofatygował się kierowca: młody, pachnący Armanim, z bluetoothem na uchu oznajmił nad nimi: to panów ostatni przystanek. Jeden bezdomny ocknął się z drzemki, drugi wyganiał kierowcę do kabiny, żeby robił swoje, a ja zastanawiałam się, czy w akcie solidarności z nimi nie wysiąść. Ale co to za akt solidarności, skoro mam parasol. Zrobiłam więc NIC.
I gdyby nie to, że w mieszkaniu jest teraz Afgańska Siostra, pewnie skojarzyłabym sytuację z Orłowskiego, kiedy to zaniepokojona pani psychiatra pytała, na którym piętrze mieszkam. Wtedy zapewniałam ją, że jestem bezpieczna, bo, mimo że to piąte piętro, na balkonie mam choinkę, więc nie dam rady skoczyć, bo mnie pokłuje. Teraz Kornelia pojechała rosnąć w Sulejówku. A ja nadal mieszkam na piątym piętrze.
Dziwię się, że Asia znosi tak dzielnie moje chimery, neurastenie i wzgardzone przez Ciocię histerie. Nie musi. A jednak jest fizycznym dowodem na to, że Cud był. I nadal trwa. Tylko dlaczego, mimo uleczonego oka, widzę go za malowaną bólem zasłoną?
poniedziałek, 30 czerwca 2014
niedziela, 29 czerwca 2014
Byle dalej, dalej, dalej, dalej, dalej
Skończyły się czasy mojego nieco toksycznego pożycia z Encortonem. Bywały momenty głównie wzlotów, otarte kolana miałam tylko trzeciego dnia przyjmowania leku, kiedy to nastąpił jakiś przełom, podczas którego pozbyłam się wyrzutów sumienia, żalów i nieuzasadnionych lęków. Dwa miesiące bez bólu, pełne miejskich pobrykiwań, mniejszych i większych przyjemności, małych rozkoszy, miażdżących zachwytów i wzruszeń bez łez. Niezwykle intensywne doświadczenie mariażu z chemicznym środkiem przypłaciłam pogłębieniem osteoporozy i regularnymi rewolucjami żołądkowymi, które jednak trwają krótko. Jelita nadal martwią lekarzy ze Spartańskiej, złogi niewiadomego pochodzenia przecież w każdej chwili z radością mogą się uzłośliwić. Każdego dnia spotyka mnie jakaś niespodzianka. Jednego nie działają szyja i powięzi, następnego rozrywa mnie ból stawów krzyżowo-biodrowych, trzeciego blokuje się kręgosłup piersiowy i powoduje duszenie. Prawdziwy Armageddon to kichnięcie. Rehabilitanci uczą mnie, jak się wówczas ustawić, jaką pozycję przybrać: natychmiast wstać, pogłębić lordozę, cofnąć głowę, ściągnąć łopatki. I czekać na koniec świata. W międzyczasie, jak sił starczy, to głaskać się po nosie, nie tracąc nadziei, że jednak wyrok da się odroczyć.
Nic mnie już nie cieszy. Ale też nic mnie nie smuci. Nic nie jest w stanie mnie rozżalić, ani sfrustrować. Ale też nie jest w stanie wywołać u mnie radości w czystej postaci.
Nie ma we mnie uczuć. Reaguje tylko moje ciało. Bezwiednie po policzkach płyną mi łzy, ale nie czuję nic.
Wczoraj w nocy aktywował się mój koszmar z młodości. Michał, który milczał od pięciu lat, znowu napisał. O kontakcie poinformowało mnie kółko messengera na ekranie smartfonu. Zobaczyłam człowieka, który teraz już, jak to określiła Gąszcz, nie wygląda jak biała kiełbasa (to było aktualne pięć lat temu), ale jak zombiastyczne opakowanie po białej kiełbasie. Napisał, że "pomimo tego, co mu zrobiłam, chciałby zamienić ze mną słowo" i "zapytać o coś, co go szczególnie zainteresowało". Po pierwsze: w ubiegłym tygodniu w moim liceum odbył się zjazd absolwentów. Razem z Tyśką doszłyśmy do wniosku, że w ramach zajęć w grupach same zorganizujemy sobie zjazd absolwentów i pojechałam do niej na kawę, olewając towarzyski teatr kutnowskiej hipokryzji. Wiem, że obie na tym dobrze wyszłyśmy. Ale nie Michał. Nie miał żadnych informacji o mnie albo trafił na taką, która spowodowała u niego szczególną frustrację albo typowy dla tej osobowości chorobliwy wzrost zainteresowania, który przez tydzień musiał go dusić, aż rzygowiny oblały mu twarz. Po ich starciu postanowił napisać do mnie.
Na pierwszą wiadomość nie odpisałam, bo jak mam się odnieść do tego, że zrobiłam mu krzywdę , podczas gdy to on mnie szantażował, gnębił, a pod koniec w pijanym szale szarpał za włosy i prał? Kiedyś podczas "rozmowy" wychlapał się z tym, że wie o mnie coś, o czym nawet ja nie wiedziałam, co mogło wskazywać na wieloletnie śledztwo w mojej sprawie w wiejskim środowisku szemranych elit i nie wiadomo jakim prawem awansowanych na stanowisko samorządowców chłopów małorolnych. Zapytałam, skąd o tym wie. "Bo ja lubię pobąblować" - odpowiedział, szczerząc się w pijackim uśmiechu. Wtedy wiedziałam, że jest niebezpieczny. Pod koniec studiów śledził mnie, inwigilował, sprawdzał moją pocztę, próbował zakraść się do moich myśli. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, że przeżyłam piąty rok. Tylko dzięki Ani i dzięki temu, że miałam psa. Każdego dnia wmawiałam sobie, że mam dla kogo żyć: że Ania mnie potrzebuje, z Kropką musi ktoś wyjść, a to, że Michał jest pijany jak trolejbus o godzinie czternastej, nie musi oznaczać końca świata.
Pomna na pouczenia z programów o stalkingu, postanowiłam nie odpisywać, choć wiedziałam, że Facebook poinformował go o odczytaniu wiadomości. Przyszła zatem druga, a jakże. "nie chciałbym wybijać cię z rytmu, ale chyba na tyle masz odwagi, żeby porozmawiać". Klasyczny model jego zachowania. Szantaż emocjonalny, wjazd na ambicję. To oznacza: no, tyle nabroiłaś, zniszczyłaś mi życie, wlewałaś mi do gardła wódkę hektolitrami, a potem sama się szarpałaś za włosy, że teraz nawet nie masz odwagi pochylić się nad moim cierpieniem. Jesteś tchórzem, a to ja jestem wspaniałomyślny i hojnie obdarzam Cię moją uwagą. A ty jesteś na tyle głupia, że z mojego miłosierdzia, z moich promieni strzelających z dobroczynnych rąk pijaka nie chcesz spijać łaski przebaczenia.
Potem przyszła jeszcze jedna wiadomość, ale byłam właśnie w trakcie przewracania się z boku na bok i zwyczajnie nie miałam ochoty czytać, jakim fortelem emocjonalnym tym razem się posłuży. Poza tym był środek nocy. A do mnie pisze psychopata. Coś tu nie tak, lepiej spać. Dowiedziałam się rano, że "mimo jego bardzo słabej kondycji, chciał mnie poinformować, że mi wybacza, puszcza wszystko w niepamięć", a na koniec dorzucił w swoim dawnym kiczowaty stylu: "bez odbioru'. Rozgrzeszam cię, głupia dziewczynko, mimo tego, co mi zrobiłaś. To przez ciebie nie szło mi na studiach, to przez ciebie źle trawiłem alkohol, to przez ciebie wiecznie nie mam pieniędzy i to przez ciebie wódka taka droga. To twoja wina, że Pendolino do naszego kraju nie pasuje, że mój samochód się zepsuł, że po dwunastu piwach śmierdzę jak bezdomny i wszystko z wyjątkiem morza alkoholu powoduje u mnie stan anhedonii. I jeszcze jeden standardowy chwyt: "jestem w bardzo słabej kondycji". Zapewne ma katar. Mimo że cierpi za miliony, zdołał jeszcze wyszarpnąć z siebie nadludzkim wysiłkiem gest błogosławieństwa dla mnie, grzesznej, żeby odpuścić mi winy.
Biedny chłopczyk z bębenkiem, rozdrabniający swój muzyczny talent na wiejskich weselach i występach kół gospodyń wiejskich. Czego jeszcze ode mnie chce? Dziwne, ale zupełnie mnie to nie ruszyło. Dziwne i żałosne. Napisał do mnie podły wilk z innej bajki. A ja się go już nie boję. Tylko przy czytaniu pierwszej wiadomości przyspieszyło mi serce. Na moment. potem zasnęłam jak dziecko, śniąc o ogrodach pełnych soczystych arbuzów i kołujących wokół mnie ważkach.
Dzisiaj byłam jeszcze na ursynowskim śniadaniu u Mamy Ewy. Ile u niej zawsze pyszności! Świeża mozzarella, pachnące pomidory z bazylią, ekologiczna polędwica, która przyjechała aż z Giżycka, pasztet z Żoliborza, żurawina, intensywny ser pleśniowy z Włoch, który posypany był wiórkami pochodzącymi z wytłoczonego wina. Na koniec ptysie i babka drożdżowa ze śliwkami od Antolakowej. Do tego w tle szanty i piosenki Andrzeja Koryckiego, czujne spojrzenie dobrych i spokojnych oczu Mamy Ewy, drzemiące na półkach mądre książki o bogactwie świata i potędze ekonomii. Uczyła mnie nowych węzłów, ucieszyła się z nowej bransoletki jak mała dziewczynka, pokazała mi list z Rwandy od swojego adoptowanego sercem synka.
Wyjątkowo u Ewy czułam smaki i zapachy, co skończyło się, jak tylko opuściłam Ursynów. Wszystko odeszło. Znowu niczego nie czułam. Bólu w sumie też nie. Wspominałam tylko ostatni wyjazd na łódki z Mamą Ewą, podczas którego w czasie całego rejsu dzielnie sterowałam, mimo tego, że rozumiałam w zasadzie co czwarte słowo, które do mnie wypowiadała. Achtersztag, takielunek, fok, dżonka, zęza, keja (zwana przeze mnie uparcie pomostem), mordewind, hals, kabestan i ostrzenie kursu. Każdy przedmiot na łódce ma inną nazwę, każdy niespodziewanie został spektakularnie powołany do życia przez potęgę językowego fiat. Ewa wypowiadała do mnie osiem słów, z których rozumiałam np. czasownik "połóż" albo słowo "teraz". Cały czas przy sterze myliły mi sie kierunki, dopiero za sześćdziesiątym razem, kiedy łódka wykonywała zwrot, zorientowałam się, że w odpowiednim momencie ster trzeba odwrócić i kurs przytrzymać. Były dwa takie momenty, że łódkę tak niebezpiecznie przechyliło, że już widziałam siebie w wodzie. A Ewa w tym czasie, jak na damę przystało, opalała się na pokładzie, choć jednym okiem czujnie zerkała, czy nie mam przypadkiem zamiaru obu nas zabić. Jest morską wilczycą. Bez wątpienia. Nawet faceci gapili się na nią z podziwem, kiedy wpływała do wąskiego Skłodowa z gracją hiszpańskiej księżniczki. Ile ja miałam szczęścia, ze ją poznałam. Ile szczęścia, ze mi zaufała. Ile ja już się od niej nauczyłam i ile jeszcze nauczę.
Podczas jednego weekendu dowiedziałam sie więcej niż przez kilka tygodni intensywnej szkolnej edukacji. Przeraził mnie dwustuletni tunel, który utworzyły dęby rosnące przy drodze do Harszu. W nocy robiły niesamowite wrażenie jak z horroru. Ewa opowiadała kiedyś, jak nad ranem wyjeżdżała ze Sztynortu właśnie tą drogą, a przed nią kroczył zaspany bocian. nie chcąc przestraszyć lunatyka, zwolniła. Ponieważ bocianów jest na Mazurach tyle, ile niegdyś w miastach wróbli, moje piski na widok bocianiego gniazda wydawały się co najmniej nie na miejscu. Ale Ewa grzecznie zahamowała, żeby ptaka nie poganiać, Okazało się, że jak rozłożył skrzydła, nie jest się w stanie wzbić ponad korony, tak gęsto zachodzą na siebie korony starych drzew. Ewa jechała za nim dobre kilkaset metrów, zanim odpuścił i zszedł grzecznie na pobocze, przepuszczając jej srebrne kombi.
Słyszałam, jak nad ranem płaczą żurawie, jak wiatr zmienia kierunek i tłucze linami o maszt, jak powietrze drży od porannego powietrza w drodze do sanitariatu. Kiedy rano wyszłam na trawę, żeby się porozciągać i nie straszyć pozostałych żeglarzy, udałam się radośnie w kierunku rozkumkanego stawu, Jedna z żab samobójczyń wykonała podziwu godzien skok, który miał szansę osiągnąć wysokość mojego biodra, gdyby nie to, ze biedne zielone stworzenie uderzyło akurat o moje kolano. rzekotką w łękotkę. Żaba odbiła się ode mnie, wylądowała w trawie, po czym wyjrzała z niej, nadęła się, obrażona i skoczyła z powrotem do stawu.
Ruciane Nida i otwarcie śluzy, nieprawdopodobnie nieregularna architektura Mikołajek i straszące pustkami drogie apartamenty przy porcie, drzemiące Giżycko i keja pełna młodzieży, słoneczne przedpołudnie w Radziejach, a na koniec dumny i spektakularny Sztynort z drzemiącą w nim tajemnicą. Tyle Mama Ewa mi pokazała, tyle opowiedziała, tyle starała się nauczyć. tak to mi życie rekompensuje człowieka-kiełbasę i codzienne potyczki z bólem.
Codziennie jest gorzej. Widzę już, że terapeuci rozkładają ręce. Nic więcej nie są w stanie zrobić. Znów trzeba czekać na cud. Oby tylko obrać dobry kierunek i za wszelką cenę trzymać kurs. Byle dalej.
Niech się święci.
Nic mnie już nie cieszy. Ale też nic mnie nie smuci. Nic nie jest w stanie mnie rozżalić, ani sfrustrować. Ale też nie jest w stanie wywołać u mnie radości w czystej postaci.
Nie ma we mnie uczuć. Reaguje tylko moje ciało. Bezwiednie po policzkach płyną mi łzy, ale nie czuję nic.
Wczoraj w nocy aktywował się mój koszmar z młodości. Michał, który milczał od pięciu lat, znowu napisał. O kontakcie poinformowało mnie kółko messengera na ekranie smartfonu. Zobaczyłam człowieka, który teraz już, jak to określiła Gąszcz, nie wygląda jak biała kiełbasa (to było aktualne pięć lat temu), ale jak zombiastyczne opakowanie po białej kiełbasie. Napisał, że "pomimo tego, co mu zrobiłam, chciałby zamienić ze mną słowo" i "zapytać o coś, co go szczególnie zainteresowało". Po pierwsze: w ubiegłym tygodniu w moim liceum odbył się zjazd absolwentów. Razem z Tyśką doszłyśmy do wniosku, że w ramach zajęć w grupach same zorganizujemy sobie zjazd absolwentów i pojechałam do niej na kawę, olewając towarzyski teatr kutnowskiej hipokryzji. Wiem, że obie na tym dobrze wyszłyśmy. Ale nie Michał. Nie miał żadnych informacji o mnie albo trafił na taką, która spowodowała u niego szczególną frustrację albo typowy dla tej osobowości chorobliwy wzrost zainteresowania, który przez tydzień musiał go dusić, aż rzygowiny oblały mu twarz. Po ich starciu postanowił napisać do mnie.
Na pierwszą wiadomość nie odpisałam, bo jak mam się odnieść do tego, że zrobiłam mu krzywdę , podczas gdy to on mnie szantażował, gnębił, a pod koniec w pijanym szale szarpał za włosy i prał? Kiedyś podczas "rozmowy" wychlapał się z tym, że wie o mnie coś, o czym nawet ja nie wiedziałam, co mogło wskazywać na wieloletnie śledztwo w mojej sprawie w wiejskim środowisku szemranych elit i nie wiadomo jakim prawem awansowanych na stanowisko samorządowców chłopów małorolnych. Zapytałam, skąd o tym wie. "Bo ja lubię pobąblować" - odpowiedział, szczerząc się w pijackim uśmiechu. Wtedy wiedziałam, że jest niebezpieczny. Pod koniec studiów śledził mnie, inwigilował, sprawdzał moją pocztę, próbował zakraść się do moich myśli. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, że przeżyłam piąty rok. Tylko dzięki Ani i dzięki temu, że miałam psa. Każdego dnia wmawiałam sobie, że mam dla kogo żyć: że Ania mnie potrzebuje, z Kropką musi ktoś wyjść, a to, że Michał jest pijany jak trolejbus o godzinie czternastej, nie musi oznaczać końca świata.
Pomna na pouczenia z programów o stalkingu, postanowiłam nie odpisywać, choć wiedziałam, że Facebook poinformował go o odczytaniu wiadomości. Przyszła zatem druga, a jakże. "nie chciałbym wybijać cię z rytmu, ale chyba na tyle masz odwagi, żeby porozmawiać". Klasyczny model jego zachowania. Szantaż emocjonalny, wjazd na ambicję. To oznacza: no, tyle nabroiłaś, zniszczyłaś mi życie, wlewałaś mi do gardła wódkę hektolitrami, a potem sama się szarpałaś za włosy, że teraz nawet nie masz odwagi pochylić się nad moim cierpieniem. Jesteś tchórzem, a to ja jestem wspaniałomyślny i hojnie obdarzam Cię moją uwagą. A ty jesteś na tyle głupia, że z mojego miłosierdzia, z moich promieni strzelających z dobroczynnych rąk pijaka nie chcesz spijać łaski przebaczenia.
Potem przyszła jeszcze jedna wiadomość, ale byłam właśnie w trakcie przewracania się z boku na bok i zwyczajnie nie miałam ochoty czytać, jakim fortelem emocjonalnym tym razem się posłuży. Poza tym był środek nocy. A do mnie pisze psychopata. Coś tu nie tak, lepiej spać. Dowiedziałam się rano, że "mimo jego bardzo słabej kondycji, chciał mnie poinformować, że mi wybacza, puszcza wszystko w niepamięć", a na koniec dorzucił w swoim dawnym kiczowaty stylu: "bez odbioru'. Rozgrzeszam cię, głupia dziewczynko, mimo tego, co mi zrobiłaś. To przez ciebie nie szło mi na studiach, to przez ciebie źle trawiłem alkohol, to przez ciebie wiecznie nie mam pieniędzy i to przez ciebie wódka taka droga. To twoja wina, że Pendolino do naszego kraju nie pasuje, że mój samochód się zepsuł, że po dwunastu piwach śmierdzę jak bezdomny i wszystko z wyjątkiem morza alkoholu powoduje u mnie stan anhedonii. I jeszcze jeden standardowy chwyt: "jestem w bardzo słabej kondycji". Zapewne ma katar. Mimo że cierpi za miliony, zdołał jeszcze wyszarpnąć z siebie nadludzkim wysiłkiem gest błogosławieństwa dla mnie, grzesznej, żeby odpuścić mi winy.
Biedny chłopczyk z bębenkiem, rozdrabniający swój muzyczny talent na wiejskich weselach i występach kół gospodyń wiejskich. Czego jeszcze ode mnie chce? Dziwne, ale zupełnie mnie to nie ruszyło. Dziwne i żałosne. Napisał do mnie podły wilk z innej bajki. A ja się go już nie boję. Tylko przy czytaniu pierwszej wiadomości przyspieszyło mi serce. Na moment. potem zasnęłam jak dziecko, śniąc o ogrodach pełnych soczystych arbuzów i kołujących wokół mnie ważkach.
Dzisiaj byłam jeszcze na ursynowskim śniadaniu u Mamy Ewy. Ile u niej zawsze pyszności! Świeża mozzarella, pachnące pomidory z bazylią, ekologiczna polędwica, która przyjechała aż z Giżycka, pasztet z Żoliborza, żurawina, intensywny ser pleśniowy z Włoch, który posypany był wiórkami pochodzącymi z wytłoczonego wina. Na koniec ptysie i babka drożdżowa ze śliwkami od Antolakowej. Do tego w tle szanty i piosenki Andrzeja Koryckiego, czujne spojrzenie dobrych i spokojnych oczu Mamy Ewy, drzemiące na półkach mądre książki o bogactwie świata i potędze ekonomii. Uczyła mnie nowych węzłów, ucieszyła się z nowej bransoletki jak mała dziewczynka, pokazała mi list z Rwandy od swojego adoptowanego sercem synka.
Wyjątkowo u Ewy czułam smaki i zapachy, co skończyło się, jak tylko opuściłam Ursynów. Wszystko odeszło. Znowu niczego nie czułam. Bólu w sumie też nie. Wspominałam tylko ostatni wyjazd na łódki z Mamą Ewą, podczas którego w czasie całego rejsu dzielnie sterowałam, mimo tego, że rozumiałam w zasadzie co czwarte słowo, które do mnie wypowiadała. Achtersztag, takielunek, fok, dżonka, zęza, keja (zwana przeze mnie uparcie pomostem), mordewind, hals, kabestan i ostrzenie kursu. Każdy przedmiot na łódce ma inną nazwę, każdy niespodziewanie został spektakularnie powołany do życia przez potęgę językowego fiat. Ewa wypowiadała do mnie osiem słów, z których rozumiałam np. czasownik "połóż" albo słowo "teraz". Cały czas przy sterze myliły mi sie kierunki, dopiero za sześćdziesiątym razem, kiedy łódka wykonywała zwrot, zorientowałam się, że w odpowiednim momencie ster trzeba odwrócić i kurs przytrzymać. Były dwa takie momenty, że łódkę tak niebezpiecznie przechyliło, że już widziałam siebie w wodzie. A Ewa w tym czasie, jak na damę przystało, opalała się na pokładzie, choć jednym okiem czujnie zerkała, czy nie mam przypadkiem zamiaru obu nas zabić. Jest morską wilczycą. Bez wątpienia. Nawet faceci gapili się na nią z podziwem, kiedy wpływała do wąskiego Skłodowa z gracją hiszpańskiej księżniczki. Ile ja miałam szczęścia, ze ją poznałam. Ile szczęścia, ze mi zaufała. Ile ja już się od niej nauczyłam i ile jeszcze nauczę.
Podczas jednego weekendu dowiedziałam sie więcej niż przez kilka tygodni intensywnej szkolnej edukacji. Przeraził mnie dwustuletni tunel, który utworzyły dęby rosnące przy drodze do Harszu. W nocy robiły niesamowite wrażenie jak z horroru. Ewa opowiadała kiedyś, jak nad ranem wyjeżdżała ze Sztynortu właśnie tą drogą, a przed nią kroczył zaspany bocian. nie chcąc przestraszyć lunatyka, zwolniła. Ponieważ bocianów jest na Mazurach tyle, ile niegdyś w miastach wróbli, moje piski na widok bocianiego gniazda wydawały się co najmniej nie na miejscu. Ale Ewa grzecznie zahamowała, żeby ptaka nie poganiać, Okazało się, że jak rozłożył skrzydła, nie jest się w stanie wzbić ponad korony, tak gęsto zachodzą na siebie korony starych drzew. Ewa jechała za nim dobre kilkaset metrów, zanim odpuścił i zszedł grzecznie na pobocze, przepuszczając jej srebrne kombi.
Słyszałam, jak nad ranem płaczą żurawie, jak wiatr zmienia kierunek i tłucze linami o maszt, jak powietrze drży od porannego powietrza w drodze do sanitariatu. Kiedy rano wyszłam na trawę, żeby się porozciągać i nie straszyć pozostałych żeglarzy, udałam się radośnie w kierunku rozkumkanego stawu, Jedna z żab samobójczyń wykonała podziwu godzien skok, który miał szansę osiągnąć wysokość mojego biodra, gdyby nie to, ze biedne zielone stworzenie uderzyło akurat o moje kolano. rzekotką w łękotkę. Żaba odbiła się ode mnie, wylądowała w trawie, po czym wyjrzała z niej, nadęła się, obrażona i skoczyła z powrotem do stawu.
Ruciane Nida i otwarcie śluzy, nieprawdopodobnie nieregularna architektura Mikołajek i straszące pustkami drogie apartamenty przy porcie, drzemiące Giżycko i keja pełna młodzieży, słoneczne przedpołudnie w Radziejach, a na koniec dumny i spektakularny Sztynort z drzemiącą w nim tajemnicą. Tyle Mama Ewa mi pokazała, tyle opowiedziała, tyle starała się nauczyć. tak to mi życie rekompensuje człowieka-kiełbasę i codzienne potyczki z bólem.
Codziennie jest gorzej. Widzę już, że terapeuci rozkładają ręce. Nic więcej nie są w stanie zrobić. Znów trzeba czekać na cud. Oby tylko obrać dobry kierunek i za wszelką cenę trzymać kurs. Byle dalej.
Niech się święci.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Hrabia Encorton
(źródło: http://www.sport.pl/boks/1,64992,7175332,Wislawy_Szymborskiej_sentyment_do_bokserow____Sobie.html)
Na początku tylko ból żołądka, bo z wlewów półlitrowych dożylnych z dnia na dzień przeszłam na doustny steryd w tabletkach w dawce szczodrze oszałamiającej. Moje ciało w pierwszej dobie zareagowało nań znoszeniem na prawo, uderzeniami gorąca, szumami usznymi i całym pakietem nagłych skutków ubocznych, które w Orłowskim napawały mnie wstydem i poczuciem hańby. Szczęśliwie zostałam zbadana przez panią neurolog, która zaproponowała kolejną konsultację, tym razem laryngologiczną ("że to ucho takie zrywne u pani"), ale przy okazji zaproponowała wykluczenie SM. Matko, tyle pomysłów na jedną 54-kilogramową wówczas Kasię. Bo i gruźlica wielonarządowa też przecież była, borelioza, sepsa nawet. Klęska urodzaju.
Moje pożycie z Encortonem
doszło pewnego dnia do momentu, w którym zdominował zupełnie moje
myślenie podczas pisania. Lubi mi szeptać słowa, które nic nie
znaczą, kiedy z kimś rozmawiam albo podsuwać małe lingwistyczne kłamstewka,
które napawają rozmówcę głębokim zdumieniem, że oto kontekst
taki, użycie takie, uzus niespodziwny.
Do czego to doszło, że
przed wysłaniem mejlu najpierw musiałam go napisać ręcznie w
zeszycie w kratkę, a potem przepisać słowo w słowo na klawiaturę
smartfonu. Żeby wstydu uniknąć, i słownego mezaliansu, sens
zachować. Pod koniec klepania w klawiaturę, kiedy moje skupienie
osiągnęło apogeum i byłam pewna, że mogę rozwiązywać równania
kwadratowe, nagle okazało się, że co drugie słowo pomyliłam,
przeinaczyłam, a jak już udało mi się takiego błędu nie
osiagnąć, to uderzałam w jakieś tony rymowane.
Juliusza poczęstowałam
wiadomością o treści: "jak to jesteś na L4? Ojej, to tak jak
Afgańska Siostra. Była nad rzeką wtedy, co Ty, widziała Cię, a
teraz ma gila". Wyszło na to, że na sam widok Juliusza można
złapać gila. Ogólnie sytuacja zabawna, ale paździerz, jeśli
wziąć pod uwagę to, że akurat wobec Juliusza szczególnie zależy
mi na tym, żeby ukrywać fakt bycia niespotykaną debilką. Żeby
chociaż te pozory stwarzać żałosne. Jul z właściwą sobie
elegancją i dystansem odpisał, że kobiety reagują na niego
różnie, a przeważnie nie reagują wcale, ale to mnie już nie
uratowało. Na co dzień betonuje mnie lobotomia, którą ktoś
pokątnie przeprowadził po moim urodzeniu, ale teraz Encorton w
całej okazałości obnażył moje braki intelektualne i żałosne
próby ukrycia faktu posiadania IQ wielkości ameby.
W piątek wyszłam ze
szpitala, w sobotę oswajałam się z tym, że oprócz łykania
prochów i robienia sobie regularnie jeść, muszę jeszcze na głos
mówić do siebie, co i jak, bo naraz dwóch czynności nie wykonam,
a jeśli już, to odwrotnie. W niedzielę zupełnie wieczorem się
rozsypałam. Ponieważ nachodziły mnie jakieś dziwne lęki,
słyszałam głosy, widziałam przy mojej choince na balkonie
Michaela Jacksona i myliłam słowa dokumentnie, schowałam się w
desperacji pod blat rozkładanego w kuchni stołu, wcisnęłam w kąt
pomiędzy szafki i czekałam tak trzy godziny, aż Encorton
przestanie huśtać korą moich nadnerczy. Na przemian płakałam i
śmiałam się, śpiewałam "Przypływ, odpływ" Anny Marii
Jopek, co mnie zazwyczaj uspokajało, patrzyłam w ekran telefonu ze
zdjęciami Tysi, Stasia i Heleny i na głos mówiłam ni to do nich,
ni to do siebie, że ciocia będzie dzielna, nie da się i jeszcze w
berka zagramy. A dla Heli obmyślałam kołysankę, ale przypominały
mi się jakieś piosenki żołnierskie piłsudczyków, potem piosenki
Babci z tęsknym refrenem o małym domku daleko za miastem i
suterenach, gdzie nędza i głód. Potem nagle uznałam za stosowne
recytować na głos wierszyki z lekcji angielskiego z podstawówki
"Who stole the cookies from the cookie jar", co przyjęłam
z przerażeniem i wygrzebałam się z głuchym jękiem spod blatu.
Złapałam post-ity i zaczęłam spisywać po kolei, co mam zrobić
następnego dnia. A logistyka była niewąska. Od rana miałam pójść
odbić na ksero dokumenty, wziąć pieniądze z bankomatu, naładować
kartę miejską, bo wypłata stopniała mi w jednej czwartej na same
taksówki, potem miałam przemieścić się przez jakieś cztery
dzielnice, przybyć do Instytutu i jeszcze spróbować opowiedzieć o
mojej chorobie. A to wszystko w masce, ze skasowaną odpornością,
słaba, przerażona, z wyjątkowo uciążliwym wtrętem encortonowym
i wspomnieniem hasła "zaciekle walczyliśmy o pani życie".
Dużo. Bardzo dużo.
W poniedziałek, czyli trzy dni po wyjściu ze szpitala zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu. Po kolei odhaczałam na kartce: zjedz śniadanie, zrób sobie kanapkę do torby, zabierz ze sobą krople do oczu i wodę mineralną, tabletki, zabierz dokumenty, historię choroby, portfel, telefon. Na wierzchu zostawiłam kartkę z moim imieniem, nazwiskiem, adresem, telefonem do Ewy i informacją, że nie uciekłam z Tworek, tylko biorę Encorton. Jak na złość do dokumentacji pchałam rachunek za gaz (cztery razy), zastanawiałam się, do czego służy ten brzęczący przedmiot, którego nazwę przypomniałam sobie po męczącej półgodzinie (a to były klucze. Po prostu), oblałam moją żałosną sytuację czterokrotnie łzami, wpadając jednocześnie w panikę, że oko za chwilę znów się zaróżowi, a już na progu wyjęłam z torby folię cynkową do kanapek, która wylądowała tam nie wiadomo w jakim celu. Sto pociech. Jak teraz na to patrzę. Owego dnia nie było mi do śmiechu ani trochę. Czułam fizyczny strach. A Iwonka mówi przecież, że złe myśli ściągają złe wydarzenia, bo nasza podświadomość nie odróżnia tego, co chcemy od tego, czego nie chcemy, tylko pomaga nam realizować to, o czym myślimy. Myśl o świetle. Przyczepiaj się się do jasnych punktów.
Po pięciu dniach od wyjścia ze szpitala cudowny lek XXI wieku zaczął traktować mnie zdecydowanie łagodniej. A raczej zaczął przesączać do mojego mózgu nieprawdopodobną ilość substancji, która działa jakieś czterysta pięćdziesiąt razy mocniej niż czekolada i dwieście razy bardziej niż endorfinowy kop po wygraniu maratonu (nigdy go nie przebiegłam, ale znam takich, którzy to zrobili i takie jest ich świadectwo). Po korze nadnerczy rykoszetem dostały grasica i szyszynka. Nagle wszystko zaczęło mi się składać w jedną wielką harmonijną całość: świat, ludzie, tajemnica istnienia, opalizujący wokół mnie obłok cudu i jakiejś nieprawdopodobnej czystości i świętości.
Wszystko zaczęło mieć nagle swój sens i czas, zaczęłam uśmiechać się do ludzi na ulicy, ba, jak kwitnąca kretynka nawet do płyt chodnikowych, zaczepiać psy, dzieci, patrzeć w oczy nieznajomym, zachwycać się siedzeniem w tramwaju, wszędzie widzieć doskonałość Boskiego Planu. Baruch Spinoza przy moim obecnym wywindowanym poziomie mentalnym dostałby zadyszki po pierwszym okrążeniu. Co tam Spinoza, Heidegger też by odpadł, bo wszystko tylko gmatwa.
W mojej głowie odbywa się nieustanny tętent myśli, pomysłów, genialnych fraz, słów, które muszę wypowiedzieć, jak pacjent z wyrokiem Tourette'a. Strzykam słowami, drzyzgam frazami, wypluwam sylaby, krztuszę się od nadmiaru zdań, śpiewa we mnie język. Jeszcze w Orłowskim dowiedziałam się, że w nocy recytowałam dane rynkowe, a jak zagorączkowałam, cały oddział przychodził posłuchać, jak robię przegląd poezji polskiej przez Norwida, Staffa, Leśmiana i Szymborską, na koniec okraszając wszystko sonetami Petrarki po włosku. Z fascynacją słuchały mnie nawet salowe oparte o mopy, bo takiego pacjenta na okulistyce jeszcze nie było i pewnie jeszcze długo nie będzie.
Wygaduję nieraz nieprawdopodobne głupoty, nie mam nawet czasu przeanalizować ich piramidalności, bo generuję kolejne. Rymuję, chichoczę, mówię to, czego nie odważyłabym się powiedzieć nawet po alkoholu. Kilka przykładów. W Wielką Sobotę uczestniczyłam w warszawskiej tradycji odwiedzania Grobów Pańskich na Krakowskim Przedmieściu i na Starym Rynku. Przygarnięta przez mamę Ewę kroczyłam dumnie, bo oto ja, słoik, napływowa, leming czy jak tam nas rodowici nazywają, kroczę u boku ślicznej, eleganckiej, stylowej Ewy, zostaję przedstawiona wiceprezesowi banku, w którym mam kredyt (tak, stało się, wypowiedziałam to na głos prosto w jego zdumione profesjonalne oczy), a potem wpadam na pomysł, żeby zabrać Ewę na gofry z bitą śmietaną i owocami. Mama Ewa pokazała mi, że za węgłem brała pierwszy ślub cywilny, po czym usiadła ze mną na schodkach na rogu Zapiecka i po prostu zjadła gofra za siedem polskich złotych. W pięknych spodniach od jakiegoś projektanta, stylowej kurteczce, w biżuterii, która pewnie przekracza wartość mojego mieszkania. Ja się ulałam bitą śmietaną, co przyjęłam z radosnym rechotem dzikusa, Ewę atakował w tym czasie jakiś bezczelny hipoglikemiczny gołąb. Za naszymi plecami siedział rycerz. W sensie pan przebrany za rycerza, który zarabia na chleb w ten sposób, że można sobie zrobić z nim zdjęcie. Jadł kanapkę, miał przerwę, w końcu też człowiek. Po konsumpcji gofra otrzepałam się, podniosłam w dwie sekundy (w lutym zajęłoby mi to ok. 15 minut), wyrwałam zdumionej Ewie aparat i wcisnęłam Panu Rycerzowi, sama już ustawiając się do zdjęcia z Ewą. Zanim pan zdążył zaprotestować, wyszczerzyłyśmy sie do niego, a podczas wciskania migawki zaburczał pod nosem, że to jemu się zdjęcia robi. W międzyczasie ubawiony surrealizmem tej sceny Koreańczyk cyknął fotę całości: rycerz dotychczas zawodowo fotografowany robi zdjęcie dwu blondynkom (jednej ulanej śmietaną). Pan Rycerz kątem oka przyuważył zbrodniarza i zaczął wykrzykiwać: "give me money! No money-no photo!" W tym czasie przechwyciłam od Pana Rycerza aparat i śmignęłyśmy zmartwychwstawać do kolejnego grobu.
W Instytucie do trzech panów, krążących po ogrodzie w kółko, zakrzyknęłam "siemano, Shawshank", czym wzbudziłam wyjątkowe zainteresowanie płci przeciwnej, choć seksbombą nigdy nie byłam, nie pretendowałam nawet, a panowie odwiedzili nas w naszej więziennej sali i wyszli dopiero ciemną nocą. W sali były dwie dziewczyny o niebo bardziej atrakcyjne ode mnie, ale najwyraźniej to właśnie furie sterydowe i wszelkie odstępstwa od normy powodują szybki wzrost zainteresowania. nie bez kozery w cyrkach pokazywało się w klatkach kobiety z brodą, ludzi-słoni i inne wynaturzenia.
Gdyby nie Encorton, nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Z różnych powodów. Lek spowodował u mnie jakieś zdziecinnienie wyobraźni, wyostrzenie zmysłów, ale nade wszystko zupełnie mnie odarł ze strachu i obecnego jeszcze w mojej wersji embrionalnej poczucia winy. Za wszystko. Nawet za to, że deszcz pada.
Mówię to, co myślę, nie bacząc na konsekwencje, okazuje się, że niejednokrotnie powoduje to uśmiech u rozmówców, bo lekarzy już nieco niepokoi (po oficjalnym ogłoszeniu diagnozy w Instytucie zamiast zalać się łzami, dostałam ataku śmiechu z radości, że oto ogłoszony został sens mojej siedemnastoletniej drogi krzyżowej, aż spadłam z łóżka i wturlałam się podeń, przerażając rezydentkę i współspaczkę).
Tatę Artura tak wyściskałam (lek dodaje mi tyle siły, że sama jej nie czuję, za to otoczenie narażone jest na połamanie kości), że nieomal wyszły mu oczy na wierzch, a przy pożegnaniu zasłaniał się, jakbym miała oderwać mu głowę. Wcześniej zakrzyknął: tylko ostrożnie! Biedny Tata. A ja tak po prostu z miłości.
Są dni, kiedy steryd tak szaleje, że robię kilka rzeczy naraz, żadnej nie mogę skończyć, a w rezultacie wszystko leci mi z rąk, niszczę coś albo powoduję dewastację otoczenia. Tak się stało bodaj ze trzy dni temu, kiedy jedną ręką złapałam półkę pod lustrem w łazience, weszłam na brodzik, nie wiadomo dlaczego skrzyżowałam ręce, drugą otwierałam lufcik, wcześniej nie zamknęłam klapy od sedesu, a cała zawartość wąskiej półki zjechała jak drinki w barze prosto do sedesu, wcześniej wymytego żrącym płynem do eksterminacji bakterii. Wśród nich nie tylko moje kremy do twarzy, bo to by było akurat mało efektowne i niewystarczająco żałosne, ale wszystkie moje bezcenne specyfiki do oczu za jakieś potworne pieniądze. Wszystko wturlało się z pięknym plumknięciem, ale steryd pozwolił mi zanurkować błyskawicznie i ratować najpierw krople. Znienawidzony tropicamid był już do wyrzucenia, ale, szczęście w nieszczęściu, w szafce miałam drugie opakowanie, steryd nie trafił do muszli, tylko poturlał się grzecznie pod ścianę, kremik do cery naczynkowej wyłowiłam, a nawilżający odratowałam, urządzając jego tekturowemu opakowaniu niegodny pogrzeb w torbie do segregacji śmieci. Czyli jednak mój Anioł Stróż ma przekichane ze mną.
Po pięciu minutach poparadowałam do kuchni robić jajecznicę. Pięknie wysmażoną tuż po zakończeniu całej cieplnej obróbki wywaliłam jeszcze na płytę gazową. Ot, tak, przechyliłam patelnię do góry nogami, a kto mi zabroni? I wtedy stwierdziłam, że muszę usiąść i policzyć do pięciu tysięcy, bo inaczej albo przebiję się do sąsiada, albo wyrwę okap, albo jakiś inny śmiercionośny pomysł wpadnie mi do głowy.
Moje normalne ciśnienie to 96/54. Od dziecka lekarze pytali, czy ja w ogóle żyję (tak dla odmiany, bo ostatnio też się zastanawiali, ale nad tym, jak rzut przeżyłam). Steryd spowodował podniesienie ciśnienia najpierw do 110/90, co jest wynikiem modelowym u normalnych pacjentów, ale u mnie oznacza już tachykardię i fuksję na policzkach. Automatycznie odcina mnie od dopływu kawy i innych używek, a i określa sposób, w jaki mam oddychać i się poruszać. Czyli muszę myśleć o dodatkowych czynnościach, a to oznacza hulaszcze zapędy sterydu. I ogólnie katastrofę, a kto wie, czy nie zagładę ludzkości wcześniej czy później.
W dniu wypisu tak tętniłam ciśnieniem (120/95), że Agnieszka chciała wzywać lekarza. Spacyfikowałam się na łóżku, okręcając bluzą jak kaftanem bezpieczeństwa, wypiłam wodę, ale to były jedyne dostępne mi środki. Zdecydowanie łatwiej podbić ciśnienie niefarmakologicznie niż je obniżyć. Pani doktor pogroziła mi palcem, że steryd jest zdradliwy i oprócz tego, że kasuje mi odporność, bardzo mocno osłabia serce, a ja w żaden sposób tego nie jestem w stanie tego wyczuć, bo jedna czynność powoduje u mnie automatycznie chęć podjęcia kolejnej, jeszcze bardziej energetycznie wyczerpującej. Masa domaga się rzeźby i tyle, a społeczeństwo jest niemiłe.
Na pożegnanie wywaliłam z siebie półtora tysiąca słów w dwie minuty, przepraszając co chwilę, a pani doktor powiedziała, że w tej chorobie ustawowo przysługują mi konsultacje psychiatryczne i że to niekoniecznie Encorton, bo może ja z zasady jestem gaduła.
To, czego dosyć poważnie się obawiam, to powrót do pracy, bo lek działa jak serum prawdy. O ile dawna Kasia bywała złośliwa i cyniczna, o tyle próbowała jeszcze wiele rzeczy owijać w bawełnę albo dla przyzwoitości wyszukiwać w pamięci co bardziej soczyste eufemizmy. Z Encortonem nie mam szans. Jeśli ja czegoś nie powiem, zrobi to on. Albo powie po swojemu. A zawsze mnie wyprzedzi. Boję się, że mój wrodzony niewyparzony język w połączeniu z bezczelnością sterydu napyta mi biedy w pierwszym tygodniu w pracy i to wcale nie jest przesada. Jak znam życie, dyrektora od reklamy poczęstuję na dzień dobry taką złośliwością, że albo pójdzie się powiesić, wrażliwy to człowiek przecież, albo zrobię sobie w nim wroga do końca moich dni, bo tej w firmie będą już niebawem policzone. Bóg jednak czuwa - naczelny idzie na urlop od tego tygodnia (jeżeli mnie pamięć i steryd nie mylą), więc może mi się jednak choć częściowo upiecze.
Nie jestem sama. Nagle wokół mnie rozmnożyło się tylu dobrych i uczynnych ludzi, tyle zjawisk, pragnień i uniesień. Do końca życia będę już współegzystować ze spondyloartropatią osiową, póki nie stanie się obwodową (odpukać). Od kilku tygodni poznajemy się z trudnym partnerem życiowym, ale jego dawkowanie zmniejszam o 5 mg co tydzień. Mamy swoje wzloty i upadki (ha! tych pierwszych zdecydowanie więcej), ale trzeba przyznać, że jak na związek z rozsądku i lekarskiej ordynacji radzimy sobie nawet nieźle. Póki co zaokrągliła mi się tylko twarz, większych zmian w ciele nie zauważam (no, bary mi się rozbudowały nieco), trochę pobolały kolana, ale skoro próg bólu mam taki, jak noszący pasy Szahida, to w ogóle o czym ja tu deliberuję?
Kiedyś pewnie zatęsknię za wyczynami Hrabiego, ale ostatnie tygodnie pokazały mi, że człowiek musi się cieszyć tym, co ma, tu i teraz, bo za chwilę może tak dostać do wiwatu, że nawet JUK 25/6 wyda się przy tym ekskluzywnym ośrodkiem SPA.
Na osłodę - Wisełka z tomu "Sobie a guzom" (skoro już mi blisko do sportowca):
Który skrzywdziłeś boksera prostego
śmiechem nad klęską jego wybuchając,
bandę szyderców wokół siebie mając
na pomieszanie dobrego i złego -
nie bądź bezpieczny. Bo bokser to bokser.
Możesz go zabić bez cienia rozterki,
ale pamiętaj - zostaną bokserki
Który skrzywdziłeś boksera prostego
śmiechem nad klęską jego wybuchając,
bandę szyderców wokół siebie mając
na pomieszanie dobrego i złego -
nie bądź bezpieczny. Bo bokser to bokser.
Możesz go zabić bez cienia rozterki,
ale pamiętaj - zostaną bokserki
czwartek, 17 kwietnia 2014
Dół skrzydłowo-podniebienny
Dzisiaj wróciłam do domu z Instytutu Reumatologii.
Niesiona nieuzasadnioną radością z wyroku i encortonowym czadem.
Po trzecim wlewie Solu Medrolu, jeszcze w Orłowskim, dowiedziałam się, że Gabriel Garcia Marquez trafił do szpitala z zapaleniem płuc. Poczułam z nim silną więź, jak to chory z chorym, miłośnik życia i wolności z autorem traktatu o smutnych dziwkach i opowieści o potędze miłości w Macondo.
Już w domu dowiedziałam się, że pisarz wrócił do siebie, jak ja. Kurzy fajkę, przegląda gazety, szeleści kapciami i otula się kocem. Jak ja.
Dziś wieczorem dowiedziałam się, że zmarł. Miał 87 lat.
Pio na hasło "wielcy odchodzą. Pora umierać" odpowiada: "pora ich zastąpić".
Nie śmiałabym dzisiaj zacytować Pio.
Dziś w tym samym czasie, co ja, Fantom zamieścił w głupim Facebooku zdjęcie kwitnącej Warszawy.
Hołd oddaję autorowi najważniejszego póki co literackiego cytatu w moim życiu:
"Najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie twoja."
Cud dziewczyna
W ciągu ostatnich kilku
tygodni tyle razy w życiu usłyszałam słowo "cud", że
naprawdę zaczęłam się już z nim oswajać. Same cuda, jeden za
drugim, potem worek z cudami, co rozsypał się hojnie, aż się
przestraszyłam, jak ja z tego worka wszystko ogarnę, jak tam do
środka zanurkuję, jakim cudem zagarnę całe to mirakulum na
szufelkę.
Zaczynamy gorący ranking
cudów – to nie konkurs, ale plebiscyt, w którym do wygrania coś
więcej niż przereklamowane volvo.
Cud numer 1:
"To cud, że wyszła
pani z tego rzutu."
Tyle razy od kilkunastu niezależnych lekarzy usłyszałam właśnie to hasło, że później przestało mnie już sromotać, a w jego atmosferze puchłam z zadowolenia i zachwytu. Skoro to cud, że przeżyłam, to i sama częścią tego cudu jestem i nimb chwały pokrywa mnie eteryczną powłoką genialności i wyjątkowości. Po raz pierwszy w życiu naprawdę wzbudzam czymś niewymuszone zainteresowanie. Prawie trzydzieści lat na to czekałam. Warto było.
Tyle razy od kilkunastu niezależnych lekarzy usłyszałam właśnie to hasło, że później przestało mnie już sromotać, a w jego atmosferze puchłam z zadowolenia i zachwytu. Skoro to cud, że przeżyłam, to i sama częścią tego cudu jestem i nimb chwały pokrywa mnie eteryczną powłoką genialności i wyjątkowości. Po raz pierwszy w życiu naprawdę wzbudzam czymś niewymuszone zainteresowanie. Prawie trzydzieści lat na to czekałam. Warto było.
Cud numer 2:
"Nie ma żadnych
podstaw fizjologicznych, medycznych przesłanek do tego, że
chodzisz. To jest niemożliwe, żeby na tym etapie zniszczeń w
kościach i kręgosłupie ruszać jakąkolwiek kończyną".
Tadaaam. A jednak potrafię.
Nie mam szczeliny pomiędzy kością udową a resztą stawu, nie
wiadomo, jak ona się tam w środku rusza, siłą woli chyba,
kręgosłup od dołu pożarła choroba, jest zabetonowany na czysto,
głowa kości udowej po czterech operacjach przypomina grzechotkę z
torbielami, które po wchłonięciu się powinny na powierzchni kości
pozostawić krajobraz księżycowy. A tu od marca, odkąd uruchomiły
mnie Złote Ręce Iwonki, chodzę, ba, nawet biegam, na pohybel
wszystkim i wszystkiemu, na złość tym, co nie dowierzają, zupełnie
wbrew sobie i na przekór ludziom.
Pani doktor podkreśliła również, że gdyby nie Iwonka, byłabym już sparaliżowana. Oddałam Jej moje ciało, a Ona oddała mi moje życie. Ot, tak, jak oddaje się przeczytaną książkę.
Pani doktor podkreśliła również, że gdyby nie Iwonka, byłabym już sparaliżowana. Oddałam Jej moje ciało, a Ona oddała mi moje życie. Ot, tak, jak oddaje się przeczytaną książkę.
There are so many people out
there, who will tell you that you can't. All you have to do is turn
around and say: watch me.
Cud numer 3:
"Wszystkie badania
wskazują, że nadal jest pani w fazie rzutu choroby, ale to, jak
zachowuje się pani ciało, wskazuje na okres remisji. I nikt nic z
tego nie rozumie".
Szanowni Państwo, proszę
jeszcze dodać do tego dwa miliony innych cudów z półki casual, bo
ten przykład to wyraźnie premium. Chciałam jeszcze zauważyć, że
zupełnie inaczej niż reszta ludzkości po przyjęciu Encortonu nie
tyję, a chudnę, przyjmuję w pokorze pędzlowanie gardła gencjaną
zamiast kolejnego antybiotyku, wreszcie noszę sama zakupy, myję się
bez problemu, a w Instytucie Reumatologii zamiast noszowego rozwożę
na wóżkach inwalidzkich innych pacjentów na USG i inne
skomplikowane zabiegi w celach diagnostycznych. Uśmiecham się,
wreszcie się uśmiecham, bo nie boli. Może nie boleć. Nie musi
boleć.
Cud numer 4
Przyjęcie do Instytutu
Reumatologii
Ludzie czekają na przyjęcie
tutaj miesiącami. Skręceni artretyzmem, pokonani przez ischias,
skomplikowane schorzenia reumatyczne, bagatelizowane na co dzień w
mediach i przez wycofanych w środkach lokomocji podróżnych,
sponiewierani, zniszczeni, zgnębieni i skurwieni przez ból,
poniżeni przez cierpienie żebrzą o miejsce w sercu kwitnącego
Mokotowa, czekając na znak nie wiadomo skąd.
Skierowanie do Instytutu
dostałam z Orłowskiego ostemplowane, obrandowane, podpisane krwią
i opatrzone hasłami "na cito", "pilne",
"natychmiast" i "było zejście". Coś mi mówiło,
że się uda, ale tłukło się we mnie jeszcze gdzieś przekonanie,
że przecież tyle szczęścia naraz to aż za dużo, nie wypada i
jakże to tak, bo jak się odwdzięczę. W poniedziałek po piątkowym
wyjściu z okulistyki spanikowana pojechałam na Mokotów,
zasłaniając usta maską, chowając się pod chustką i pocąc się
w autobusie w zimowej kurtce. Na dźwięk czyjegoś kichnięcia
dostawałam spazmów ze strachu, że oto ktoś za chwilę nakicha mi
w moje udręczone i niedowidzące wciąż oko, sprzeda mi kolejnego
bakcyla, bo skoro już mam skasowaną odporność, z przyjemnością
przeszczepi mi wirusa ptasiej grypy, sars albo inną XXI-wieczną
cholerę, która już teraz na pewno położy mnie płasko na
katafalku.
Do Instytutu doszłam aż z
Woronicza, co jeszcze trzy miesiące temu było absolutnie nie do
zrobienia. Zobaczyłam, jak wiosna śpiewa, kwitną kwiaty, strzeliły
forsycje, a jak spod maski wychylę nos, czuję słodki zapach
jabłonek i młodej zieleni.
Chwilę słabości miałam
jeszcze na podjeździe dla karetek, przy izbie przyjęć. Padłam tam
na kolana, zanosząc się płaczem, pomna tego, że w plecaku mam
teczkę, a w niej kartkę na wszelki wypadek: że nazywam się tak i
tak, mieszkam tu i tu, nie jestem wariatką, tylko biorę encorton,
jestem chora i potrzebuję pomocy. Sama do siebie powiedziałam na
klęczkach: "tutaj mi pomogą". Zachlipałam jeszcze
żałośnie ze trzy razy, aż poczułam, że ktoś kładzie mi rękę
na ramieniu i mówi do mnie: "Dziewczyno, wstań".
Poruszona biblijnym źródłem tych słów podniosłam głowę i
zobaczyłam nad sobą młodego ratownika medycznego, który łagodnie
się uśmiechał, a może po prostu miał ze wszystkiego kupę
śmiechu. Wstałam z kolan i dziarsko pomaszerowałam do izby
przyjęć.
Pani doktor zbadała mnie,
przyjrzała mi się, wysłuchała, jak mylą mi się słowa i
przepraszam ją po tysiąckroć i tłumaczę, że to nie
hipochondria, ani nie jestem wariatką, tylko to leki, leki tak
działają, ale mogę powtórzyć, gdyby coś było niejasne, tu jest
cała historia choroby, zgromadziłam wszystko, co mogłam, mogę
jeszcze coś donieść. Że etap myśli samobójczych pod wpływem
bólu mam już za sobą, że odkąd nie jestem już jednym wielkim
zapaleniem, wraca, powoli wracają mi radość i chęć życia, i
chcę walczyć z tą chorobą, i obiecuję, że siły w sobie znajdę,
żeby jej łeb ukręcić, kontrolować rzuty i nie dopuścić do
tego, żeby po raz kolejny oślepnąć. Ale nie myśli pani, że
sobie wmawiam cokolwiek, prawda?
Pani doktor spojrzała na
mnie spokojnie, profesjonalnie, badając mnie wcześniej po kawałku,
cierpliwie, bez zbędnych emocji, ale też bez ruchów mechanicznych
i na pamięć wyuczonych. Po czym powiedziała: proszę mi wierzyć,
jest pani jedną z bardziej chorych osób, która trafiła do
Instytutu. Podejrzewam, co to może być, ale z tą chorobą można
żyć, a w pani widać wielką siłę, bo jeśli wyszła pani z
takiego rzutu, to znaczy, że stał się cud (sic!). I pani siła
woli musiała panią z tego wyciągnąć, ale tylko dlatego, że
miała pani dobrą rehabilitantkę. Ustalam przyjęcie na czas do
dwóch tygodni. Zrobimy wszystko, żeby się udało.
Oczywiście pomyślałam
sobie: pewnie coś się obsunie, bo kontrola jutro u laryngologa o
11, wcześniej Otwock z Mamą Ewą, w czwartek kontrola u okulisty,
milion zaświadczeń, jakieś wypadki dodatkowe i może trafię do
Instytutu w czerwcu, po urodzinach, ale już do części niskopiennej
z prosektorium. Coś mnie jednak zaczęło nieść, jakaś siła,
która wypchnęła mnie ze Spartańskiej, zaniosła do GalMoku,
kazała ściąć włosy na potarganego rekruta i ugotować sobie w
domu zupę.
Czekałam każdego dnia
cierpliwie, zastanawiając się, jakimi drogami mogłabym dotrzeć do
Instytutu i podpytać, czy jest szansa na przyjęcie przed Świętami.
Kiedy w piątek zaczęłam atakować od poranka, pani w recepcji
powiedziała mi, że raczej można się spodziewać przyjęcia w Lany
Poniedziałek. Nie bardzo mi to odpowiadało, jeżeli w ogóle można
mówić o takiej instytucji, że cokolwiek może człowiekowi
odpowiadać. Musiałabym wrócić do pracy, rozgrzebać ze trzy
teksty, narazić się na encortonowy wstyd, a potem, po malowaniu
jajek, wynieść się z powrotem na Spartańską. Rwane to, ale jak
się uprzeć – realne. Coś mi w środku jednak mówiło, że
fajnie byłoby odważyć się liczyć na więcej i na to, że uda mi
się wbić na diagnostykę jeszcze przed Świętami.
W piątek miauczałam
jeszcze pani z sekretariatu, że tak cudnie by się złożyło,
gdybym trafiła do nich jeszcze przed Świętami, że jak trzeba, to
ja i Święta odwołam, ale chcę zacząć leczenie już teraz, a nie
odłogiem leżeć nieustannie albo wracać do pracy na raty. Kilka
razy dzwoniłam, potem kazali mi dzwonić po 14, zadzwoniłam
oczywiście przed, jeszcze nic nie wiadomo, nie mogłam wytrzymać w
domu, więc pojechałam do centrum i krążyłam po Empiku na
Marszałkowskiej. Mało ludzi, małe prawdopodobieństwo nakichania w
oko, ale za to przestrzeń duża i w razie czego – ma kto zadzwonić
po pogotowie.
Zadzwonili. I pierwsze słowa
pani z recepcji: "no pani Kasiu, cud się jakiś stał, że
udało się panią wcisnąć. A już wszyscy tu panią znają.
Wszyscy już o pani mówią. Proszę jutro zabrać swój kubeczek,
sztućce, strój u nas obowiązuje swobodny. Przyjęcie ma pani
jutro. I do zobaczenia". W dziale reportażu padłam swoim
ostatnim zwyczajem na kolana, a wzrok zatrzymał mi się na wysokości
nowego zbioru reportaży Joanny Bator, którą zresztą spotkałam w
sklepie dwa dni wcześniej. Kupowała podkoszulek. Zdumiona byłam
tym, że genialny pisarz korzysta z dobrodziejstw upraw bawełny
ekologicznej, bo przecież czyż nie powinno być tak, że ubiera się
w tkaniny z chmur?
Znała moje nazwisko. Ale to mniejszy pocisk niż podkoszulek z H&M za 19,9 zł.
Znała moje nazwisko. Ale to mniejszy pocisk niż podkoszulek z H&M za 19,9 zł.
Cud numer 142632849
"Sto pociech z tobą,
takie nic, nieuczesana zawsze, niedoprasowana jak psu z gardła
wydarta, patrz, jak stoisz, nieładnie siedzisz, kto tak siedzi, dama
na pewno nie; z Bałut jesteś? Z tym wstydem umrzesz; siad,
napiszesz tekst na pojutrze, co mnie obchodzi, że masz milion innych
rzeczy, ja mam event; niech sobie pani nie wyobraża, pani Kasiu, że
pani coś naprawdę znaczy, takich jak pani to tu na pęczki; fajnie
nawet piszesz, ludzie chcą to czytać, nawet mejle jakieś przyszły
do redakcji, że wreszcie teksty do rzeczy, ale my potrzebujemy
nazwiska, a ty nie masz nazwiska, muszę ci odebrać rubrykę,
kochanie; zastrzyk w oko? Teraz? O, kurwa, źle... Nie widzisz? A
przez telefon możesz podyktować tekst?"
Takie nic, a nade mną sztab lekarzy. Najlepsza opieka. Najlepszy w Polsce Instytut. Najczulsze pielęgniarki. Najlepsze ręce. Najserdeczniejsze telefony. Tylu ludzi wokół mojego łóżka. Nieustanna obecność Agi i Marcina, troska Kamili i Maćka, Złote Ręce Iwony, spojrzenie i ciepły policzek Afgańskiej Siostry na wojnie odnalezionej, belgijskie jajka czekoladowe od Złotosercnej Krysi, sernik z wiśniami od Mamy Ewy, drżący głos Taty Artura, spokojna ręka Doktor Jasik na mojej głowie, zdumione spojrzenie Doktora Batmana, nieustannie krążące wokół mnie salowe, czujne spojrzenia pielęgniarek, wnikliwe analizy lekarskie, najdroższe badania, uśmiechy w windzie, "może pani pomóc?", "proszę nie dziękować, to moja praca", "pani się to przecież należy", "oczywiście, że nie robi pani kłopotu, przecież ma pani prawo tego wymagać", "na dobro nie trzeba zasługiwać", "jesteś dla nas ważna" – prawie trzydzieści lat żyłam w przekonaniu, że prosić o pomoc to wstyd, że proszenie o pomoc to oznaka słabości, że już sam fakt mojego przyjścia na świat jest wystarczającym faux pas, że jak jeszcze czegoś wymagam, to już się losowi narażam, trzaśnie mnie po łapach za to wcześniej czy później. Przez prawie miesiąc byłam najważniejsza. Najpierw mnie to uwierało, nie mogłam sobie z tym poradzić, nie wiedziałam, jak się w tym odnaleźć, a potem okazało się, że jednak mogę to wszystko przyjąć, a potem podzielić, a tym samym pomnożyć. Popchnąć dalej. Rozdać innym. Sięgnąć głęboko do worka z cudami i sypnąć szczodrze. I taka jest w tym radość, taka harmonia, siła kosmiczna, że rozjaśnia mi myśli, porządkuje światopogląd, kasuje głupie i bezsensowne pytania, a każe zatrzymać się na geście prostym jak podanie ręki. Na tym, co ważne. Cielesne i duchowe jednocześnie. Ludzkie. Wieczne.
Takie nic, a nade mną sztab lekarzy. Najlepsza opieka. Najlepszy w Polsce Instytut. Najczulsze pielęgniarki. Najlepsze ręce. Najserdeczniejsze telefony. Tylu ludzi wokół mojego łóżka. Nieustanna obecność Agi i Marcina, troska Kamili i Maćka, Złote Ręce Iwony, spojrzenie i ciepły policzek Afgańskiej Siostry na wojnie odnalezionej, belgijskie jajka czekoladowe od Złotosercnej Krysi, sernik z wiśniami od Mamy Ewy, drżący głos Taty Artura, spokojna ręka Doktor Jasik na mojej głowie, zdumione spojrzenie Doktora Batmana, nieustannie krążące wokół mnie salowe, czujne spojrzenia pielęgniarek, wnikliwe analizy lekarskie, najdroższe badania, uśmiechy w windzie, "może pani pomóc?", "proszę nie dziękować, to moja praca", "pani się to przecież należy", "oczywiście, że nie robi pani kłopotu, przecież ma pani prawo tego wymagać", "na dobro nie trzeba zasługiwać", "jesteś dla nas ważna" – prawie trzydzieści lat żyłam w przekonaniu, że prosić o pomoc to wstyd, że proszenie o pomoc to oznaka słabości, że już sam fakt mojego przyjścia na świat jest wystarczającym faux pas, że jak jeszcze czegoś wymagam, to już się losowi narażam, trzaśnie mnie po łapach za to wcześniej czy później. Przez prawie miesiąc byłam najważniejsza. Najpierw mnie to uwierało, nie mogłam sobie z tym poradzić, nie wiedziałam, jak się w tym odnaleźć, a potem okazało się, że jednak mogę to wszystko przyjąć, a potem podzielić, a tym samym pomnożyć. Popchnąć dalej. Rozdać innym. Sięgnąć głęboko do worka z cudami i sypnąć szczodrze. I taka jest w tym radość, taka harmonia, siła kosmiczna, że rozjaśnia mi myśli, porządkuje światopogląd, kasuje głupie i bezsensowne pytania, a każe zatrzymać się na geście prostym jak podanie ręki. Na tym, co ważne. Cielesne i duchowe jednocześnie. Ludzkie. Wieczne.
Z cudów pomniejszych i do
ramki wyciągniętych:
W ciągu jednego tygodnia,
niepełnego zresztą, po powrocie do domu z drugiej strony,
załatwiłam więcej rzeczy niż w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
Objechałam wszystkie biblioteki, złożyłam pokłon ulicy
Słupeckiej, dotarłam do piekarni na Francuskiej, w której pożarłam
ciepłą jeszcze bułkę z nadzieniem morelowo-migdałowym, oprawiłam
wreszcie obrazy – jeden z aukcji dla Julii, drugi od ojca Van Den
Berga, a na kilkanaście minut przed udaniem się do Instytutu
kupiłam Ewie kurtkę w kolorze delikatnego różu, którą
określiłam jako wdzianko dla My Fair Lady. Przemiła sprzedawczyni
patrzyła na mnie oniemiała, bo wybrałam najpiękniejszą kurtkę i
powinna być również najdroższą, a tu okazuje się, że cena jest
o połowę niższa niż na pozostałych towarach. W aptece obok
kupiłam specjalną pastę do zębów, za którą złaziłam nogi i
jak na złość nie mogłam jej dostać od kilku tygodni, a doktor
Sylwia powiedziała, że bez tej pasty z zębami się pożegnam po
tym, co w zębinie wyczynił Nimesil.
Po raz pierwszy od kilku
miesięcy nie przeraża mnie fakt konieczności posprzątania
mieszkania, mało tego, robię to z przyjemnością, wyrzucenie
śmieci nie jest dla mnie problemem, otwarcie okna, wytrzepanie
dywanika, zgniecenie butelki, przychylenie się po upadłą
chusteczkę, wejście do tramwaju, półpiętro z szafką na listy –
do tej pory rzeczy, na które machałam ręką, odpuszczałam, bo ból
mi na nic nie pozwalał. Jak upadło, tak leżało. Przychylałam się
przy okazji, jak upadło już kilka rzeczy i kwestia ekonomiczna
zmuszała mnie do tego, żeby za jednym zamachem stertę brudów
zgarnąć, bo wtedy boli raz, a dobrze, a nie dobrze, a wielokrotnie.
Poszłam nawet do banku,
obsłużyłam wpłatomat, zeskoczyłam w przypływie samozachwytu z
krawężnika, z otwartymi ustami patrzyłam, jak spacerują po
wiosennej trawie rudziki, pąki strzeliły kleistymi sokami tuż pod
moim oknem, zaglądają mi do mieszkanka, trawa pachnie, kwiaty
wariują kolorami, gołębie tańczą dzikie miłosne tańce. Bez
problemu się myję, kładę spać, przewracam z boku na bok i
znajduję w tym taką przyjemność, jakby to była poczwórna porcja
deseru u Grycana. Tego, co Mama Ewa najbardziej lubi: z posypką i
bitą śmietaną. Z wafelkiem tym do chrupania, o który zawsze Ewa
prosi w wersji podwójnej.
Rumiane dzieci, uśmiechnięte
psy, błyszcząca skórka jabłek, chrupiące w zębach komórki
kamienne gruszek, zapach gotującej się zupy, pianka na powierzchni
kawy, brzęk łyżeczki, pierwszy kęs sernika z Niekłańskiej,
miękkość oliwki w pierogu od Mamy Ewy, kolory broszki dla Makowej
Panienki, co ją Tata Artur przywiózł prosto z Zoppott wraz z
czterema ziarenkami kardamonu, uśmiech Agnieszki znad kołnierza
ortopedycznego, brzęk naszyjnika Marcina, królewskie pochylenie
głowy mojej Afgańskiej Siostry – tyle naraz świata ze wszystkich
stron świata. Obsiadło mnie naraz, skąpało mnie w sobie,
obsypało, obdarowało miłośnie, czule, jakby chciało powiedzieć:
to był tylko zły sen, wróciłaś, to wszystko od dzisiaj dla
Ciebie, możesz się tym cieszyć, możesz na to patrzeć, możesz
tego doświadczać, dotykać i rozsmakowywać się w tym dnia
każdego.
Czasem tylko się boję, że
worek z cudami ma jednak dno. Że przyjdzie taki moment, że tych
cudów zabraknie. To znaczy nie zabraknie, ale boję się, że będę
żyła w przekonaniu, że mam puste ręce. Że zapomnę, jak mnie los
obdarował. Bo przecież przyjdą dni zwyczajne, z raportami,
literówkami, tekstem do ramki, zaległym rachunkiem i konsultantem
mugolem. Rura się zapcha, płynu zabraknie, przełożony będzie
miał psie muchy w nosie, a sąsiadka z dołu będzie rzucać gromy,
że słucham wywrotowego radia i budzę cały pion o 5.30. Póki co
nadal uśmiecham sie na widok kłapniętego psiego ucha, na dźwięk
kropli deszczu, kiedy szumi mój czerwono-szary jak walizka Taty
Artura czajnik, kiedy dziadek z naprzeciwka kręci z chleba kulki i
rzuca nimi w spacerujące przedszkolaki z czwartego piętra – zza
węgła, żeby żadne dziecko się nie zorientowało. Wiosna, życie,
powrót, Saska Kępa. Nowa ja.
Gotowość do zmartwychwstania
Wróciłam z drugiej strony.
Kiedy patrzę na te słowa,
wydają mi się literacko nierealne, zawieszone w przestrzeni bez
desygnatu, obce, niemoje. Cały tydzień po powrocie ze szpitala
zbierałam się, żeby na steroidowym spidzie zacząć pisać. Nie
wiem, czy dobrze się stało, że w końcu do ekranu nie usiadłam,
czy nie. Ostatnie dwa tygodnie pokazały mi, że wszystko jest po
coś. Nawet jak nam się to najmniej podoba. A zwrot w życiu o 180
stopni to tylko kwestia kilku sekund.
Bohaterami ostatnich dni bez
wątpienia są Marcin i Agnieszka. Otworzyli swoimi działaniami tamę
z wydarzeniami, które z kolei spowodowały ostatecznie rozsypanie
się worka z cudami. Ale od początku wyglądało to raczej
niecudnie.
Gdyby nie zdecydowana
reakcja Marcina i Agi, polegająca na ręcznym wstawieniu mnie do
samochodu i zawiezieniu na ostry dyżur okulistyczny, dziś nie
klepałabym w klawiaturę, bo nie miałabym oka. Ba, nie tylko nie
miałabym oka, w ogóle by mnie nie było, w związku z tym czynność
klepania i jakiekolwiek inne funkcje życiowe z powodzeniem można
sobie odpuścić.
Od początku marca jestem
przecież kupką nieszczęścia. A nawet jeszcze wcześniej się to
zaczęło. Od operacji ból nie mijał.Miał swoje lżejsze i gorsze
momenty (np. te, w których chciałam rzucić się z drugiego piętra
na aleję Waszyngtona, ale względy estetyczne i bliskość sklepu
hippicznego mnie od tego odwodziły). Od listopada powoli i
konsekwentnie zanikały we mnie wola i chęć życia, wraz z nimi
zatraciłam smak, powonienie, instynkt świetlny i nawet miłość do
czekolady wyblakła jak wyrób czekoladopodobny. Powoli, po kolei
siadały we mnie kolejne przewody, układy, przepalały się kabelki.
Apogeum upodlenia osiągnęłam w momencie, kiedy na kolanach,
walcząc ostatkiem sił o 4.45 zdzierałam się siłą z łóżka,
żeby o 8 doczołgać się na Mlądzką i poddać się pokornie
rehabilitacji. Stamtąd jechałam do łagru, zmuszałam się do
robienia pięciu tysięcy czynności, do których czułam wstręt i o
godz. 17 tęsknie spoglądałam na zegarek, bo moim jedynym
pocieszeniem na wieczór było to, że pójdę spać (czas szacowany
przyjmowania pozycji wertykalnej: ok. 25 min, w zależności od
łaskawości poszczególnych przyczepów), nie ruszę się przez całą
noc (bo przecież przekręcenie się z boku na bok to osiągnięcie
nie lada, nie mówiąc już o szalonych i perwersyjnych pomysłach
typu przeciągnięcie się czy zgięcie nogi, bo nagle naszła mnie
na to dzika ochota). Każdy poranek zamiast od znaku krzyża albo
chociaż pozdrowienia wysłanego w stronę Maroka zaczynałam od
bluźnierstw, które z czasem przestały na mnie robić wrażenie, a
już na pewno przestały oddawać mój ogólny dobrostan,
sprowadzający się tylko do jałowej egzystencji. Przez ponad dwa
miesiące jedyne, na co było mnie stać z codziennych czynności, to
np. zrobienie sobie śniadania (jadłam tylko i wyłącznie śniadania przez ponad dwa miesiące. Zagłodziłam się nieomal. Dziennikarz foodowy), umycie się i przygotowanie
podstawowego stroju. Najlepiej dresu albo czegoś z polaru, ponieważ
prasowanie wymagało skomplikowanych czynności typu otwarcie szafy,
wyjęcie z niej deski do prasowania, kucnięcia, rozłożenia, potem
wyjęcia żelazka, schylenia się, podłączenia go i wzięcia do
ręki. Kiedy to sobie szacowałam, rezygnowałam jeszcze na etapie
drzwi przesuwnej szafy. Trudno. Będę zduźdana. Byle nie
śmierdzieć.
Potem pojawiła się Iwonka,
której Złote Ręce porozluźniały wszystko to, o czym pojęcia nie
miałam, że istnieje w moim ciele: zaczepy, przyczepy, mięśnie,
ścięgna, przywodziciele, rozwodziciele, zespoły, podzespoły i systemy, przywodziciel taki,
śmaki, niezrozumiała maszyneria. Wielka wola pomocy, dobre serce i szczególnie czułe, choć
bez użalania się podejście do pacjenta, sprawiły, że z dnia na
dzień odstawiłam nieodłączny Nimesil, który jeszcze na powitanie
Afgańskiej Siostry międliłam w rękach w windzie, rozważając
podwójną dawkę. Połączenie wiedzy, doświadczenia i intuicji pasjonatki. Przypadek na wagę złota. Prosto z nieba do mnie zesłany.
Ma spokojne, czujne oczy. Czasem ich się boję, bo mam wrażenie, że mnie prześwietlają. Widzą, która noga jak działa i nie potrzebują do tego tomografu. Widziały, kiedy po twarzy przesuwa mi się cień, jak myślę o tym, co się nie udało, a wtedy biodro podnosi wrzask i cała robota od początku. Zawsze mnie wyprzedza o pół kroku. Pojawiła się w samą porę. Na chwilę przed zastygnięciem unieruchomieniem. Śmiercią.
Ma spokojne, czujne oczy. Czasem ich się boję, bo mam wrażenie, że mnie prześwietlają. Widzą, która noga jak działa i nie potrzebują do tego tomografu. Widziały, kiedy po twarzy przesuwa mi się cień, jak myślę o tym, co się nie udało, a wtedy biodro podnosi wrzask i cała robota od początku. Zawsze mnie wyprzedza o pół kroku. Pojawiła się w samą porę. Na chwilę przed zastygnięciem unieruchomieniem. Śmiercią.
Wtedy zdarzyło się coś,
co zdarzyć się musiało. Lawina. Trudno jej bieg ustalić, trudno
trasę wytoczyć. Spadła falą gęstą, ciężką, przytłaczającą,
pozornie tylko przypadkową.
Zaczęło się niewinnie.
Przeziębienie. Infekcja, jak mówią specjaliści od klasyfikowania
chorób. Dwa dni posiedziałam w domu, Marcin zaordynował herbatę z
cytryną i miodem, rutinoscorbin i sen. Dostosowałam się. Nie dziwiło
mnie to – przecież półtora miesiąca wytrzymałam kursując na
basen, w największym śniegu i lodzie, stojąc spizgana na
wszystkich możliwych praskich przystankach i śmierdząca chlorem
jadąca do pracy. Musiałam w końcu gila złapać. Zwyczajne to
takie. Nudne jak makaron w rosole. Oczywiste jak ja.
Ale miłe złego początki.
Co tam chore gardło i gil, idźmy na jakość. Rotawirus.
Rozmontował mnie po południu bodaj w czwartek po infekcji. Pierwszy
i mam nadzieję, że ostatni raz w życiu wróciłam do domu z pracy
taksówką, nie miałam siły dojść na przystanek. Niby bolał mnie
żołądek, ale nie miałam czym zwymiotować. Była już 18, a
śniadanie strawiłam przecież po 6 rano.
Miałam jednak wątpliwości
co do określenia tej choroby – wymiotowałam mało, wszelkie inne
objawy typu biegunka nie miały miejsca z taką częstotliwością,
jak u innych, tzw. normalnych ludzi. W sensie nie miałam ich.
Odwadniałam się tylko na potęgę, wysikując co chwilę Ganges. Do
tego stan trwał pięć dni, a nie ustawowe trzy. Jedyne, co mnie
ucieszyło po całej tej przygodzie, to czterokilogramowy ubytek masy
ciała, który zaliczyłam do wiosennych sukcesów, niesiona
przekonaniem o tym, że trzeba sobie wmawiać dobre rzeczy, nawet
jeśli w rzeczywistości ich tam nie ma. Wmówiłam sobie dobro
wynikające z braku. Nabieranie ciała przez nicość, jak mówił
Gondowicz.
Wróciłam do pracy, czułam
na sobie czujne spojrzenie przełożonych, ale nikt nie monitorował
ani grubości mojej skóry, ani stopnia nawodnienia. No bo i nie od
tego pracodawca. Unoszące się nad przełożonymi znaki zapytania dotyczyły
głównie kwestii formalnych: na kiedy tekst i dlaczego nie na
wczoraj, skoro dzisiaj Ci mówię, że masz napisać.Zawsze właśnie to mnie w tym zawodzie kręciło, pod koniec było dla mnie przypieczętowaniem udręki.
Potem poszło jeszcze
szybciej. Kolejna infekcja, zgłosiłam się już na Grochowską do
młodego pana doktora, który z namaszczeniem badał mnie osłuchowo
i spotniał przy tym ze stresu, bo był młodszy ode mnie. Rzężąc
i klnąc, na czym świat stoi, z satysfakcją opisałam mu
konsystencję wydzieliny, która ruszyła falą gdzieś z okolic
mózgu i na pewno powodowała regularne usuwanie móżdżku z mojego
ciała, nie mówiąc o innych elementach układu nerwowego. Dostałam
antybiotyk. I zalecenie uważania na siebie, w czym miały dodatkowo
pomóc cynk i święty spokój – pan doktor zalecił pracę w domu.
Ubłagałam przełożonych, żeby było mi dane pracować ze swojej
wojennej bazy, bo inaczej za tydzień albo dostanę jakąś chorobę
wieku dziecięcego, albo wyrośnie mi trzecia noga, którą zapewne
też trzeba będzie leczyć antybiotykami. Albo inym świństwem.
I wtedy pojawił się już
ostatni znak. Niepozorny. Podstępny. Czerwony alert, który
przeoczyłam, zbagatelizowałam, uznałam za kolejny wybryk mojego
rozchwierutanego organizmu. Zaczerwieniło mi się oko. Taka śmieszna
rzecz. Paluszek i główka. No ewidentnie nie chce mi się analizować
rynku pod kątem potencjału sprzedażowego i jakości nabywanej i
sprzedawanej czekolady. Nie chce mi się nic. Ani czytać, ani pisać,
no nic mi się nie chce. Aż wmówiłam sobie, że mam oczko chore.
Leń śmierdzący, pieniądze za nic bierze, pierdzi tylko w ten
stołek, a przecież na jej miejsce dwa miliony takich idiotek jak
ona się znajdą, a i za mniejsze pieniądze będzie można nimi
zaorać.
Zaczerwieniło się oko,
zapiekło, zaogniło, raz jedno, raz drugie. W dziesięciolecie
matury przestało współpracować, pięć lat po obronie pracy
magisterskiej o roli widzenia w życiu człowieka ogarnął je
światłowstręt, najmniejszy poblask powodował przeszywający ból
jak dźgnięcie dzidą. Jak dotąd bolało mnie biodro, kręgosłup
sztywniał, byłam przyzwyczajona do bólów kostno-stawowych, całą
resztę miałam w nosie, łącznie z tym, że dentystka leczyła mi
kanałowo ząb bez znieczulenia. Nic się jak dotąd nie liczyło
oprócz biodra. Migrena? No i co z tego? Jak powiedziała jedna z pań
doktor: "w tym wieku osoby nie ma prawa boleć. W tym wieku nic nie
boli. Pani staropanieństwo dolega, a nie żadne choroby. Łyknie se
tego leku i na spacer pójdzie, a nie narzeka tylko. Chorzy czekają."
Po czym do gabinetu wjeżdżała dziarsko czerstwa emerytka z
kolejki, poruszając intensywnie powietrze w pokoju, wydmuchując
mnie na korytarz: samotną, przerażoną, zasępioną, pełną
pretencji do siebie o brak twardości, bez wiary w to, że będzie
lepiej, bez nadziei na to, że można żyć bez bólu.
Wyprzedzały mnie rencistki
z wózkami na zakupy, w tramwaju, jeżeli w ogóle udało mi się do
niego wejść, wciskałam się w najdalszy kąt, drżąc jak
przerażona Kropka w gabinecie u weterynarza, który zbliża się do
niej z cążkami do pazurów albo igłą szczepionki przeciwko
wściekliźnie. Bałam się wyjścia z tramwaju, nacisku motorniczego
na hamulec, ludzi z zakupami, roześmianej gimbazy, która nie ma
pojęcia o tym, że boli mnie na samą myśl o jakimkolwiek
niespodziewanym ruchu.
Na Mlądzkiej pod cierpliwymi
rękami Iwonki okazało się, że jednak boleć nie musi. Że
wszystko zaczyna się cofać. Ścieśnienia, przykurcze,
kostno-stawowe niebezpieczne związki. Rano jeszcze sztywniałam, ale
rozruch nie zajmował mi bez mała trzech godzin, tylko stopniowo
coraz mniej. Ale wszystko naraz byłoby za piękne. W niedzielę po
pysznym obiedzie u Agi Marcina w szpitalu Orłowskiego dowiedziałam
się na ostrym dyżurze, że mam zapalenie błony naczyniowej.
Przekonana, że to te sam kaliber schorzenia, co zapalenie spojówek,
pokornie wlałam do oka pół litra sterydów, jakieś leki
przeciwzapalne i żartowałam z Marcinem, Agą i cierpliwą
długorzęsą Anią na korytarzu w szpitalu, że z biodra mi wyszło,
a wlazło w oko. Dostałam jeszcze przydomek "Cyklop" wymiennie na "Szalonooki Moody" i kontynuowałam robienie dobrej miny do złej gry, ocierając obfite łzy i wmawiając sobie, że zapuchnięte powieki można zrzucić na karb rzekomego miłosnego zawodu.
W poniedziałek poszłam do
pracy, wyglądając jak zapuchnięta panda. Oko było już tak
czerwone, szczególnie prawe, że żadne krople nie pomagały,
podobnie zamawiania. Co chwilę spod powieki wytaczały się na moje
policzki trzy ciężkie łzy. Cieszyłam się jeszcze z tych łez –
przecież jak dawno niegoszczone w moim życiu się pojawiły,
to znaczy, że oko się oczyszcza, kanaliki łzowe przepychane są i
odtykane regularnie, musi być dobrze. Dawne białko wyglądało jak
posiekana wątróbka. Larum podniosła (chwała Bogu) Kasia,
wcześniej Olga, sam prezes powiedział, że nie życzy sobie
pracownika w takim stanie w pracy i mam pójść do lekarza i wrócić
wtedy, kiedy będę zdrowa. Nie wiedziałam, że długo się nie
zobaczymy i wcale to nie jest przesadzone określenie, bo
niebezpiecznie symboliczne.
We wtorek walczyłam jeszcze
na leczeniu ambulatoryjnym. Pani doktor oznajmiła mi, że w oku
zrobił się zrost, który skleił tęczówkę ze źrenicą, trzeba
go rozpuścić natychmiast, w związku z tym z satysfakcją
postanowiła mi wbić igłę w oko. Ponieważ poszłam do szpitala sama, podczas tego przerażającego zabiegu ściskałam za rękę jakąś
młodą rezydentkę, miażdżąc jej palce i zaokrąglając oczy ze
zdumienia. Zastanawiające, że czekając na specjalnym fotelu na
iniekcję w oko, zapytałam, czy pani doktor albo ktokolwiek z
obecnych oglądał "Psa andaluzyjskiego". Patrzyli na mnie
jak na idiotkę. "Psa" nie znali, ale nazwisko Salvadora
Dali już gdzieś im podzwoniło. Nie kojarzyli tylko, jaki związek
z okiem ma Salvador.
Ponieważ zastrzyk w oko to
było jeszcze mało, dożylnie dostałam koktajl sterydowy.
Jednorazowy, wzmacniający, profesjonalnie w dyżurce podany, a na
ukojenie oka lodowaty okład prosto z lodówki. Wróciłam do domu,
dostałam zwolnienie lekarskie, pokornie litrami lałam krople,
czekałam, az wiara mnie uzdrowi, ale łzy turlały się spod powiek,
a najmniejszy błysk światła przyprawiał mnie o zgrzytanie zębów.
W czwartek od rana gnana
jakimś dziwnym niepokojem pojechałam od rana na ostry dyżur.
Miliony ludzi rzuciły się na mnie jak sępy. Ale że jak to bez
kolejki, że oni tu od dziewiątej siedzą, już trzy godziny prawie,
serial im się kończy i jego trzy powtórki, nie chcą tutaj tak
siedzieć, mają psy, kwiaty w wazonie i bratki do przesadzernia, won
młoda do domu. Zdezerterowałam stamtąd, pojechałam zrobić sobie
krzywdę w inną część ciała, w myśl zasady: boli cię noga,
przytrzaśnij sobie rękę. Kazałam zabezpieczyć i nadborować trzy
zęby, które wzbudzały moje wątpliwości, oczywiście bez
znieczulenia, zapomniałam o nim, a na fotelu w zasadzie zasnęłam.
Nawet jak trzęsło mną wiertło. Zasnęłam. Na fotelu dentystycznym. Do szpitala już nie
wróciłam tego dnia, bałam sie linczu. Jakimś dziwnym trafem
zaczęłam wieczorem pakować torbę. Kilka podkoszulków, dresy, coś
do mycia.
Następnego dnia obudziłam
się jeszcze przed świtem. Myślałam, że jest pożar. Zostawiłam
na pewno czajnik na gazie. Nie. Nie mogłam zostawić na gazie, bo
jest elektryczny. Wstałam. Biało. Po omacku poszłam otworzyć
balkon. To niemożliwe. Na balkonie nie może być pożaru. Zamknęłam
jedno oko - pożar. Zamknęłam drugie – świt. Ptaki gadają.
Gdyby był pożar, nie gadałyby.
Prawe oko spowiła gęsta,
biała zasłona. Straciłam wzrok w prawym oku. Somerset Maugham
rozłożył na nim duszący muślin przerażenia, że oto widzieć
nie będę.
Do szpitala zawiozłam się
sama. To znaczy taksówkarz mnie zawiózł. Nie czekałam na żadną
kolejkę. Weszłam do poradni, nie pukając, w nosie mając
rejestrację, formularze eWusie i Pesele. Stanęłam na środku
rejestracji i powiedziałam: nie widzę.
Natychmiast pojechałam na
piąte piętro. Natychmiast po odprawie popsułam humory wszystkim
pracownikom oddziału. Piątek, godzina 11, czas na weekend, a tu
zwołuje się konsylium, bo coś mnie podkusiło, żeby wydobyć moje
wyniki badań krwi, zrobione w szpitalu jeszcze we wtorek. OB – 77
przy normie 9, CRP – 17 przy normie 10. Miałam swoje osiągi.
Eosynofile jak przy posocznicy, leukocyty oszalały, magnezu nie ma,
wapnia też nie. Mój rozmaz jest jednym wielkim pobojowiskiem, ja
jestem jednym wielkim zapaleniem. Chciałam wojny, mam wojnę.
Chciałaś z bólem walczyć, chciałaś z Bogiem walczyć, ze
światem walczyć, śmieszna dziewczynko. Zobacz, co znaczy prawdziwy
pożar.
Nigdy nie zapomnę tego
widoku, kiedy w obolałe i łzawiące oko zajrzał mi sztab lekarzy,
zaświecił szwadron rezydentów, zacierając ręce wreszcie nie na
widok starczej zaćmy. Gest jednej z pań doktor okraszony hasłem
"masakra, nie uratujemy oka", bieg jak przez płotki w
kierunku sali z badaniem plamki żółtej. Zamiast odprawić
wszystkich pacjentów precz i oczyścić oddział na weekend, o 13
zwołali konsylium. Było mi już wszystko jedno. Dziwili się, że
nie boję się wenflonu. Że pobrali ode mnie cztery probówki krwi,
a ja nawet nie pisnęłam. Jeden z lekarzy powiedział: zobaczcie, co
znaczy próg bólu.
A potem zaczęli walić jak
w bęben wszystkimi możliwymi sposobami. Źrenica – martwa i o
szerokości główki od szpilki. Siostro, adrenalinę. Znowu zastrzyk
w oko. Pan Kasiu, musimy, trzeba ratować oko. "Gdzie kupujecie
takie Crocsy?" - zapytałam w panice, uchylając się przed
igłą, bo nie miałam kogo złapać za rękę. "Proszę
odchylić głowę, nie ruszać się, nie ruszać, powiedziałam, to
oko, zrobi sobie pani krzywdę, muszę się wbić podspojówkowo.
Widzi pani, tak, płasko, gdyby trzeba było podać jeszcze w czasie
nocnego dyżuru, bo zrost się poszerzy, podaje pani płasko, jak najbardziej
płasko do worka spojówkowego" – pani doktor instruowała
rezydentkę.
I wtedy to poczułam.
Uderzenie adrenaliny. Najpierw uderzenie w serce, potem pieczenie w
źrenicy, gwałtem adrenaliną rozerwanej, zmuszonej do ruchu, do
buntu przeciwko zrostom, zapaleniu, włóknikom, fatum. A potem miałam wrażenie, że po zastrzku
wstałam razem ze ścianą za mną, razem z fotelem, Chramem Wasilija Błogosławionego na Placu Czerwonym, potęgą przedsięwzięcia rajdu
Paryż-Dakar, czterdziestoma hektarami lasów namorzynowych i
wspomnieniem szczenięcego popołudnia w ogrodzie u Antczaków na
łódzkich Bałutach, gdzie palcem dotykałam włochatych liści
łopianu i patrzyłam, jak słońce spaceruje po kocu, odbite od
nawierzchni Limanowskiego. W sali próbowałam napić się wody.
Prawie wybiłam sobie zęby o porcelanowy kubek, na co patrzyła
przerażona Agnieszka o spokojnych, czułych, ciepłych i matczynych
oczach.
Marcin też patrzył inaczej
niż zazwyczaj. Niby żartował, że jestem cyklopem, ale widział,
że jeżeli jest "chujowo", to już nie bojowo. Afgańska
Siostra też przybiegła z pomocą. Zasmucona, z przechyloną głową,
przyniosła pachnące Ptasie Mleczko, soczyste owoce, mieszankę
studencką, afgański wiatr i cały worek obietnic normalnego życia,
ale reporterskiego, przydatnego ludziom, wypełnionego dobrymi i
mądrymi słowami, a nie danymi rynkowymi o przydatności do spożycia
przez najbliższe dwa tygodnie. Po raz drugi w życiu zobaczyłam Ją (tym razem na jedno oko) w szpitalu. Mój Boże.
I wtedy do mnie dotarło.
Gdyby nie uratowali mi oka, już nigdy nie mogłabym zobaczyć tego
miejsca na policzku mojej Siostry, które jest wprost stworzone do
całowania. Tego, na wysokości którego załamuje się światło,
zarysowuje się miękko kość policzkowa, a ja, durna, nie mogę
oderwać od niego wzroku. Nie zobaczyłabym perfekcyjnej kreski
eyelinera na górnej i dolnej powiece Agnieszki, migdałowych
paznokci i niespotykanie długich palców, które położyłyby
pokotem całą szkołę prerafaelitów. Dlaczego Millais nie widział
nigdy dłoni Agnieszki? Dlaczego Rosetti nie dotknął policzka mojej
Siostry? To zmieniłoby bieg historii sztuki. Ukształtowało nowe
pokolenie widzących.
Gdybym straciła wzrok, nie
widziałabym, jak dziurka w policzku Marcina groźnie się kurczy,
kiedy zaczynam gadać bez sensu. Nie zobaczyłabym już, jak Kropka
patrzy na mnie miłośnie, żebrząc o waniliowe ciasteczko, nie
miałabym szans przekonać się, czy Borys Kudliczka podoła kolejnym
przedsięwzięciom teatralnym, bo o ile formuła "Madame
Butterfly" pod względem muzycznym moim zdaniem się przeżyła,
o tyle Kudliczka jest genialny i objawia się to bezczelnie zarówno
w przestrzeni teatralnej, jak i wystawowej. "Et in Arcadia Ego"
w otoczeniu zainscenizowanym przez Borysa – to było naprawdę
przeżycie.
Bez oczu trudno zachwycić
się stwardniałą siatką komórek na powierzchni dyni, którą
można kupić na wagę na rogu Zwycięzców i Saskiej, skąd bez oka
mogłabym wiedzieć, jak uśmiechają się do siebie błyszczące
skórki jabłek, jak dzieci w wózkach pokazują paluszkiem puszysty
ogon zwariowanego yorka, który na chodniku wygląda, jakby poruszał
się na kółkach.
Jak bez oczu zobaczyć
mięsiste i ciężkie główki magnolii, białe płatki słodko
pachnących jabłonek, intensywną żółć forsycji, co obwieszcza
wszem i wobec, że życie zawsze zwycięży i nawet na pustyni kwiaty
wyrastają, wystarczy tylko kilka kropel wody.
Bez oczu nie mogłabym
powiedzieć, który banan bardziej dojrzały, bo bezwzrocznie nie
można porównywać jędrności skórki. Banany stanowiły od kilku
miesięcy absolutny fundament mojej diety – wyparły nawet
czekoladę. Zmysł zapachu też się do tego nie nadaje, szczególnie
że straciłam go kilka miesięcy temu.
Książki. Nie mogłabym czytać. Nie
mogłabym już żyć wielokrotnie. To chyba była jak dotąd
najgorsza ze wszystkich myśl o niemocy.
Oko okiem, ale w tej
dziwacznej i słabo wciąż zbadanej chorobie trzeba działać
holistycznie. Ponieważ źródła zapalenia błony naczyniowej nie są
znane, przyczyny trudne do ustalenia, ale poważne i najczęściej
reumatoidalne, trzeba było wytoczyć broń najcięższą. Ukochany
lek XXI wieku. Na wszystko, na co Xanax nie pomoże. Steryd. Ten,
który paliatywnym się podaje. We wlewach sążnistych. Ubłagałam
tylko, żeby nie walili po całości, bo skoro będę za tydzień
wyglądać jak NRD-owska sztangistka (genialne, genialne określenie
Asi), zaprzepaszczę wielomiesięczną ciężką pracę na Mlądzkiej,
a przede wszystkim pogrzebię pracę Iwonki. No dobrze. Będzie
delikatnie. Tylko pół litra dziennie pani dostanie, w końcu pani
taka drobna. No i kto to słyszał? W miesiąc pani osiem kilo
chudnie? Jak to tak? Nie zwróciła pani uwagi? Dziwne. Że apetytu
nie było? I to pani nie zastanawiało? Do pracy? Do jakiej pracy?
Nie wolno pani komputera długo jeszcze. Przecież pani nie widzi. Co
pani kazali zrobić? Tekst do druku przez telefon dyktować? A po tym
leku będzie się pani w stanie przedstawić? Leżeć proszę.
Walczymy o oko.
I tak mijały mi godziny w
obecności Solu Medrolu, który, podłączony do wenflonu, rozlewał
się po moim organizmie dobroczynną falą ukojenia. Zasypiałam jak
małe dziecko, śniąc o dzikich zwierzętach i babkach piaskowych,
bursztynach w Świnoujściu i zapachu garbarni skór w Fezie.
Budziłam się na obiad, kiedy po prawie czterech godzinach butelka
się kończyła, a ja, oczadziała, z oczami zalanymi atropiną,
obijałam się między futrynami, trzymając kciuki, żeby trafić
jak najszybciej do toalety. Zanim stamtąd wróciłam na zupę i
drugie danie, po drodze pielęgniarki lały mi do oka sześć
najświeższych porcji kolejnych kropli, co już zupełnie skutecznie
zaburzało moją drogę do sali chorych numer dwa. Wieczorem
rozwiązywał mi się język, gadałam jak najęta, miałam wrażenie,
że za chwilę pomogę salowym wysprzątać cały oddział, no bo
przecież ile można tak leżeć i leżeć i być zupełnie
nieprzydatnym. Wstyd. A redakcja tak zasuwa. Zwolnią mnie
niezwłocznie. Zwolnią na pewno. Zostanę ślepa, z kredytem na
mieszkanie, bez pracy, bez powonienia, bez Dakaru, Paryża i iniekcji
podspojówkowej nawet.
Rano zasłona nie
odpuszczała jakoś szczególnie chętnie. Gęstniała, jakby
kierowała się leniwymi przesłankami o wyższości wieczornych
furii sterydowych nad poranną atropinową udręką, która polegała
na tym, że dokładni i w sumie to kochani rezydenci świecili mi w
oko po kilkadziesiąt minut od samego rana, racząc moją rogówkę
obfitymi porcjami atropiny, neosynefryny i tropicamidu. Nie wiem,
którego z tych specyfików nienawidzę teraz najbardziej. Tropicamid
biorę jeszcze na noc, ale i tak nienawiść zabiorę do grobu. To on
spowodował, że na czole mam ze cztery guzy, a pielęgniarki w
poszukiwaniu apetycznej żyły pytały dyskretnie: czy pani jest
bita? Tak, okładam się, biczuję, rozpędzam jak tupolew i uderzam
w futrynę, bo jest to jedyna atrakcja, która została mi w tym
parszywym życiu, a jak wam się nie podoba kolor niebieski, mogę
się poobijać na czewono, zielono, żółto nawet, bo naczynia
krwionośne zawsze miałam słabe.
Z dnia na dzień było ze
mną coraz lepiej, choć oko okazało się narowiste i, mimo że pod
mikroskopem wyglądało co najmniej ładnie, robiło numery, kiedy
przychodziło do czytania. Nie zapomnę momentu, w którym na ścianie
rezydentka wyświetliła literę C wielkości tygodniowego cielaka. A
ja nie widziałam, co to za litera. Nie zapomnę tego ucisku w gardle
i mojego przerażonego charczenia: "nie widzę".
Przez pierwsze dwa dni w
szpitalu, kiedy upajałam się faktem bycia jedyną pacjentką na
oddziale, bo kto żyw i przy zdrowych zmysłach weekendy spędza w
domu, zaglądał do mnie nieustannie przystojny blondyn, Tak co
dziesięć minut mniej więcej. Lekarz. Miał obrączkę, ale to było
miłe, że ktoś się mną tak interesuje. Gdyby minister Arłukowicz
dowiedział się, co wyczyniam przy podstawowym ubezpieczeniu
zdrowotnym, Bóg jeden raczy wiedzieć, komu Tusk tym razem by
zabrał, żeby tylko nie dawać takim jak ja.
Chyba we wtorek postanowiłam
pana doktora zagadać i swoim sposobem poflirtować z nim. Zagaiłam:
-Bardzo mi było miło, że
pan doktor tak się o mnie troszczył. Naprawdę, chyba oka pan nie
zmrużył w nocy podczas dyżuru. Co prawda ma pan obrączkę i co
najmniej jednym okiem ją widzę, ale nawet umówiłabym się z panem
na kawę, zdecydowanie pan ją u mnie wychodził.
Lekarz najpierw wyraził
swoją aprobatę wobec tego, że na mojej piżamie widnieje
Ciasteczkowy Potwór na łyżwach, a spodnie pokryte są jego
wielokrotnie powieloną kudłatą niebieską aparycją, po czym
sprowadził mnie brutalnie na ziemię, przebijając się nawet przez
oszukańczy nimb euforycznego sterydu:
- Wie pani, ja nie w celach
towarzyskich, niestety. Patrzyłem, czy przypadkiem wątroba nie
idzie pani nosem. Jesteśmy zdziwieni, że pani tę terapię
wytrzymała.
W nagrodę za dzielność
dostałam w środę Encorton. I zapowiedź powrotu do domu jeszcze
tego samego dnia, podczas gdy mówiło się o tym, że wcześniej niż
w piątek nie wrócę. I wtedy żarty się skończyły. Ohydny gorzki
smak rozlał się po moim organizmie wraz z pomarańczowym ochronnym
płaszczem ranigastu, ale popołudnie sprawiło, że nie wiadomo
dlatego zaczęło mnie znosić na jedną stronę, czułam uderzenia
gorąca, zatykało mi ucho i w ogóle chodziłam wściekła, że
znowu muszę coś komuś zgłosić i teraz to naprawdę zaczyna się
hipochondryczny obciach. Jedna pani doktor wyraźnie dała mi do
zrozumienia, machając ręką nad głową: "nie będziemy
organizować pani dodatkowych konsultacji tylko dlatego, że się
pani coś tam w główce zakołowało". A wtedy zadrgało we
mnie coś, co zwą instynktem:
- A czy pani nie wiąże
tego z raptowną zmianą sterydu? Nigdy sterydów nie brałam, nie
mam poęcia, jak mój organizm zareaguje, z dnia na dzień
przechodzę z półlitrowych wlewów dożylnych na garść tabletek,
mieszkam sama, więc skąd wiem, który z puli skutków ubocznych
mam sobie wylosować w pierwszej dobie samodzielnego egzystowania z
niejakim hrabią Encortonem?
Źli, zniesmaczeni, posłali
mnie do epileptologa i neurologa. Tym bardziej, że poprzedniego dnia
zażyczyłam sobie kartę praw pacjenta, którą z nudów czytałam
ostentacyjnie na korytarzu, nie widząc w zasadzie ani jednego słowa,
bo po wieczornym badaniu najlepiej szło mi tylko regularne
zasinianie się o framugi w łazience.
Pani obiła mnie młotkiem,
stwierdziła, że pląsawicy raczej nie mam, ale trudno to
stwierdzić, jeżel wyglądam po atropinie jak siedem nieszczęść.
Zgnębione i wyliniałe zwierzę z jedną źrenicą gigantyczną,
drugą niby to normalną, jak po badaniach L'Oreala. Proponuje
badanie w kierunku wykluczenia SM. A te zmiany ciśnienia w uszach to
może laryngolog by zobaczył?
Wróciłam na oddział, w
zasadzie żeby się spakować. I zrobiłam to. Wypis miał być o 14.
Czekałam pod pokojem adiunktów, żeby podziękować pani doktor,
którą w dniu przyjęcia w przypływie paniki złapałam za
nadgarstki i zapytałam, czy stracę wzrok. A ona złapała mnie za
dłonie i kojącym głosem powiedziała: "nie straci pani
wzroku", za co będę jej dozgonnie wdzięczna, ale w tamtym
momencie równie dobrze mogła mi powiedzieć, że dostanę Nobla z
chemii.
Z pokoju wypadła prowadząca
mnie rezydentka, jak zwykle spanikowana i przerażona, że miała być
przeciez w poradni, a tutaj ma tyle roboty, po czym rzuciła mi
hasło: pani jeszcze dzisiaj zostaje. A pani doktor, której chciałam
podziekować za opiekę i nadzieję dnia pierwszego, nawet w moją
stronę nie spojrzała, tylko machnęła na mnie ręką jak na
uporczywie brzęcząćą muchę i rzuciła w powietrze: "niech
mnie już pani o nic nie pyta".
Nie pytałam, Wróciłam do
sali. Znowu narobiłam tylko innym kłopotów. Niesubordynowana pacjentka.
Po południu Encorton dawał
mi czadu. Albo to nie był Encorton. Nie wiem, co to było. Dostałam
wypieków. Gorąco mi było. No menopauzę jeszcze zaliczę jak nic.
Brawo.
O 19 wywaliło mnie z łóżka
i nie wiadomo dlaczego nagle MUSIAŁAM zadzwonić do Marcina.
Musiałam zapytać: "co się stało?" A Marcin
odpowiedział: "A skąd wiesz, że coś się stało?" A ja,
że nie wiem, tylko czuję i pytam. A Marcin na to, że Aga miała
wypadek.
Zbiegłam na dół, na
deptak od strony ulicy Książęcej, spojrzałam w niebo i żałośnie,
beznadziejnie i najgłupiej na świecie prosto w niebo rzuciłam
krnąbrne: "ejże!"
Źle mi z tym było, no bo
jak to tak, że niebu wygrażam, poza tym miałam wrażenie, że to
nie jest jeszcze ostatnie odgórne słowo.
Miałam rację. Nad ranem
obudziłam się z przekonaniem, że na tylną ścianę gardła ktoś
uznał za stosowne wlać mi pół litra domestosu. Nie mogłam
przełknąć śliny. Czułam gorąćzkę i nad ranem aż jęknęłam,
jak pomyślałam, co mnie teraz czeka. Przepuściłam w kolejce
wszystkich dziadków i babcie po zaćmowych zabiegach i dowlokłam
się do oddziałowej na krople celem porażenia mojej akomodacji i
poszerzenia źrenic, skoro już nawet gardło mi siadło i żyć nie
ma po co.
Za chwię siedziałam w sali
z termometrem rtęciowym pod pachą. 38,1 spowodowało nagły ruch na
korytarzu. Znowu biegną do mnie lekarze. Natychmiast. Krzyczą:
sepsa!, a kandelabry: socjalizm. Wtedy coś się obsunęło. Spadło
z łoskotem. Umrę, nie przeżyję tego. Nie wyjdę z tej infekcji,
ona za chwilę przejdzie na oko, zajmie nerw wzrokowy, będę
niewidoma na kilka godzin przed śmiercią, a potem po prostu umrę,
zanim jeszcze zaczęłam się cieszyć moim mieszkankiem na piątym
piętrze, czerwonym ekspresem do kawy, widokiem na kwitnące lipy,
spokojnym pochyleniem głowy Afgańskiej Siostry, zdrową nerką
Tomaszka, pomysłowością Jędrusia i towarzystwem książek.
Wszystko się skotłowało, zadygotało, ustawiło w kolejce do
pożegnania. Napisałam do Agi, że już z tego nie wyjdę, że coś
mi tak mówi. Aga odpisała: "jeśli nie chcesz walczyć dla
siebie, walcz dla nas". Zamigotało mi popołudnie u nich na
balkonie, kiedy z Marcinem rozmawiałam o stewii, a potem, pod
wpływem martini i jakichś podejrzanych miksów, zapytałam Marcina:
"dlaczego tyle dla mnie robicie?" A Marcin odpowiedział:
"bo uważamy, że jesteś tego warta i jesteś dla nas ważna".
Zamajaczyła mi uśmiechnięta twarz Kamili, że oto może mnie ucórczyć, figlarne spojrzenie Maćka, który załamał ręce nad moim remontowym indyferentyzmem i powiedział: "wszystko powoli Ci się zrobi, dzieciaku, tylko pozwól sobie pomóc".
A potem przypomniały mi się
słowa Klaudii: "Kasiu, tyle dla nas znaczysz, jesteś taka
ważna". A potem słowa Ewy, kiedy odgrarniała mi włosy z
czoła przy Placu Politechniki, a ja wyłam z wściekłości na
oszustwa w Pałacyku Rektorskim, co Ewa skomentowała: jesteś dla
mnie ważniejsza niż wszystkie działalności gospodarcze na
świecie. I to wrażenie stworzyło we mnie poczucie, że ktoś nade
mną trzyma ręce, rozkłada ochronny koc, rozpina bezpieczny namiot
Maughamowskiej zasłony. Że ona z oka zeszła i rozpina się tuż
nad moją głową.
Salowe i pielęgniarki
przynosiły mi gotowaną wodę, wycierały czoło, patrzyły
zaniepokojone, w nocy siadały przy łóżku. Cały sztab obcych
osób, które nie brzydziły się dotknąć mojego lepkiego czoła,
nie bały się złapać mnie za rękę, podnieść głowy, żebym
połknęła wielką tabletkę Klacidu. "Nie boją się umarłych,
ich potu i znoju. Bo ciężko jest umierać, jak pług ciągnąć
wiosną".
Następnego dnia stary
okulista, którego nazwiska za nic nie jestem w stanie zapamiętać,
oglądał mnie w ciemni, stropił się i powiedział: trzeba panią
wypisać do domu, bo tu są pacjenci po operacjach i pani ich zarazi.
Zapytałam omdlewającm
głosem, jak to możliwe, że z gorączką wypiszą mnie do domu i w
świetle praw pacjenta żądam przeniesienia mnie na inny oddział.
Szczęśliwie jeszcze z poprzedniego dnia zamówiona była
konsultacja laryngologa. Do poradni zawiozła mnie salowa o grubym
głosie, przerażona moim widokiem, zmartwiona bardzo i cierpliwie
warująca pod drzwiami. Otolaryngolog starej daty spojrzała na mnie
jak na szczeniaka, który wdepnął we własne siuśki, bo drżącym
głosem zapytałam, czy to sepsa. Napisała, że tylna ściana
przekrwiona, ale trudno powiedzieć, czy coś się z tego wykluje,
czy nie. Profilaktycznie proponuje Rulid i jakiś spray na migdałki,
dodatkowo jakieś cudo do nosa, powinnam przeżyć, a kontrola we
wtorek.
Wróciłam do sali i
natychmiast musiałam odespać nadludzki wysiłek czterokrotnego
przełkięcia śliny. Straszne. Nieprzytomna leżałam ze cztery
godziny, czułam tylko jak ktoś kładzie mi dłoń na czole,
podnosi, każe napić wody. Łzy płynęły mi po policzkach, kiedy
wyobraziłam sobie, że do szpitala musi przyjść notariusz i że
będę musiała coś zrobić zmieszkaniem, a nie chcę nic z nim
robić. Chcę do niego wrócić. Najgorszy moment był chyba wtedy,
kiedy poczułam nad sobą szarpanie i donośny głos kościelnego
kapelana: "ostatnie namaszczenie chce dać. Przyjmie? Żałuje za
grzechy? Żałuj za swoje grzechy, halo."
Żałowałam. Ale ze
świadomością, że teraz to nawet grzechy nie mają sensu. Coś mi
mówiło, że już z tego nie wyjdę. Że to taki żałosnym
ironiczny, Allenowski koniec. Jeden z wielu, mniej spektakularny niż
się spodziewałam, bez trąb jerychońskich, opuszczony, zapomniany,
marginesowy. Boże, jaki żałosny. Innego końca świata nie będzie?
W porze obiadowej, kiedy
byłam w połowie mojego konania, świat mi tańczył, łóżko ze mną
jeździło w kółko, a przed oczami przesuwały mi sie obrazy z
liceum, kiedy wkuwałam na pamięć budowę kwiatostanu, otworzyły
się drzwi do sali. Anna Kamieńska postanowiła zmaterializować się
w postaci pani doktor Agnieszki Jasik, internisty i reumatologa,
która przywlokła ze sobą przerażonego i zzieleniałego z emocji
rezydenta, który miał mi zmierzyć ciśnienie, a ręce mu się
trzęsły, jakby miał wyciąć mi na żywo kawałek ścięgna do
badania. Pani doktor przeprowadziła wywiad – jakieś czterdzieści
minut. Z każdą minutą minę miała coraz bardziej stroskaną.
Przerażoną. Ale zmarszczka na czole prostowała się. Opowiadałam
z trudem przez popalone gardło o czterech operacjach, myślach
samobójczych z powodu bólu, ładowaniu Nimesilu przez półtora
roku, łamaniu zębów przy ćwiczeniach na piłce. Nagle wszystko
połączyła. I wtedy padły dwa słowa, które spowodowały, że
czuję się do tej pory jak celebrytka: spondyloartropatia
seronegatywna. Związek zgody, syczące porozumienie słów, straszna
choroba. Zamiast przerażenia, poczułam jakąś dziwną jasność i
ulgę. Jakby ktoś zdjął ze mnie wagon z węglem. Wszystko jedno,
co to oznacza. Najważniejsze, że to ma imię. Jak coś ma nazwę,
można z tym walczyć, łatwiej z tym walczyć. Łatwiej to
okiełznać, oswoić, łatwiej temu przyłożyć i łatwiej to
kontrolować.
Pani doktor zapytała mnie
na koniec, czym się zajmuje. Sponiewierana głupią infekcją
zawahałam się, czy powiedzieć, że jestem dziennikarzem, czy że
byłam dziennikarzem. Na co pani doktor powiedziała mi, że mam
bardzo ciekawą pracę, a jak Instytut Reumatologii na Spartańskiej
weźmie się na całego za moje leczenie, będę normalnie żyć. W
sensie kontrolować rzuty. Bo od tej pory już oficjalnie nie będę
sama. Do końca moich dni będzie mi towarzyszyła nieodłączna
spondyloartropatia. Z przydomkiem godnym Radziwiłłów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






